Zachichotała cicho, bo niestety wyobraziła sobie Sebastiana, w tym jego pełnym wdzianku stojącego przed lustrem, ćwiczącego swoją przemowę we własnym mieszkaniu (tak naprawdę jej myśli zaczęły brnąć dalej, czy miał własne mieszkanie, czy kapłani mieszkali gdzieś w kowenie? tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi). Dosyć szybko jednak na jej twarzy znowu pojawiła się powaga, chociaż wcale nie tak łatwo było utrzymać jej ten stan. Nie w towarzystwie Benjy'ego, który rzucał takimi trafnymi komentarzami.
- Zapewne tak jest, chociaż mam wrażenie, że ten kapłan i bez tego czuje się ze sobą bardzo pewnie. - Być może był bardzo charyzmatyczny, zdarzały się i takie osoby, albo faktycznie obdarzony jakimś darem, który powodował, że umiał mówić językiem Matki. Bletchley nie do końca wiedziała, jak to działa, nigdy nie interesowała się specjalnie sprawami kowenu, kaznodziejów, no ogólnie wiary. Była człowiekiem nauki, uważała, że wiedza jest bardziej przydatna od wiary, to ona mogła być realną pomocą, a nie modły do różnych bytów. Kiedy przychodziło do radzenia sobie z prawdziwymi problemami, to musieli liczyć tylko na siebie, a nie czekać na cuda, które mogły nigdy nie nadejść. Akurat co do tego miała bardzo mocno wyrobioną opinię. Widziała bowiem wiele sytuacji, które nigdy nie powinni się wydarzyć, gdyby istniała jakaś siła wyższa, to chyba nie dopuszczałaby do tego, aby ginęły dzieci, czy niewinne rodziny, ale nie był to moment na takie rozważania.
Naprawdę starała się tłumić śmiech, jednak wychodziło jej to bardzo pokracznie. Parsknęła cicho, starając się udawać, że to był kaszel. Oczy jej jednak błyszczały i na pewno widać było po Prue, że wyjątkowo dobrze bawi się podczas tej ceremonii.
- Czy ja wiem, chociaż jeśli Ty nie miałeś jej w rękach, tylko ktoś inny, to się nie liczy, faktycznie. - Wychodziło więc na to, by zakutalizowali nieco swoją wiedzę na temat ulotek kowenowych, bo nie należała ona do tych najbardziej świeżych, chociaż, czy aby na pewno było im to do czegoś potrzebne?
- Najwyraźniej będziemy musieli pogodzić się z niewiedzą. - Nie, żeby ją to jakoś szczególnie ciekawiło, chociaż może trochę? Gdyby kapłan korzystał z magii, to zapewne pozostałyby po niej jakieś ślady, może sprawdzając otoczenie mogliby to zweryfikować. Tylko, czy naprawdę to była sprawa warta uwagi? Nie do końca miała co do tego pewność.
- Widzę, to dosyć zaskakujące. - Powstrzymała się przed tym, żeby uznać to za straszne, broń na ślubie, wyciągnięta przy wszystkich, gotowa do użycia. No, był to raczej niecodzienny widok, nie wydawało jej się jednak, aby wzbudzał kontrowersje. Być może w niektórych kręgach było to całkiem normalne... tych bardziej jej obcych.
- Swoją drogą ten ojciec też wydaje się bardzo specyficzny. - Taki dumny, kolorowo ubrany, Bletchley nie do końca znała zwyczaje Yaxleyów, więc to też było dla niej raczej nietypowe. - Nie zrobią jednak nikomu krzywdy przy tych wszystkich ludziach, prawda? - Zapytała jeszcze, chociaż nie wydawało jej się, aby ktokolwiek był taki nieodpowiedzialny. Na pewno wiedzieli, co robią, chociaż dla niej łowcy byli zdecydowanie bardzo obcą społecznością.
- Nie każdy... chyba mało który, podejrzewam, że pod sukienką też ma ukrytą jakąś broń. - Jakoś łatwo przyszło jej wyobrażenie sobie tego, nie powinno to być jednak zadziwiające po tym pokazie, który przed chwilą został im zaprezentowany.
Otworzyła szerzej oczy, gdy zobaczyła, że Ambroise wziął swoją żonę na ręce. Musiał mieć sporo krzepy, nie, żeby miała coś do tego, jak wyglądała panna młoda, ale patrząc na to tylko praktycznie to wcale nie wydawało się takie proste, zważając na jej sylwetkę, wzrost i całą resztę. - Oby się nie potknął. - Powiedziała jeszcze cicho, wcale nie życząc im źle, po prostu naprawdę miała nadzieję, że nie zrobią sobie krzywdy tymi akrobacjami.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control