19.10.2025, 18:35 ✶
Wilgowron był nieufnym stworzeniem. Ale ta kobieta pachniała znajomo. Pachniała tak jak lubił, kiedy pachnieli ludzie. Dlatego powoli przeskoczył na jej wyciągnięte dłonie, starając się nie zranić jej za bardzo. Nie lubił ranić takich miłych pań, co dawały ziarenko i wodę.
Czego szukasz?
Pewnie gdyby wilgowron potrafił mówić powiedziałby “Ciebie”. Ale nie potrafił. Potrafił tylko wpatrywać się w błękitne oczy kobiety w dziwnym domku.
Ale czas uciekał. Jego czas. Nadchodził jej czas i czyniło to wilgowrona szalenie smutnym. Przynajmniej na tyle na ile ptak mógł ów smutek odczuwać.
Otworzyła oczy, gdy ciepłe promienie zachodzącego słońca musnęły jej policzek. W chwilach takich jak ta las przybierał odcienie złota i czerwieni jak gdyby płonął żywym ogniem. Pod sobą miała gruby koc (“nie będę leżeć na ziemi!”), na podołku zamkniętą książkę. Musiała przysnąć.
Lubiła, kiedy ojciec i wuj wybierali się na polowanie. Zostawiali ją z Alexandrem na tej jednej polanie przy rzece, a potem znikali na kilka godzin. Gdzie był Alex? Wieczorem na kolację zawsze była dziczyzna.
- Kopernik!
Uśmiechnęła się, gdy ciekawski pies wpakował jej łeb pod ramię. Nie lubiła psów, ale ten jeden był… inny. Nie polował na ptactwo, nie ganił za nią. Pewnie dlatego, że był stary, ślepy i nieprzydatny do polowań. Ale był dobrym psem. Czy to dlatego było jej tak przykro, gdy zdechł? Miłym, nigdy nie szczekał, a za szczeniaka wykopał kość jakiegoś wujka i nie mogli go złapać. Pies odbiegł, więc i ona podniosła się z miękkiego koca. Pierwsze krople deszczu spadły na jej odsłonięte ramiona. Dziwne. Nie pamiętała, żeby miało padać.
Stanęła nad brzegiem strumienia, mocząc w nagrzanej promieniami słońca wodzie stopy. Spojrzała w jasną toń.
Nie widziała swojego odbicia.
Nie widziała swojego odbicia.
Nie widziała swojego od…
Woda zmieniła kolor z jasnego, połyskującego błękitu w coś głębszego - w odcienie morskiej szarości, białej piany, rozbijającej się o jej nagie stopy. Nie musiała się odwracać. Czuła chłód czarnego kamienia, z którego wzniesiono Azkaban. Słyszała szelest szat, ruch ptasich piór; kościste dłonie zaciśnięte na własnych ramionach. Któregoś dnia - pociągną ją za sobą, a ona nie będzie stawiać oporu. Zbierało się na sztorm. Wyspa nigdy nie była bardziej niebezpieczna niż podczas sztormów.
Wyciągnęła przed siebie dłoń. Ciemne ptaszysko wbiło się szponami w skórę. Przechyliło łeb, Lorien zrobiła to samo - w swej ptasiej przywarze. Wyciągnęła spomiędzy czarnych piór pojedynczy kwiat wrzosu.
- Przebyłeś długą podróż mój słodki.- Szepnęła. Złożyła czuły pocałunek na wilgowronej główce. Chłonęła zapach rosy, lasu, wiatru i słońca. Ptaszysko wydało z siebie płaczliwy skrzek i poderwało się do lotu. Nie zwracała uwagi na krew brudzącą ją letnią suknię. Zrobiła krok w przód po śliskich, ostrych kamieniach. Potem kolejny. I jeszcze jeden.
Aż wreszcie nie poczuła pod stopami dna, tylko morderczą toń Morza Północnego.
