19.10.2025, 14:27 ✶
"I znów inny znak się ukazał na niebie. Wielki smok barwy ognia, z ogonem, którym próbował zmieść gwiazdy z nieba", pociągnęłaby dalej recytację, gdyby byli sami z dzieckiem, oczywiście, przekręcając nieco sens przywołanej przez Baldwina biblijnej opowieści: w końcu recytowałaby z pamięci, a ta, w przeciwieństwie do pamięci jej brata stryjecznego, nie była doskonała, podobnie jak i jej znajomość mugolskiej wiary. Klasycznie wykształceni, oboje czytywali jednak te bluźnierczo brzmiące teksty chwalące obcego boga, obecnego w mugolskiej sztuce sakralnej, której dzieła tak bardzo lubili oglądać w muzeach. Lorraine znajdowała w nich coś przedziwnie urzekającego, zwłaszcza, gdy Baldwin czytał fragmenty obrazoburczych psalmów na głos. Frida byłaby zachwycona wspomnieniem smoka. Gdy półwila patrzyła jak Baldwin podnosi ich córeczkę do góry, wiedziała, że Frida o niczym innym nie marzy, jak o tym, żeby wskoczyć na grzbiet dzikiego stwora pokrytego łuską tak zieloną, jak zielone były jej wielkie oczy. Opowieści Helloise o dzieciństwie spędzonym w rezerwacie smoków zrobiły swoje. Oczy ghoulki płonęły równie żarliwie, co smoczy ogień, gdy Baldwin podrzucał ją w górę, jak gdyby chciał dziewczynce dać skrzydła. Jakże mocno drżało wtedy serce Lorraine. Bo przecież oboje z Baldwinem chcieliby wznieść ją tak wysoko, aby udało jej się dotknąć gwiazd. Nie po to, aby móc nazwać konstelację jej imieniem, ale po to, aby spełnić dziecięce marzenia. Złapać gwiezdny pył w ręce, jak brokat, którego użyli ostatnio, żeby ozdobić wraz z Fridą album ze zdjęciami na urodziny Malouela.
Dlatego tak bardzo bolała myśl, że najwięcej gwiazd zobaczyć mogła z wysokości barków Baldwina. Z wysokości ramion Lorraine, choć ta nie wydobrzała wciąż na tyle, aby wziąć ją na ręce. To dziecko nigdy nie dorośnie. Nigdy nie będzie miało własnych dzieci. Nigdy się nie zestarzeje, nigdy nie umrze. Nie śmiercią naturalną.
"Mnie dzisiaj bardziej przypomina małą ptaszynę", powiedział z rozmysłem Baldwin, a Lorraine milczała, próbując wybadać reakcję Scarlett na te słowa. Fridzie złamano jej skrzydła, zanim zdołała je rozłożyć. Zanim zdążyła poczuć tchnienie wiatru na twarzy. Ale gdy z tupotem małych stópek biegała po Necronomiconie tak prędko, że swym pędem zwiewała papierzyska z biurka Lorraine, udając przy tym, że jest smoczą księżniczką, która na grzbiecie gadziego pupila oblatuje podległe sobie terytoria... Wtedy była po prostu dzieckiem. Dzieckiem, które nie mogło żałować utraty życia, którego nigdy nie było przecież dane jej przeżyć. Dzieckiem z dziecięcymi marzeniami, które miały dziecięcymi już zawsze pozostać. Oczywiście, że o tym wiedzieli. Wiedzieli od samego początku. Ale po cóż mieli się nad tym roztkliwiać? Takim właśnie było życie. Jeżeli Lorraine musiała dźwigać ciężar grzechu, jakim była egzystencja Fridy, gotowa była go dźwigać z podniesioną głową, nieważne, że ów grzech nie należał do niej, że nie należał do Baldwina. Gotowi byli na wszystko, żeby utrzymać swoją małą rodzinę w ryzach. Wystarczyło, że oboje złamaliby kark samemu Atlasowi, byleby ten pochylił plecy na których dźwigał ciężar niebios akurat na wysokość oczu ich dziecka. Wszystko po to tylko, aby Frida swym małym paluszkiem mogła choć przez chwilę dotknąć nieboskłonu.
Nie widać było czerwonych nici, które opatrywały ranę na jej szyi, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. A jednak czerwień błysnęła przy szyi Baldwina, przypominając o różańcu od Lorraine, który nosił pod ubraniem. Gdy Frida obróciła po raz pierwszy jego paciorki w paluszkach, wyglądała na zdziwioną. Ale zaraz potem rozpromieniła się, jak gdyby w zachwycie, że ona i Baldwin są bardziej podobni, niż myślała.
