17.10.2025, 22:37 ✶
Mimo okazjonalnej współpracy z Magicznym Pogotowiem Ratunkowym, jaką zdarzało mu się podejmować w ramach prowadzonej prywatnej działalności, Greengrassowi trudno byłoby stwierdzić, że kiedykolwiek miał przyzwyczaić się do wizyt w gmachu brytyjskiego Ministerstwa Magii. Jak na złość, ostatnio odbywanych z wręcz zatrważającą regularnością. Chyba jeszcze nigdy nie bywał tu tak często jak w okresie pomiędzy pożarami Londynu a końcówką września. Nawet biorąc pod uwagę dorywcze usługi medyczne świadczone dla Departamentu. Magicznych Wypadków i Katastrof.
Co prawda, tym razem był tutaj raczej ze szczególnie dobrego powodu. Nareszcie mógł powiedzieć, że coś wyjątkowo im się udało. W przeciwieństwie do jego wcześniejszych wizyt, nie musiał dochodzić swoich praw jako pogorzelca ani usiłować załatwiać spraw z konserwatorem zabytków, żeby spróbować wskórać coś w kwestii spalonej części kamienicy przy Horyzontalnej, która do niego należała. Niby podjęli decyzję o sprzedaży nieszczęsnej nieruchomości, ale od tej możliwości najwyraźniej dzieliła ich dłuższa droga niż mogliby przypuszczać.
Paradoksalnie, wychodziło na to, że znacznie bardziej zawiła niż zorganizowanie ceremonii ślubnej i wzięcie ślubu. Choć czy aby na pewno? Byli tu już wyjątkowo długo, a wciąż miotali się od drzwi do drzwi. Zaczynał podzielać entuzjazm Riny, nawet jeśli od samego początku nie pałał własnym.
Tak. Ambroise doskonale rozumiał, że po zawarciu związku małżeńskiego nie mogli uciec od przyziemnych obowiązków, które (choć z pozoru powinny być już tylko drobiazgami) należało doprowadzić do końca. Tak jak Morgana przykazała. Tak, niestety on także był w pełni świadomy faktu, że błogosławieństwo Matki było ważne, lecz nie wystarczało. Prawo wymagało dopilnowania całej biurokratycznej otoczki, w tym zmiany nazwiska, co nie należało do najbardziej fascynujących zadań. Po ceremonii wypadało jednak zająć się tym, zanim sprawy zaczęły się piętrzyć. A jednak...
- Odważne twierdzenie. Wpierw musielibyśmy znaleźć właściwe drzwi - mruknął, uśmiechając się krzywo i odpowiadając na uścisk dłoni.
Wiedział, że jego żona nie czuła się dobrze w murach Ministerstwa, nawet jeśli nie zamierzał komentować na głos tych wszystkich spojrzeń, jakimi obdarzała mijane drzwi, gdy okazywały się nie tymi. Tak, ich wędrówka w kierunku właściwego gabinetu trwała niemalże w nieskończoność. Ktokolwiek projektował gęstwinę korytarzy rozciągających się w tym miejscu, a także numerował pokoje, z pewnością miał sadystyczne zapędy i wyjątkowo mocno nienawidził petentów.
Mógł się założyć, że ten ktoś został pracownikiem miesiąca.
Po stanowczo zbyt wielu krokach, jakie zrobili, zanim znaleźli się u progu gabinetu wskazanego im urzędnika, Roise był pewien, że gdy tylko opuszczą to miejsce, Geraldine jako pierwsza zaproponuje, by następny dzień spędzili w lesie. I nie, nie zamierzał jej w tym przeszkadzać.
W zupełności wystarczyło mu, że perfidnie planował za to przeszkodzić komuś, kto najpewniej zbierał się już do domu. Tak, spodziewał się, jak bardzo ten człowiek będzie zadowolony. Mimo to, wciąż zapukał do drzwi, czekając na wezwanie i moment później przepuszczając Rinę, aby wejść zaraz za nią, wciąż trzymając jej rękę.
Co prawda, tym razem był tutaj raczej ze szczególnie dobrego powodu. Nareszcie mógł powiedzieć, że coś wyjątkowo im się udało. W przeciwieństwie do jego wcześniejszych wizyt, nie musiał dochodzić swoich praw jako pogorzelca ani usiłować załatwiać spraw z konserwatorem zabytków, żeby spróbować wskórać coś w kwestii spalonej części kamienicy przy Horyzontalnej, która do niego należała. Niby podjęli decyzję o sprzedaży nieszczęsnej nieruchomości, ale od tej możliwości najwyraźniej dzieliła ich dłuższa droga niż mogliby przypuszczać.
Paradoksalnie, wychodziło na to, że znacznie bardziej zawiła niż zorganizowanie ceremonii ślubnej i wzięcie ślubu. Choć czy aby na pewno? Byli tu już wyjątkowo długo, a wciąż miotali się od drzwi do drzwi. Zaczynał podzielać entuzjazm Riny, nawet jeśli od samego początku nie pałał własnym.
Tak. Ambroise doskonale rozumiał, że po zawarciu związku małżeńskiego nie mogli uciec od przyziemnych obowiązków, które (choć z pozoru powinny być już tylko drobiazgami) należało doprowadzić do końca. Tak jak Morgana przykazała. Tak, niestety on także był w pełni świadomy faktu, że błogosławieństwo Matki było ważne, lecz nie wystarczało. Prawo wymagało dopilnowania całej biurokratycznej otoczki, w tym zmiany nazwiska, co nie należało do najbardziej fascynujących zadań. Po ceremonii wypadało jednak zająć się tym, zanim sprawy zaczęły się piętrzyć. A jednak...
- Odważne twierdzenie. Wpierw musielibyśmy znaleźć właściwe drzwi - mruknął, uśmiechając się krzywo i odpowiadając na uścisk dłoni.
Wiedział, że jego żona nie czuła się dobrze w murach Ministerstwa, nawet jeśli nie zamierzał komentować na głos tych wszystkich spojrzeń, jakimi obdarzała mijane drzwi, gdy okazywały się nie tymi. Tak, ich wędrówka w kierunku właściwego gabinetu trwała niemalże w nieskończoność. Ktokolwiek projektował gęstwinę korytarzy rozciągających się w tym miejscu, a także numerował pokoje, z pewnością miał sadystyczne zapędy i wyjątkowo mocno nienawidził petentów.
Mógł się założyć, że ten ktoś został pracownikiem miesiąca.
Po stanowczo zbyt wielu krokach, jakie zrobili, zanim znaleźli się u progu gabinetu wskazanego im urzędnika, Roise był pewien, że gdy tylko opuszczą to miejsce, Geraldine jako pierwsza zaproponuje, by następny dzień spędzili w lesie. I nie, nie zamierzał jej w tym przeszkadzać.
W zupełności wystarczyło mu, że perfidnie planował za to przeszkodzić komuś, kto najpewniej zbierał się już do domu. Tak, spodziewał się, jak bardzo ten człowiek będzie zadowolony. Mimo to, wciąż zapukał do drzwi, czekając na wezwanie i moment później przepuszczając Rinę, aby wejść zaraz za nią, wciąż trzymając jej rękę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down