- Cóż przekazałam im dzisiaj dobrą nowinę, nie mieli innego wyjścia. - Za radą Ursuli postanowiła wtajemniczyć swoich najbliższych w to, jak wyglądała sytuacja. Musieli wiedzieć o tym, że niedługo ich rodzina się powiększy, przygotować na różne ewentualności, na plotki, które mogło to za sobą nieść. Wypadało, aby byli na to gotowi. Przebiegło to raczej spokojnie, chociaż nieco obawiała się reakcji rodziców, tak właściwie to matki, bo Gerard jeśli chodziło o cokolwiek związanego z nią zawsze wykazywał się ogromną cierpliwością, mimo tego, że jego temperament był podobny do tego córki. Zawsze bardziej obawiała się matki, jej słów, jej reakcji, nigdy nie była w stanie sprostać jej oczekiwaniom. Wspomniała coś o tym, że zawsze robi wszystko na odwrót, że musiała działać po swojemu, że to nie do końca przystoi, ale koniec końców wyszło na to, że i przyszły dziadek i babcia cieszą się z tego, że niedługo na świecie pojawi się ich pierwszy wnuk.
- Wydaje mi się, że nie jest źle, chyba szczerze się cieszą. - Ślubem, dzieckiem, wszystkim, co miało się wydarzyć. To było dosyć sporo na tak krótki czas, jednak nie ma co się oszukiwać, że jej najbliżsi musieli być przygotowani na wszystko, Yaxley nigdy nie należała do szczególnie ułożonych osób, można się po niej było spodziewać dosłownie wszystkiego, czuła, że dzisiaj znowu udało jej się zaskoczyć rodzinę, jakby to było jakimś ogromnym osiągnięciem.
Jak widać jednak zasłużyła po tych wyznaniach na spokój, którego się nie spodziewała, jednakże nie zamierzała nim gardzić, bo to nie zdarzało się zbyt często, nie w tym domu, pełnym ludzi, ludzi którzy uwielbiali się gościć, spędzać czas z najbliższymi, podtrzymywać relacje.
- Sama nie wiem, uprzedzam? - Nie mogła przewidzieć, jak zachowa się jej organizm. Niby doskonale go znała, wiedziała na co ją stać, ale ostatnio... ostatnio nie była sobą. Musiał jej wybaczyć tę niedyspozycję, nie do końca była za nią odpowiedzialna, no niby poniekąd... w sumie to i on i ona byli sprawcami tego, że aktualnie wszystko wyglądało tak, a nie inaczej. Teraz tak właściwie to odpowiedzialny za wszystko był pąkiel, który w niej rósł.
- Tak, Gerard był na kolacji, całkiem zadowolony. - Tok myślenia Ambroise'a miał sens. Jej ojciec zdążył już wrócić z polowania, i tak było udane, oczywiście, że wspomniał o tym przy wspólnej kolacji. Uwielbiał opowiadać o swoich udanych łowach, zazwyczaj dość milczący, gdy dochodziło do tych tematów robił się wręcz gadatliwy.
- Chętnie zobaczę to na własne oczy, bo opowiadał... jakby to były ogromne ilości zwierzyny. - Faktycznie wcale nie takim głupim pomysłem była weryfikacja tego. Zresztą kto jak kto, ale ona nie zamierzała gardzić kolejnym kawałkiem świeżej dziczyzny.
Uniosła się z sofy, całkiem zgrabnie, na potwierdzenie zainteresowania wycieczką do kuchni. - Na pewno nasza ferajna się ucieszy, jeśli im coś zorganizujemy. - Uśmiechnęła się szeroko, naprawdę była szczęśliwa, wszystko wydawało się układać, miała wrażenie, że jej świat w końcu był pełny.