Serce Lorraine wtedy też zadrżało na ten widok. Zadrżało tak, jak drżało teraz, na widok czaszki ptaka na czarnej tasiemce, wiszącej u szyi Scarlett. Trudno było powiedzieć, co czuła, bo cały ten czas, gdy stała oparta o poręcz krzesła, nie przestawała bawić się zieloną aksamitką zdobiącą jej szyję. Na jej twarzy gościł jednak przepełniony rzadką łagodnością uśmiech, który czynił ją dziwnie poważną: uśmiech cichy i kontemplacyjny, dobrze znany jej najbliższym. Bo mimo że Lorraine uśmiechała się często, rzadko robiła to szczerze. Uważnie wodziła wzrokiem za Fridą, przysiadłszy w końcu wraz ze Scarlett i przy wolnym stole prosektoryjnym, tak, aby Baldwin i siedząca na stole ghoulka też mogli widzieć zawartość albumu.
– Oczywiście – odpowiedziała słodko Baldwinowi, który z miną męczennika zaczął narzekać na kolekcję rodzinnych fotografii. – Mam twoje zdjęcie, jak zjadłeś zieloną, pastelową kredkę, bo założyłeś się z Desmondem, że jest bardziej zjadliwa niż popisowa sałatka z zieleniną cioci Cordelii. – Teraz zdarzało mu się co najwyżej pomylić z absyntem zabarwioną zieloną farbą wodę, w której moczył pędzle. Ale Lorraine pominęła to milczeniem, podobnie, jak puste strony w albumie, które wyglądały tak, jak gdyby celowo zostały pozostawione pustymi. Zacisnęła usta, powstrzymując uśmiech, gdy zobaczyła umorusanego kredką Baldwina. – Biedactwo – stwierdziła rzeczowym tonem, obracając się lekko ku Scarlett, żeby wciągnąć ją w swoją opowieść: chciała, by i kuzynka poczuła się jej częścią. – Ale i tak pochorował się wówczas o wiele mniej niż stryjek Abraxas, który spróbował ciocinej sałatki. Na twarzy też był mniej zielony. Przynajmniej ciocia Cordelia odkryła wówczas swoją pasję do magii leczniczej. Po ukończeniu kursów uzdrowicielskich zaczęła wykładać w Akademii Munga, a jej odczyty są, doprawdy, wybitne... Czym ty się interesujesz, moja droga? Musiałaś być mniejszą od Fridy, kiedy dane mi było cię widzieć ostatn–
Urwała, gdy Scarlett ujęła niespodziewanie jej dłoń, aby przyjrzeć się zdobiącemu ją pierścionkowi. Srebrnemu pierścienkowi z wytłoczonym emblematem rodu, który każdy Malfoy dostawał tuż po narodzinach, zanim jeszcze przystawiono go do matczynej piersi, zanim dano mu do rączki grzechotkę. Lorraine zmarszczyła lekko brwi, obracając na moment spojrzenie w stronę Baldwina, jak gdyby chciała skontrolować, czy i jego sygnet jest na swoim miejscu. A może zachęcić, żeby pokazał Scarlett swoją dłoń, bo wciąż zbyt wielkim wysiłkiem było unieść ramię, aby sięgnąć po dłoń Baldwina samodzielnie, gestem nieznoszącym sprzeciwu. A jednak to na Scarlett skupiła całą uwagę półwila, gdy na głos padło z jej strony nagłe, acz szczere wyznanie.
"Mam identyczny".