Przemiana nigdy nie była przyjemnym dla oka widokiem. Nie była tak płynna jak tak wyszkolonych w sztuce transmutacji animagów, ale przypominała trochę występ w gabinecie osobliwości- nieważne jak krwawy i odzwierzęcy, trudno było odwrócić od niej wzrok.
W jednej chwili wilgowron zajadał chętnie ziarno ze stołu, popijał je podstawioną pod dzióbek deszczówką; w kolejnej - szarpnął się boleśnie, skulił w sobie. Zatoczył z jednej nóżki na drugą; rozłożył skrzydła, ale zamiast wznieść się do lotu, po prostu spadł z hukiem na podłogę.
Bolesny skrzek zagłuszyły inne dźwięki - trzask przywodzący na myśl łamanie kości, chwile rozpaczliwe drapanie pazurami o podłogę, coś pomiędzy jękiem i płaczliwym zawodzeniem, przerwanym jak ucięty nożem. A potem - cisza. I nim człowiek zdołał pojąć całą tą groteskową filharmonię zmysłów, na podłodze na miejscu wilgowrona leżała Lorien; obleczona w czerń koszuli nocnej, burzy loków i własnych piór, osypujących się na podłogę. Niewiele było w niej z tej poważnej sędzi, z urzędnika czy nawet porządnie prowadzącej się panienki Crouch, wróć, Pani Mulciber.
Martwy wzrok miała utkwiony we wszystkich roślinach pnących się po kracie na ścianie. Liściach i kwiatach hoi. Prześlizgnęła go na pojedyncze karteczki, zatrzymała na dłużej na mapie nieba. Sama musiała leżeć na kilku luźnych szkicach. Palcami mogłaby zebrać rozsypane ziarno, czuła je wpijające się w pokaleczone ramiona. Z kilku ran nadal sączyła się skażona klątwą krew; Nie wydawała się tym wszystkim szalenie przejęta. Ba. Nie przejmowała się tym wcale.
- Śniłam o czasach minionych.- Powiedziała cicho, niemal z żalem, niczym dziecko wyrwane z wyjątkowo pięknego snu. Przekręciła z trudem głową, by wreszcie spojrzeć na klęczącą przy stole czarownicę.- Dzień dobry, Helloise. Nadal ukrywasz się przed światem i ludźmi?
Czego szukasz?
Pewnie gdyby wilgowron potrafił mówić powiedziałby “Ciebie”. Ale nie potrafił. Potrafił tylko wpatrywać się w błękitne oczy kobiety w dziwnym domku.
Ale czas uciekał. Jego czas. Nadchodził jej czas i czyniło to wilgowrona szalenie smutnym. Przynajmniej na tyle na ile ptak mógł ów smutek odczuwać.
Otworzyła oczy, gdy ciepłe promienie zachodzącego słońca musnęły jej policzek. W chwilach takich jak ta las przybierał odcienie złota i czerwieni jak gdyby płonął żywym ogniem. Pod sobą miała gruby koc (“nie będę leżeć na ziemi!”), na podołku zamkniętą książkę. Musiała przysnąć.
Lubiła, kiedy ojciec i wuj wybierali się na polowanie. Zostawiali ją z Alexandrem na tej jednej polanie przy rzece, a potem znikali na kilka godzin. Gdzie był Alex? Wieczorem na kolację zawsze była dziczyzna.
- Kopernik!
Uśmiechnęła się, gdy ciekawski pies wpakował jej łeb pod ramię. Nie lubiła psów, ale ten jeden był… inny. Nie polował na ptactwo, nie ganił za nią. Pewnie dlatego, że był stary, ślepy i nieprzydatny do polowań. Ale był dobrym psem. Czy to dlatego było jej tak przykro, gdy zdechł? Miłym, nigdy nie szczekał, a za szczeniaka wykopał kość jakiegoś wujka i nie mogli go złapać. Pies odbiegł, więc i ona podniosła się z miękkiego koca. Pierwsze krople deszczu spadły na jej odsłonięte ramiona. Dziwne. Nie pamiętała, żeby miało padać.
