– W tym piekle? I co miałabym sobie kupić? Fasolki wszystkich smaków? – było grono ludzi, którzy unikali fasolek, ale Ginny, odkąd dowiedziała się od Cala o ich istnieniu, była ich oddaną fanką. W pewnym sensie dawały poczucie ryzyka, gdy sięgało się po kolorową fasolkę i nie wiedziało, na co trafi. Czy się wygra (dobry smak), czy przegra (coś absolutnie paskudnego) – a ona uwielbiała ten skok adrenaliny w organizmie. – Nie mówiłam, że to będzie proste. Po prostu spróbuj. Postaram się zapełnić ciszę – o a w tym była dobra, bo miała pewną lekkość w słowach, zwłaszcza mówionych. Zwykle wystarczyło złapać jakąś myśl i potem samo leciało. Miała nadzieję, że jej akcent będzie tu działał trochę jak wzbudzacz zainteresowania i że przy tym Olivera nie zanudzi na śmierć, ale patrząc na sytuację, to bardzo wątpiła.
– Dostanie wilka? A co to niby znaczy? Nie wiedziałam, że w Anglii się hoduje wilki – mówiła, nic nie robiąc sobie z tego jego piśnięcia. Słyszała już od ludzi różne rzeczy, to nie było jej pierwsze rodeo, a jęki bólu to absolutne podstawy i standard w jej zawodzie. Oliver mógł przy tym usłyszeć, jak coś stuknęło o kamień – to Guinevere ściągnęła z ramienia drewnianą skrzyneczkę, w której nosiła wszystkie swoje przybory i rzeczy potrzebne do niesienia pomocy. Nie wiedziała na ile wystarczy jej zapasik eliksirów czy maści, ale póki co jeszcze miała jak tę pomoc nieść. – Może tak być. Wcześniej widziałam jak wybucha piekarnia, dwóm pracownicom trzeba było pomóc właściwie od razu – zapłon mąki był tak ogromny, że jedna była poparzona, a drugiej od eksplozji w nogę wbiło się jedno z narzędzi. Nie uważała za to, że szkło powbijane w twarz nie było równie groźne.
Otworzyła swoją skrzyneczkę, która grzecznie stała teraz na jednym ze schodków, wzięła pęsetę i przysunęła się do Olivera.
– No dobra, zacznę od twojego lewego oka, dobra? Naciągnę ci skórę i będę wyciągać – nie musiała mu mówić, co będzie robić, ale to było jej doświadczenie medyczne: właściwie zawsze mówiła pacjentom co się dzieje i jakie rzeczy będą wykonywane, żeby się nie denerwowali. I zresztą jak powiedziała, tak zrobiła. Palcami lewej ręki lekko uniosła lewą brew Olivera, nachyliła się i pęsetą złapała za pierwszy z odłamków. To była precyzyjna robota, zapewne lepiej gdyby byli w szpitalu, ale mieli co mieli – lepszych warunków nie było. Jej dotyk był ciepły.
– Jak masz na imię? – zapytała, żeby przenieść skupienie Olivera na coś innego. – Ja jestem Guinevere, ale znajomi mówią na mnie Ginny – albo Ginevra, albo Gewn… Niektórzy mówili Nefret, bo tak brzmiało jej drugie imię.
// Przewaga: Animagia, Chimera (kocie oczy), Język angielski, Leczenie