– Dlaczego więc nie widzę go na twym ręku? – odezwała się niemal natychmiast Lorraine, a w jej głosie po raz pierwszy zagościł chłód. A może to jej spojrzenie, przenikliwe oczy przypominające kry lodu, były chłodnymi, choć rozpalała je żarliwa wiara w znaczenie rodziny, której tak gorąco była oddana. – To nie jest lichy pierścionek, ozdóbka, którą nosi się li tylko dla kaprysu. To obowiązek. To dar. To symbol przynależności do naszego rodu. Nie powinnaś nigdy zdejmować go z palca, Scarlett Malfoy. – Gdzie się podziało twe poczucie obowiązku, pytały oczy Lorraine, nagle tak przypominające burzowe oczy Baldwina. Gdzież ofiarność, z jaką powinnaś dziękować swym krewnym z rodu Malfoy, że nie odwrócili się od ciebie, podczas gdy ty wolałaś porzucić pamięć o nich? A jednak harde spojrzenie szybko złagodniało, a ostatnie słowa skierowane do Scarlett Lorraine wypowiedziała takim samym tonem, jakim mugolski prorok musiał powiedzieć jawnogrzesznicy: "idź i nie grzesz już więcej". Bo nie odrzuciła dłoni Scarlett – wręcz przeciwnie, splotła na chwilę jej palce ze swoimi, gdy ta chciała już odpuścić – jak gdyby chciała pokazać przybyłej z daleka kuzynce, co ma na myśli, mówiąc o przynależności. A więc uśmiechnęła się, tym razem do Scarlett. Uczyć należało przez przykład. Niczym więcej jak leciutkim skinieniem głowy zachęciła dziewczynę, aby samodzielnie odwróciła kolejną stronnicę albumu.
Nie mogła przecież wybrać za nią, do której rodziny chce należeć.
Dlatego tak bardzo bolała myśl, że najwięcej gwiazd zobaczyć mogła z wysokości barków Baldwina. Z wysokości ramion Lorraine, choć ta nie wydobrzała wciąż na tyle, aby wziąć ją na ręce. To dziecko nigdy nie dorośnie. Nigdy nie będzie miało własnych dzieci. Nigdy się nie zestarzeje, nigdy nie umrze. Nie śmiercią naturalną.
"Mnie dzisiaj bardziej przypomina małą ptaszynę", powiedział z rozmysłem Baldwin, a Lorraine milczała, próbując wybadać reakcję Scarlett na te słowa. Fridzie złamano jej skrzydła, zanim zdołała je rozłożyć. Zanim zdążyła poczuć tchnienie wiatru na twarzy. Ale gdy z tupotem małych stópek biegała po Necronomiconie tak prędko, że swym pędem zwiewała papierzyska z biurka Lorraine, udając przy tym, że jest smoczą księżniczką, która na grzbiecie gadziego pupila oblatuje podległe sobie terytoria... Wtedy była po prostu dzieckiem. Dzieckiem, które nie mogło żałować utraty życia, którego nigdy nie było przecież dane jej przeżyć. Dzieckiem z dziecięcymi marzeniami, które miały dziecięcymi już zawsze pozostać. Oczywiście, że o tym wiedzieli. Wiedzieli od samego początku. Ale po cóż mieli się nad tym roztkliwiać? Takim właśnie było życie. Jeżeli Lorraine musiała dźwigać ciężar grzechu, jakim była egzystencja Fridy, gotowa była go dźwigać z podniesioną głową, nieważne, że ów grzech nie należał do niej, że nie należał do Baldwina. Gotowi byli na wszystko, żeby utrzymać swoją małą rodzinę w ryzach. Wystarczyło, że oboje złamaliby kark samemu Atlasowi, byleby ten pochylił plecy na których dźwigał ciężar niebios akurat na wysokość oczu ich dziecka. Wszystko po to tylko, aby Frida swym małym paluszkiem mogła choć przez chwilę dotknąć nieboskłonu.
Nie widać było czerwonych nici, które opatrywały ranę na jej szyi, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. A jednak czerwień błysnęła przy szyi Baldwina, przypominając o różańcu od Lorraine, który nosił pod ubraniem. Gdy Frida obróciła po raz pierwszy jego paciorki w paluszkach, wyglądała na zdziwioną. Ale zaraz potem rozpromieniła się, jak gdyby w zachwycie, że ona i Baldwin są bardziej podobni, niż myślała.
Serce Lorraine wtedy też zadrżało na ten widok. Zadrżało tak, jak drżało teraz, na widok czaszki ptaka na czarnej tasiemce, wiszącej u szyi Scarlett. Trudno było powiedzieć, co czuła, bo cały ten czas, gdy stała oparta o poręcz krzesła, nie przestawała bawić się zieloną aksamitką zdobiącą jej szyję. Na jej twarzy gościł jednak przepełniony rzadką łagodnością uśmiech, który czynił ją dziwnie poważną: uśmiech cichy i kontemplacyjny, dobrze znany jej najbliższym. Bo mimo że Lorraine uśmiechała się często, rzadko robiła to szczerze. Uważnie wodziła wzrokiem za Fridą, przysiadłszy w końcu wraz ze Scarlett i przy wolnym stole prosektoryjnym, tak, aby Baldwin i siedząca na stole ghoulka też mogli widzieć zawartość albumu.
