17.10.2025, 00:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.02.2026, 22:26 przez Helloise Rowle.)
— Gdy powiedziałaś, że meblościanka… — Helloise zmarszczyła brwi. Uniosła ręce i, niemrawo je rozsuwając, wykroiła dłońmi szerszy kawałek przestrzeni. — Myślałam… że będzie na ścianę. Pełną. — Pokręciła głową, jakby miało to pomóc jej wytracić stamtąd to błędne założenie. — Zwykły regał możemy zaradzić. Nie bierz z Londynu.
W przywołanych przez Rowle górskich pasmach i dzikich zakątkach Snowdonii pozostało zaszyte dzieciństwo kniejowej wiedźmy wraz z całą jego nostalgią. Potrafiła utożsamić się z tęsknotą Mony, przywołać te same walijskie ścieżki i echa legend. Znała cień smoczych skrzydeł na drodze przed sobą i przenikliwe gadzie krzyki toczące się przez skaliste doliny. To był jej świat tak dawno temu, że przypominał bardziej rozmyty sen niż rzeczywistość, szczególnie że oglądany był oczami dziecka.
— Wróć do domu. — Nagłym ruchem złapała bratanicę za rękę, chcąc ściągnąć jej uwagę. — Dlaczego miałabyś zostać tam w Londynie? I to z Lazarusem patrzącym w Ministerstwie przez ramię… — Dla niej bowiem bycie nieustannie kontrolowanym stanowiło niedogodność równą oddaleniu od natury. — Z pewnością jest dla ciebie zajęcie w rezerwatach. Nie musisz pracować z samymi zwierzętami. Nie ma powodu, abyś cierpiała tęsknotę.
W jednym Mona niewątpliwie miała rację: one odejdą, góra pozostanie. Londyn popadnie w ruinę, a jego zwłoki strawią żarłoczne bluszcze. Yr Wyddfa będzie zaś trwała i — Helloise wierzyła w to głęboko — pamiętała śmiech małych dziarskich dziewczynek, dla których kiedyś ziemie Eryri były placem zabaw, tak samo jak Knieja pamiętała dzieje swoich opiekunów przez pokolenia Greengrassów.
— Nie chodź na Nokturn — pouczyła bratanicę, na powrót składając ręce na swoich kolanach. Nie rozwijała tematu, lecz Mona doskonale znała jej historię i wiedziała, że kryła się za tą przestrogą gorzka lekcja doświadczona na własnej skórze.
Hela słuchała wykładu Mony z uwagą, szczerze zadumała się nad jej słowami. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że niczemu nie można było ufać w tym świecie — wszystko mogło być nośnikiem zaklętej magii zauroczeń. Świeżą ciekawostką było zaś połączenie tego wątku z wchodzeniem do cudzych snów. Miało to sens, gdy się głębiej zastanowić. Helloise o tyle mogła odetchnąć z ulgą, że nie śniła często.
— Robią to samo ludziom w Lecznicy Dusz, to niedaleko — powiedziała, przerzucając w zamyśleniu strony pierwszej gazetki. Wlepiała w nią intensywny wzrok, jakby oczekiwała między kartkami klątwy wyskakującej jak diabeł z pudełka. — Wchodzą im do głów w nocy — doprecyzowała. — I nie potrzebują do tego podstępu. Po prostu otwierają głowę i w niej grzebią. Są tam prawdziwi nieszczęśnicy. Taki los podzielić to gorzej niż śmierć. — Zacisnęła zniesmaczona wargi. — Nie boisz się tych mugolskich słupów wysokich i czarnych sznurów na nich? W Londynie tego pełno. — Wzdrygnęła się.
W przywołanych przez Rowle górskich pasmach i dzikich zakątkach Snowdonii pozostało zaszyte dzieciństwo kniejowej wiedźmy wraz z całą jego nostalgią. Potrafiła utożsamić się z tęsknotą Mony, przywołać te same walijskie ścieżki i echa legend. Znała cień smoczych skrzydeł na drodze przed sobą i przenikliwe gadzie krzyki toczące się przez skaliste doliny. To był jej świat tak dawno temu, że przypominał bardziej rozmyty sen niż rzeczywistość, szczególnie że oglądany był oczami dziecka.
— Wróć do domu. — Nagłym ruchem złapała bratanicę za rękę, chcąc ściągnąć jej uwagę. — Dlaczego miałabyś zostać tam w Londynie? I to z Lazarusem patrzącym w Ministerstwie przez ramię… — Dla niej bowiem bycie nieustannie kontrolowanym stanowiło niedogodność równą oddaleniu od natury. — Z pewnością jest dla ciebie zajęcie w rezerwatach. Nie musisz pracować z samymi zwierzętami. Nie ma powodu, abyś cierpiała tęsknotę.
W jednym Mona niewątpliwie miała rację: one odejdą, góra pozostanie. Londyn popadnie w ruinę, a jego zwłoki strawią żarłoczne bluszcze. Yr Wyddfa będzie zaś trwała i — Helloise wierzyła w to głęboko — pamiętała śmiech małych dziarskich dziewczynek, dla których kiedyś ziemie Eryri były placem zabaw, tak samo jak Knieja pamiętała dzieje swoich opiekunów przez pokolenia Greengrassów.
— Nie chodź na Nokturn — pouczyła bratanicę, na powrót składając ręce na swoich kolanach. Nie rozwijała tematu, lecz Mona doskonale znała jej historię i wiedziała, że kryła się za tą przestrogą gorzka lekcja doświadczona na własnej skórze.
Hela słuchała wykładu Mony z uwagą, szczerze zadumała się nad jej słowami. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że niczemu nie można było ufać w tym świecie — wszystko mogło być nośnikiem zaklętej magii zauroczeń. Świeżą ciekawostką było zaś połączenie tego wątku z wchodzeniem do cudzych snów. Miało to sens, gdy się głębiej zastanowić. Helloise o tyle mogła odetchnąć z ulgą, że nie śniła często.
— Robią to samo ludziom w Lecznicy Dusz, to niedaleko — powiedziała, przerzucając w zamyśleniu strony pierwszej gazetki. Wlepiała w nią intensywny wzrok, jakby oczekiwała między kartkami klątwy wyskakującej jak diabeł z pudełka. — Wchodzą im do głów w nocy — doprecyzowała. — I nie potrzebują do tego podstępu. Po prostu otwierają głowę i w niej grzebią. Są tam prawdziwi nieszczęśnicy. Taki los podzielić to gorzej niż śmierć. — Zacisnęła zniesmaczona wargi. — Nie boisz się tych mugolskich słupów wysokich i czarnych sznurów na nich? W Londynie tego pełno. — Wzdrygnęła się.
Koniec sesji
dotknij trawy