– Och, nie wątpię – zmrużyła oczy, gdy uśmiech doszedł też do nich. Nie wiedziała, ile lat miał hrabia Montbel, ale z toku rozmowy wnioskowała, że dużo. Że miał całe lata na to, by obserwować bieg historii. Dosłownie obserwować, jeśli wierzyć jego słowom, że starał się unikać bycia w oku cyklonu, nawet jeśli wydawało się, że to tam jest najspokojniej. Był to tylko pozór. Tak czy siak – miał dużo większą szansę na życie w ciekawych czasach, jak to sam ujął, ale czyż każde czasy nie są na swój sposób ciekawe…? Tego Victoria nie wiedziała, nie miała jakiegoś wielkiego zamiłowania do historii, w przeciwieństwie do mężczyzny, który zawrócił jej w głowie (a może to jednak sprawa bycia wampirem…? Może naturalnie ich do tego ciągnęło?).
Jednak w przeciwieństwie do Gabriela, Victoria się w takim punkcie zwrotnym znalazła. Nie do końca z wyboru, trudno to zresztą było wytłumaczyć, ale prawda była taka, że gdyby nie to, co widziała w ogniu Beltane, to nikt by nawet nie wpadł na to, by w niego wejść… i wylądować w Limbo. Była więc nie tyle osią zwrotną, co całym mechanizmem, który w ogóle do tego wszystkiego popchnął.
– Podnosi. Ludzie mają zadziwiającą zdolność do adaptacji do warunków, jakie panują. To pewnie dlatego przeżyliśmy tak długo, pomimo oczywistej głupoty wielu osobistości – a zwłaszcza jeśli chodziło o władców, to wielu z nich zdawało się być wyjątkowymi głupcami. Nie wszyscy, rzecz jasna, ale gdyby spojrzeć na historię w ogólności, to rasa ludzka, mimo że najinteligentniejsza z tych żyjących na ziemi, miała też niezwykłą zdolność do destrukcji otoczenia, ale też w szczególności siebie wzajemnie. Nie trzeba było zresztą daleko szukać: niedawno Grindelwald, obecnie Voldemort… Przejawiali dokładnie te same cechy, a ich udziałem była śmierć ludzi, którzy chcieli sobie po prostu żyć… – Chociaż jeszcze dużo wody upłynie w Tamizie, zanim wszystko, co zostało zniszczone, będzie odbudowane – czas… nawet z pomocą magii to wszystko zajmie… sporo. Przy takich zniszczeniach i tylu potrzebujących… Dlatego Victoria nawet nie zawracała sobie głowy szukaniem kogoś, kto naprawi elewację jej kamienicy, czy uszkodzone drzwi wejściowe. Ważne było, że działały i że dało się w środku mieszkać. – Bardzo się w takim razie cieszę – uśmiechnęła się do Montbela i nie wyrwała ręki, kiedy on ujął jej dłoń i ucałował kurtuazyjnie, choć skłamałabym pisząc, że się tego spodziewała – bo mimo wszystko zaskoczył ją. – Do ogrodu zapraszam zawsze – co prawda nie równało się to ze spotkaniem jej tutaj, ale była na to jakaś tam niezerowa szansa, tym bardziej, że jednak te róże zaprzątały jej głowę i zamierzała rozwikłać ich zagadkę. – Nie obiecuję, że na pewno tu będę, ale jest taka możliwość – zaśmiała się nawet trochę, ale znaczyło to ni mniej ni więcej, że to spotkanie i dla niej było miłe w jakimś tam stopniu. Widziała na pewno, że jest w stanie się z hrabią dogadać choćby chodziło o same kwiaty, a to było już coś, bo niewielu mężczyzn jednak się nimi interesowało.
Bo widziała jego ruchy, z jaką czułością dotykał płatków róży. Mówił zresztą, że ukochał sobie te kwiaty, że posiada (lub posiadał) ogród… Słuchała go uważnie, nawet jeśli nie odpowiadała na wszystko, co mówił. A teraz obserwowała z równym zainteresowaniem.
– Nie wiemy czym są, więc proszę o ostrożność. Chociaż nie zauważyłam by były agresywne dla ludzi. Nie wiem jednak też czy nie są gatunkiem inwazyjnym i szkodzącym innym roślinom… Wydarzenia z poprzedniego tygodnia trochę opóźniły moje badania – mówiła, gdy on przeniósł zainteresowanie na kwiaty. A „opóźnienie” było niedopowiedzeniem. Nie miała czasu w ogóle zbadać róży, którą zabrała w doniczce do domu. Ciągle była w pracy, a jak nie była, to spała, albo robiła różnie ważne rzeczy. Jak na przykład brała udział w pogrzebie… Tak na dobrą sprawę ta chwila, którą poświęcała właśnie wampirowi, być może była pierwszą całkowicie w pełni taką, która była całkowicie jej i spędzana wedle jej widzimisię.
Ach, sprzed dwóch wieków… Więc miał przynajmniej 200 lat na karku – zanotowała to sobie, ale nie skomentowała, słuchając tego, co mówił, gdy opowiadał o jakiejś jej… krewnej? Z odległego czasu, ale nie przestrzeni… Lestrange zmarszczyła ciemne brwi, gdy patrzyła na mężczyznę. Co próbował jej powiedzieć? Że nadal żyła? Nie byłaby to najdziwniejsza rzecz pod słońcem, w końcu umiała w swoim rodowodzie wampirzycę, która przestała być wampirem. Była więc wampirem? A może ghoulem? Choć patrząc na hrabiego i że mówił, że jest jego gospodynią, strzelałaby bardziej w to pierwsze. – Hmm, Lucy Rosewood? – powtórzyła za nim powoli, przeszukując odmęty pamięci w poszukiwaniu kontekstu. Przekrzywiła nawet głowę w zamyśleniu. Czy coś jej to mówiło? Nie za bardzo, ale miała wrażenie, że coś jej tam dzwoni, tylko nie była pewna gdzie. – Mam wrażenie, że gdzieś już słyszałam to nazwisko, ale nie umiem tego do niczego dopasować – przyznała w końcu, uśmiechając się uprzejmie. – Więc mówi pan, że to moja krewna? – zagadnęła.