– Oczywiście – odpowiedziała słodko Baldwinowi, który z miną męczennika zaczął narzekać na kolekcję rodzinnych fotografii. – Mam twoje zdjęcie, jak zjadłeś zieloną, pastelową kredkę, bo założyłeś się z Desmondem, że jest bardziej zjadliwa niż popisowa sałatka z zieleniną cioci Cordelii. – Teraz zdarzało mu się co najwyżej pomylić z absyntem zabarwioną zieloną farbą wodę, w której moczył pędzle. Ale Lorraine pominęła to milczeniem, podobnie, jak puste strony w albumie, które wyglądały tak, jak gdyby celowo zostały pozostawione pustymi. Zacisnęła usta, powstrzymując uśmiech, gdy zobaczyła umorusanego kredką Baldwina. – Biedactwo – stwierdziła rzeczowym tonem, obracając się lekko ku Scarlett, żeby wciągnąć ją w swoją opowieść: chciała, by i kuzynka poczuła się jej częścią. – Ale i tak pochorował się wówczas o wiele mniej niż stryjek Abraxas, który spróbował ciocinej sałatki. Na twarzy też był mniej zielony. Przynajmniej ciocia Cordelia odkryła wówczas swoją pasję do magii leczniczej. Po ukończeniu kursów uzdrowicielskich zaczęła wykładać w Akademii Munga, a jej odczyty są, doprawdy, wybitne... Czym ty się interesujesz, moja droga? Musiałaś być mniejszą od Fridy, kiedy dane mi było cię widzieć ostatn–
Urwała, gdy Scarlett ujęła niespodziewanie jej dłoń, aby przyjrzeć się zdobiącemu ją pierścionkowi. Srebrnemu pierścienkowi z wytłoczonym emblematem rodu, który każdy Malfoy dostawał tuż po narodzinach, zanim jeszcze przystawiono go do matczynej piersi, zanim dano mu do rączki grzechotkę. Lorraine zmarszczyła lekko brwi, obracając na moment spojrzenie w stronę Baldwina, jak gdyby chciała skontrolować, czy i jego sygnet jest na swoim miejscu. A może zachęcić, żeby pokazał Scarlett swoją dłoń, bo wciąż zbyt wielkim wysiłkiem było unieść ramię, aby sięgnąć po dłoń Baldwina samodzielnie, gestem nieznoszącym sprzeciwu. A jednak to na Scarlett skupiła całą uwagę półwila, gdy na głos padło z jej strony nagłe, acz szczere wyznanie.
"Mam identyczny".
– Dlaczego więc nie widzę go na twym ręku? – odezwała się niemal natychmiast Lorraine, a w jej głosie po raz pierwszy zagościł chłód. A może to jej spojrzenie, przenikliwe oczy przypominające kry lodu, były chłodnymi, choć rozpalała je żarliwa wiara w znaczenie rodziny, której tak gorąco była oddana. – To nie jest lichy pierścionek, ozdóbka, którą nosi się li tylko dla kaprysu. To obowiązek. To dar. To symbol przynależności do naszego rodu. Nie powinnaś nigdy zdejmować go z palca, Scarlett Malfoy. – Gdzie się podziało twe poczucie obowiązku, pytały oczy Lorraine, nagle tak przypominające burzowe oczy Baldwina. Gdzież ofiarność, z jaką powinnaś dziękować swym krewnym z rodu Malfoy, że nie odwrócili się od ciebie, podczas gdy ty wolałaś porzucić pamięć o nich? A jednak harde spojrzenie szybko złagodniało, a ostatnie słowa skierowane do Scarlett Lorraine wypowiedziała takim samym tonem, jakim mugolski prorok musiał powiedzieć jawnogrzesznicy: "idź i nie grzesz już więcej". Bo nie odrzuciła dłoni Scarlett – wręcz przeciwnie, splotła na chwilę jej palce ze swoimi, gdy ta chciała już odpuścić – jak gdyby chciała pokazać przybyłej z daleka kuzynce, co ma na myśli, mówiąc o przynależności. A więc uśmiechnęła się, tym razem do Scarlett. Uczyć należało przez przykład. Niczym więcej jak leciutkim skinieniem głowy zachęciła dziewczynę, aby samodzielnie odwróciła kolejną stronnicę albumu.
Nie mogła przecież wybrać za nią, do której rodziny chce należeć.