20.10.2025, 22:42 ✶
Należało zacząć od tego, że Ambroise po prostu miał taką twarz i zupełnie nad tym nie panował. No, przynajmniej nie w tej chwili ani tym bardziej nie w sytuacji, w której znalazł się wraz z żoną. Pomyślałby kto bowiem, że organizacja wydarzenia ślubnego na blisko dwieście osób, głównie spośród magicznej socjety, będzie ich największym wyzwaniem w tym miesiącu. No, abstrahując od konieczności przeżycia pożarów stolicy oraz radzenia sobie z ich pokłosiem. No, ale...
W przypadku całkiem sporego ślubu, na którego przygotowanie mieli niespełna dwa tygodnie, nie dało się ukryć, że poszło im wyjątkowo dobrze. Jednakże tam...
...cóż...
...tam mieli wsparcie. Tutaj? Wyglądało na to, że nieważne, co mogliby zrobić, nawet cholerne drzwi nie były po ich stronie. Zamiast tego znajdowały się daleko, naprawdę daleko od nich. Na samym końcu jednego z setek korytarzy, które dla Roisa wyglądały praktycznie tak samo. Były jasne i ciche, wręcz ogłupiająco pozbawione oznak czyjegokolwiek życia.
Głos, który przywitał ich zza drzwi także nie należał do najbardziej żywych i zapraszających. Ale czego tak właściwie mogliby spodziewać się po ministerialnych urzędniku? I to w okolicach godziny czwartej po południu w dzień taki jak ten? Był czwartek. A czwartki, jak wiadomo, w podobnych miejscach należą już praktycznie do weekendu. Oni zaś śmieli go komuś zakłócać. Ojoj.
- Założę się, że połowa z nich prowadzi donikąd - odparł w niezbyt pocieszającej, ale raczej dosyć rozbawionej manierze; był bowiem bardziej niż pewien, że rzeczywiście byłaby w stanie to zrobić. - W Mungu przynajmniej są okna - zdążył jeszcze odmruknąć na słowa ukochanej, w tym momencie naprawdę doceniając to, że jego miejsce pracy nie znajduje się głęboko pod miastem.
Dzięki temu, jeśli nie drzwiami, można było ulotnić się oknem. No, przynajmniej w teorii czy coś. Nie to, żeby kiedykolwiek miał ochotę to robić. Za to jego najdroższa? Tak, Ambroise doskonale wiedział, jak bardzo uwielbiała również szpitale. Tam także nie sposób było zaciągnąć jej wbrew woli. No, chyba że naprawdę miałoby się ku temu cholernie mocny powód, ale tutaj już także wyłącznie teoretyzował, bo w jego karierze nie zdarzyło się to...
...nigdy?
Odnosił wrażenie, że zawsze wymuszały to na nich okoliczności. Chyba nie zdarzyło się, aby to on sam prosił ją o odwiedzenie go w trakcie pracy. Chociaż może? Przypominał sobie jednak głównie te sytuacje, w których nie było to do końca zależne od któregokolwiek z nich. No. I ten jeden niechlubny moment z września, który mimo wszystko obrócił się na ich korzyść. Poniekąd z tego powodu właśnie tu teraz byli.
Przechodząc przez próg, żeby dopełnić formalności, które nie powinny zająć im aż tyle czasu. A jednak...
Nie umknął mu brak (jakkolwiek nieszczerego w takich miejscach) dzień dobry ze strony urzędnika, którego nabzdyczoną twarz kojarzył bardzo mgliście. Jak to w ich środowisku, nieczęsto trafiało się na kogoś, kogo zupełnie się nie znało, ale mężczyzna, który ich nie przywitał był dla Ambroisa niemalże całkowitym znakiem zapytania. Ot, imieniem i nazwiskiem na tabliczce stojącej na biurku, niczym więcej.
Dla odmiany, Rina najwyraźniej znała tego jegomościa, mrużąc oczy na jego widok i przybierając ten specjalny wyraz twarzy przeznaczony dla naprawdę irytujących ludzi. W tym wypadku dla Cepheusa Blacka. Urzędnik natomiast bardzo wyraźnie znał Geraldine, o czym świadczyły zarówno te pierwsze, niedokończone słowa, jak i sposób, w jaki Black zmierzył ich spojrzeniem. Greengrass był całkowicie pewien, że nie tylko głośno wzdychając w duchu, ale także rzucając w głowie jakąś niezbyt cenzuralną wiązankę na ich widok.
Tym razem wyjątkowo go to bawiło. Posłał nawet bardzo porozumiewawcze spojrzenie w kierunku małżonki, gdy ich spojrzenia się spotkały, po czym niemalże nie parsknął z rozbawieniem, gdy postanowiła poprawić przyjemniaczka przy biurku. No, nie dało się ukryć, zrobiła to wyjątkowo ładnie. Nieznacznie uniósł kącik ust, również zajmując miejsce przy blacie.
- Przyszliśmy dopełnić formalności związane z zawarciem związku małżeńskiego - stwierdził sucho, spoglądając przelotnie na swoje kolana, które standardowo musiał wyjątkowo mocno podkulić, aby nie siedzieć z dala od urzędniczego biurka.
