22.10.2025, 15:25 ✶
Zauważyłam ją, nim zdążyła mnie dostrzec. Nie dlatego, że wypatrywałam kogokolwiek - po prostu miała w sobie tę charakterystyczną aurę, której nie sposób było nie zauważyć, jeśli znało się ją wystarczająco dobrze. Wiedziałam, że to miejsce nie należało do najłatwiejszych dla niej. Ani ten dzień. Ani ta rodzina.
- Nie powinno być inaczej. - Odparłam cicho, z lekkim ruchem głowy, kiedy się zbliżyła. - Cieszę się, że jesteś. - Dodałam tonem, który nie wymagał dalszych wyjaśnień. Przez chwilę pozwoliłam jej się rozgościć, dać sobie czas. Znałam ten rodzaj napięcia - ten, który brał się nie z obawy przed ludźmi, lecz przed własną przeszłością. Wiedziałam, co to znaczy wracać tam, gdzie nic już nie jest takie samo, może dlatego właśnie zawsze potrafiłyśmy się porozumieć bez słów.
- Bo to wesele łowców. - Odpowiedziałam spokojnie, jakby mówiła o pogodzie, nie o potencjalnym zagrożeniu dla zdrowia i życia. - Wiesz, jak to jest z nimi. - Mruknęłam, zniżając głos, kiedy jakiś krewniak panny młodej przemknął obok. - Łowcy mają w zwyczaju pić to, co sami pędzą, ojciec panny młodej przyniósł swoje „specjały” i pewnie połowa z nich nadaje się bardziej do rozpalania ognia niż do picia. Część miała zostać wymieniona na wersję bezalkoholową. Nie mam jednak pewności, czy ktoś rzeczywiście dopilnował tego, co należało. Nigdy nie można być zbyt ostrożnym. - Nie dodałam, że widziałam już jednego z młodszych Yaxleyów, który miał skłonność do eksperymentów z ognistą, a i kuzyni Mulciberów, Borginów i Greengrassów nie byli święci w tej materii. Nie trzeba było zresztą mówić wszystkiego - wystarczyło jedno spojrzenie i błysk w moich oczach, by na pewno zrozumiała, że nie chodziło tylko o grzeczność. Wiedziałam, że mnie nie zapyta, co konkretnie mam na myśli, chociaż mogła się domyślać. Pamiętała tamten czas, kiedy sama znalazła się w miejscu, gdzie strach i wstyd splatały się ze sobą jak kolce w cierniowym wieńcu. Przeżycia zostawiały w człowieku ślad - nie na skórze, ale pod nią, głęboko, tam, gdzie nikt nie zaglądał.
- Nie powinno być inaczej. - Odparłam cicho, z lekkim ruchem głowy, kiedy się zbliżyła. - Cieszę się, że jesteś. - Dodałam tonem, który nie wymagał dalszych wyjaśnień. Przez chwilę pozwoliłam jej się rozgościć, dać sobie czas. Znałam ten rodzaj napięcia - ten, który brał się nie z obawy przed ludźmi, lecz przed własną przeszłością. Wiedziałam, co to znaczy wracać tam, gdzie nic już nie jest takie samo, może dlatego właśnie zawsze potrafiłyśmy się porozumieć bez słów.
- Bo to wesele łowców. - Odpowiedziałam spokojnie, jakby mówiła o pogodzie, nie o potencjalnym zagrożeniu dla zdrowia i życia. - Wiesz, jak to jest z nimi. - Mruknęłam, zniżając głos, kiedy jakiś krewniak panny młodej przemknął obok. - Łowcy mają w zwyczaju pić to, co sami pędzą, ojciec panny młodej przyniósł swoje „specjały” i pewnie połowa z nich nadaje się bardziej do rozpalania ognia niż do picia. Część miała zostać wymieniona na wersję bezalkoholową. Nie mam jednak pewności, czy ktoś rzeczywiście dopilnował tego, co należało. Nigdy nie można być zbyt ostrożnym. - Nie dodałam, że widziałam już jednego z młodszych Yaxleyów, który miał skłonność do eksperymentów z ognistą, a i kuzyni Mulciberów, Borginów i Greengrassów nie byli święci w tej materii. Nie trzeba było zresztą mówić wszystkiego - wystarczyło jedno spojrzenie i błysk w moich oczach, by na pewno zrozumiała, że nie chodziło tylko o grzeczność. Wiedziałam, że mnie nie zapyta, co konkretnie mam na myśli, chociaż mogła się domyślać. Pamiętała tamten czas, kiedy sama znalazła się w miejscu, gdzie strach i wstyd splatały się ze sobą jak kolce w cierniowym wieńcu. Przeżycia zostawiały w człowieku ślad - nie na skórze, ale pod nią, głęboko, tam, gdzie nikt nie zaglądał.