Stanęła nad brzegiem strumienia, mocząc w nagrzanej promieniami słońca wodzie stopy. Spojrzała w jasną toń.
Nie widziała swojego odbicia.
Nie widziała swojego odbicia.
Nie widziała swojego od…
Woda zmieniła kolor z jasnego, połyskującego błękitu w coś głębszego - w odcienie morskiej szarości, białej piany, rozbijającej się o jej nagie stopy. Nie musiała się odwracać. Czuła chłód czarnego kamienia, z którego wzniesiono Azkaban. Słyszała szelest szat, ruch ptasich piór; kościste dłonie zaciśnięte na własnych ramionach. Któregoś dnia - pociągną ją za sobą, a ona nie będzie stawiać oporu. Zbierało się na sztorm. Wyspa nigdy nie była bardziej niebezpieczna niż podczas sztormów.
Wyciągnęła przed siebie dłoń. Ciemne ptaszysko wbiło się szponami w skórę. Przechyliło łeb, Lorien zrobiła to samo - w swej ptasiej przywarze. Wyciągnęła spomiędzy czarnych piór pojedynczy kwiat wrzosu.
- Przebyłeś długą podróż mój słodki.- Szepnęła. Złożyła czuły pocałunek na wilgowronej główce. Chłonęła zapach rosy, lasu, wiatru i słońca. Ptaszysko wydało z siebie płaczliwy skrzek i poderwało się do lotu. Nie zwracała uwagi na krew brudzącą ją letnią suknię. Zrobiła krok w przód po śliskich, ostrych kamieniach. Potem kolejny. I jeszcze jeden.
Aż wreszcie nie poczuła pod stopami dna, tylko morderczą toń Morza Północnego.
Przemiana nigdy nie była przyjemnym dla oka widokiem. Nie była tak płynna jak tak wyszkolonych w sztuce transmutacji animagów, ale przypominała trochę występ w gabinecie osobliwości- nieważne jak krwawy i odzwierzęcy, trudno było odwrócić od niej wzrok.
W jednej chwili wilgowron zajadał chętnie ziarno ze stołu, popijał je podstawioną pod dzióbek deszczówką; w kolejnej - szarpnął się boleśnie, skulił w sobie. Zatoczył z jednej nóżki na drugą; rozłożył skrzydła, ale zamiast wznieść się do lotu, po prostu spadł z hukiem na podłogę.
Bolesny skrzek zagłuszyły inne dźwięki - trzask przywodzący na myśl łamanie kości, chwile rozpaczliwe drapanie pazurami o podłogę, coś pomiędzy jękiem i płaczliwym zawodzeniem, przerwanym jak ucięty nożem. A potem - cisza. I nim człowiek zdołał pojąć całą tą groteskową filharmonię zmysłów, na podłodze na miejscu wilgowrona leżała Lorien; obleczona w czerń koszuli nocnej, burzy loków i własnych piór, osypujących się na podłogę. Niewiele było w niej z tej poważnej sędzi, z urzędnika czy nawet porządnie prowadzącej się panienki Crouch, wróć, Pani Mulciber.
Martwy wzrok miała utkwiony we wszystkich roślinach pnących się po kracie na ścianie. Liściach i kwiatach hoi. Prześlizgnęła go na pojedyncze karteczki, zatrzymała na dłużej na mapie nieba. Sama musiała leżeć na kilku luźnych szkicach. Palcami mogłaby zebrać rozsypane ziarno, czuła je wpijające się w pokaleczone ramiona. Z kilku ran nadal sączyła się skażona klątwą krew; Nie wydawała się tym wszystkim szalenie przejęta. Ba. Nie przejmowała się tym wcale.
- Śniłam o czasach minionych.- Powiedziała cicho, niemal z żalem, niczym dziecko wyrwane z wyjątkowo pięknego snu. Przekręciła z trudem głową, by wreszcie spojrzeć na klęczącą przy stole czarownicę.- Dzień dobry, Helloise. Nadal ukrywasz się przed światem i ludźmi?