12.10.2025, 21:01 ✶
Eliasz nie miał za bardzo kogo zaprosić na wesele, biorąc pod uwagę, że sam dowiedział się o ceremonii stosunkowo niedawno. Wprawdzie miał parę koleżanek, które mógłby spróbować wyciągnąć, ale przez pracę w warsztacie i natłok zamówień w Szklanej Alchemii nie za bardzo miał szansę zastanowić się głębiej nad tym wszystkim. Dosyć szybko podjął więc decyzję, aby przyjść sam. W pewnym momencie grupy i tak się wymieszają, więc na pewno znajdzie sobie jakąś grupę z którą przesiedzi wesele.
Gdy zaczepiła go siedząca nieopodal kobieta, chłopak w pierwszej chwili nie zareagował, sądząc, że mówi do kogoś innego. Dopiero po chwili zorientował się, że nikt nie odpowiedział na jej powitanie, zerknął na nią i... Trochę skonfundował go jej widok. Miał wrażenie, że już ją gdzieś widział. W innym makijażu. W innych włosach. W innych ciuchach, ale... Nie za bardzo potrafił dopasować jej twarz do konkretnego środowiska. Klientka? Dalsza sąsiadka? Znajoma znajomego?
— H-hej? — rzucił powoli, uśmiechając się niepewnie. Dopiero po chwili go olśniło. Cukiernia na Pokątnej! No tak! Przecież wysłali go tam przed ogniskiem, żeby odebrał jakieś zamówienie. Ugh, zupełnie wypadło mu z głowy. — Och, panna... Panna Figg, tak? Dobrze pamiętam? Eliasz Bletchley.
Podał jej rękę na powitanie, czerwieniąc się lekko. Nie spodziewał się tutaj właścicielki londyńskiej klubokawiarni. Nie żeby było coś złego w byciu właścicielką londyńskiej klubokawiarni. Po prostu do tej pory nie był świadom tego, jak blisko ta kobieta była z Ambrożem, skoro zaprosił ją na wesele. Jaki ten świat mały. W sumie... Eliasz zmrużył oczy, taksując kobietę uważnym wzrokiem. Blondynka wyglądała na taką, która mogła mieć pieniądze. Ciekawe, czy byłaby zainteresowana grą w karty, kiedy na weselu atmosfera już nieco się rozluźni... Zaprosić jeszcze parę osób i miałby rozrywkę na co najmniej kilka godzin. Może nawet bym coś wygrał, pomyślał przelotnie, podnosząc się z krzesła, gdy na weselu rozbrzmiała melodia weselna.
Przez całą przemowę kapłana kowenu walczył ze sobą, aby nie zacząć ziewać. Robił wszystko, aby tylko odwrócić swoją uwagę od monotonnego monologu Macmillana: rozglądał się na boki, liczył poszczególne deseczki z których były zrobione krzesła dla gości, a nawet zerkał co jakiś czas w niebo, próbując doszukać się na nim jakichś wymyślnych kształtów. To nie tak, że cały obrządek go nudził czy też nie zgadzał się z tym, o czym mówił kapłan. Doskonale wiedział, że Geraldine i Ambroise do siebie pasują. Gdyby było inaczej, to nie krążyliby na swoich orbitach przez tyle lat, a po prostu w pewnym momencie by się pozabijali. Przy użyciu noży i skalpelów.
Bletchley po prostu nie miał jakoś szczególnie rozwiniętej sfery duchowej. Nie potrafił wygospodarować na to czasu. W czasach szkolnych wolał poświęcać czas dosłownie czegokolwiek innemu, a wraz z wejściem w dorosłość coraz trudniej było znaleźć te kilka godzin, aby skupić się na więzi z Matką. Odwiedzenie sabatu? Wrzucenie paru monet na zbiórkę na rzecz kowenu? Niech będzie. Ale analizowanie przemów kapłanów i kapłanek? Uczestniczenie w zebraniach kowenowego chórku? Merlinie broń, pomyślał, przestępując z nogi na nogę, jakby próbował wystukać jakiś konkretny rytm.