Standardowo osunąłby się na wygodną odległość, lekko odchylając się na krześle i korzystając z prostszych słów. Ot, chcielibyśmy dostarczyć dokumenty związane ze ślubem. Lub coś w tym stylu. Jednakże w takim wypadku? On także mógł mieć kija w dupie.
W przypadku całkiem sporego ślubu, na którego przygotowanie mieli niespełna dwa tygodnie, nie dało się ukryć, że poszło im wyjątkowo dobrze. Jednakże tam...
...cóż...
...tam mieli wsparcie. Tutaj? Wyglądało na to, że nieważne, co mogliby zrobić, nawet cholerne drzwi nie były po ich stronie. Zamiast tego znajdowały się daleko, naprawdę daleko od nich. Na samym końcu jednego z setek korytarzy, które dla Roisa wyglądały praktycznie tak samo. Były jasne i ciche, wręcz ogłupiająco pozbawione oznak czyjegokolwiek życia.
Głos, który przywitał ich zza drzwi także nie należał do najbardziej żywych i zapraszających. Ale czego tak właściwie mogliby spodziewać się po ministerialnych urzędniku? I to w okolicach godziny czwartej po południu w dzień taki jak ten? Był czwartek. A czwartki, jak wiadomo, w podobnych miejscach należą już praktycznie do weekendu. Oni zaś śmieli go komuś zakłócać. Ojoj.
- Założę się, że połowa z nich prowadzi donikąd - odparł w niezbyt pocieszającej, ale raczej dosyć rozbawionej manierze; był bowiem bardziej niż pewien, że rzeczywiście byłaby w stanie to zrobić. - W Mungu przynajmniej są okna - zdążył jeszcze odmruknąć na słowa ukochanej, w tym momencie naprawdę doceniając to, że jego miejsce pracy nie znajduje się głęboko pod miastem.
Dzięki temu, jeśli nie drzwiami, można było ulotnić się oknem. No, przynajmniej w teorii czy coś. Nie to, żeby kiedykolwiek miał ochotę to robić. Za to jego najdroższa? Tak, Ambroise doskonale wiedział, jak bardzo uwielbiała również szpitale. Tam także nie sposób było zaciągnąć jej wbrew woli. No, chyba że naprawdę miałoby się ku temu cholernie mocny powód, ale tutaj już także wyłącznie teoretyzował, bo w jego karierze nie zdarzyło się to...
...nigdy?
Odnosił wrażenie, że zawsze wymuszały to na nich okoliczności. Chyba nie zdarzyło się, aby to on sam prosił ją o odwiedzenie go w trakcie pracy. Chociaż może? Przypominał sobie jednak głównie te sytuacje, w których nie było to do końca zależne od któregokolwiek z nich. No. I ten jeden niechlubny moment z września, który mimo wszystko obrócił się na ich korzyść. Poniekąd z tego powodu właśnie tu teraz byli.
Przechodząc przez próg, żeby dopełnić formalności, które nie powinny zająć im aż tyle czasu. A jednak...
Nie umknął mu brak (jakkolwiek nieszczerego w takich miejscach) dzień dobry ze strony urzędnika, którego nabzdyczoną twarz kojarzył bardzo mgliście. Jak to w ich środowisku, nieczęsto trafiało się na kogoś, kogo zupełnie się nie znało, ale mężczyzna, który ich nie przywitał był dla Ambroisa niemalże całkowitym znakiem zapytania. Ot, imieniem i nazwiskiem na tabliczce stojącej na biurku, niczym więcej.
Dla odmiany, Rina najwyraźniej znała tego jegomościa, mrużąc oczy na jego widok i przybierając ten specjalny wyraz twarzy przeznaczony dla naprawdę irytujących ludzi. W tym wypadku dla Cepheusa Blacka. Urzędnik natomiast bardzo wyraźnie znał Geraldine, o czym świadczyły zarówno te pierwsze, niedokończone słowa, jak i sposób, w jaki Black zmierzył ich spojrzeniem. Greengrass był całkowicie pewien, że nie tylko głośno wzdychając w duchu, ale także rzucając w głowie jakąś niezbyt cenzuralną wiązankę na ich widok.
Tym razem wyjątkowo go to bawiło. Posłał nawet bardzo porozumiewawcze spojrzenie w kierunku małżonki, gdy ich spojrzenia się spotkały, po czym niemalże nie parsknął z rozbawieniem, gdy postanowiła poprawić przyjemniaczka przy biurku. No, nie dało się ukryć, zrobiła to wyjątkowo ładnie. Nieznacznie uniósł kącik ust, również zajmując miejsce przy blacie.
- Przyszliśmy dopełnić formalności związane z zawarciem związku małżeńskiego - stwierdził sucho, spoglądając przelotnie na swoje kolana, które standardowo musiał wyjątkowo mocno podkulić, aby nie siedzieć z dala od urzędniczego biurka.
Standardowo osunąłby się na wygodną odległość, lekko odchylając się na krześle i korzystając z prostszych słów. Ot, chcielibyśmy dostarczyć dokumenty związane ze ślubem. Lub coś w tym stylu. Jednakże w takim wypadku? On także mógł mieć kija w dupie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down