— Psst… Myślisz, ze długo będzie jeszcze tak gadał? — szepnął do Figg, pochylając się delikatnie w jej stronę. — Jeśli zawsze tak się rozkręca, to dziwne, że jeszcze nie zrobił kariery w polityce.
Gdy zaczepiła go siedząca nieopodal kobieta, chłopak w pierwszej chwili nie zareagował, sądząc, że mówi do kogoś innego. Dopiero po chwili zorientował się, że nikt nie odpowiedział na jej powitanie, zerknął na nią i... Trochę skonfundował go jej widok. Miał wrażenie, że już ją gdzieś widział. W innym makijażu. W innych włosach. W innych ciuchach, ale... Nie za bardzo potrafił dopasować jej twarz do konkretnego środowiska. Klientka? Dalsza sąsiadka? Znajoma znajomego?
— H-hej? — rzucił powoli, uśmiechając się niepewnie. Dopiero po chwili go olśniło. Cukiernia na Pokątnej! No tak! Przecież wysłali go tam przed ogniskiem, żeby odebrał jakieś zamówienie. Ugh, zupełnie wypadło mu z głowy. — Och, panna... Panna Figg, tak? Dobrze pamiętam? Eliasz Bletchley.
Podał jej rękę na powitanie, czerwieniąc się lekko. Nie spodziewał się tutaj właścicielki londyńskiej klubokawiarni. Nie żeby było coś złego w byciu właścicielką londyńskiej klubokawiarni. Po prostu do tej pory nie był świadom tego, jak blisko ta kobieta była z Ambrożem, skoro zaprosił ją na wesele. Jaki ten świat mały. W sumie... Eliasz zmrużył oczy, taksując kobietę uważnym wzrokiem. Blondynka wyglądała na taką, która mogła mieć pieniądze. Ciekawe, czy byłaby zainteresowana grą w karty, kiedy na weselu atmosfera już nieco się rozluźni... Zaprosić jeszcze parę osób i miałby rozrywkę na co najmniej kilka godzin. Może nawet bym coś wygrał, pomyślał przelotnie, podnosząc się z krzesła, gdy na weselu rozbrzmiała melodia weselna.
Przez całą przemowę kapłana kowenu walczył ze sobą, aby nie zacząć ziewać. Robił wszystko, aby tylko odwrócić swoją uwagę od monotonnego monologu Macmillana: rozglądał się na boki, liczył poszczególne deseczki z których były zrobione krzesła dla gości, a nawet zerkał co jakiś czas w niebo, próbując doszukać się na nim jakichś wymyślnych kształtów. To nie tak, że cały obrządek go nudził czy też nie zgadzał się z tym, o czym mówił kapłan. Doskonale wiedział, że Geraldine i Ambroise do siebie pasują. Gdyby było inaczej, to nie krążyliby na swoich orbitach przez tyle lat, a po prostu w pewnym momencie by się pozabijali. Przy użyciu noży i skalpelów.
Bletchley po prostu nie miał jakoś szczególnie rozwiniętej sfery duchowej. Nie potrafił wygospodarować na to czasu. W czasach szkolnych wolał poświęcać czas dosłownie czegokolwiek innemu, a wraz z wejściem w dorosłość coraz trudniej było znaleźć te kilka godzin, aby skupić się na więzi z Matką. Odwiedzenie sabatu? Wrzucenie paru monet na zbiórkę na rzecz kowenu? Niech będzie. Ale analizowanie przemów kapłanów i kapłanek? Uczestniczenie w zebraniach kowenowego chórku? Merlinie broń, pomyślał, przestępując z nogi na nogę, jakby próbował wystukać jakiś konkretny rytm.
— Psst… Myślisz, ze długo będzie jeszcze tak gadał? — szepnął do Figg, pochylając się delikatnie w jej stronę. — Jeśli zawsze tak się rozkręca, to dziwne, że jeszcze nie zrobił kariery w polityce.