10.10.2025, 15:14 ✶
Nie mogłem się powstrzymać, żeby nie unieść kącika ust, gdy tylko Sebastian zaczął mówić. Cóż za wstęp. Nie, żeby jego słowa mnie śmieszyły - właściwie były dość ładne, jak na standardy kaznodziejów, ale sposób, w jaki wypowiadał każde z nich, z tą teatralną emfazą, sprawiał, że trudno było mi zachować całkowicie poważny wyraz twarzy. Cóż, w moim przypadku wzruszenie najczęściej objawiało się lekkim, sardonicznym uśmiechem. Poza tym - kapłani zawsze mieli talent do dramatyzmu, nawet jeśli publiczność składała się z ludzi, którzy z trudem powstrzymywali ziewnięcie. Jego głos rozlał się po całym ogrodzie, jak melasa - gładki, lepki, podniosły, odrobinę zbyt słodki, żeby nie wywołać u mnie lekko krzywego uśmieszku. „Nowa wspólnota serc”… Jasne. Brzmiało pięknie, owszem, ale znałem oboje wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że ich „wspólnota” wcale nie była taka nowa. Przekręciłem głowę w stronę Prue, tylko na moment, na tyle subtelnie, by nikt poza nią tego nie wychwycił.
- Zawsze wiedziałem, sze Macmillanowie mają ciągoty do teatlu. - szepnąłem cicho, tonem zbliżonym do mamrotnięcia, ledwie słyszalnym, bardziej dla niej niż dla kogokolwiek innego. - Bszmi, jakbyśmy mieli byś świadkami objawienia, a nie zawalsia małszeństwa - Mruknąłem, z rozbawieniem, chociaż mój ton głosu zdradzał raczej dyskretną ironię niż kpiny. Wróciłem spojrzeniem do ołtarza, akurat w momencie, gdy Sebastian nabrał jeszcze bardziej przesadnie uroczystego tembru. Głos miał dobry - to trzeba było mu przyznać, ale mówił, jakby składał hołd samej Matce Księżyca, a nie udzielał ślubu dwójce ludzi, którzy postanowili przyspieszyć procedury. Wyglądał, jakby zaraz miał się unieść nad ziemię w natchnieniu.
Przyglądałem się temu z pozornym skupieniem, choć w głowie wciąż krążyły mi ironiczne uwagi, których z pewnością lepiej było nie wypowiadać na głos. Nie chciałem być złośliwy - prowadzący obrzęd po prostu miał w sobie tę kaznodziejską manierę, która zawsze działała na mnie jak zbyt mocny eliksir uspokajający, zamiast wprowadzać w duchowy nastrój, wywoływała nagłą senność i lekki brak samokontroli nad reakcjami. Kapłan tymczasem kontynuował z tym swoim „świętym znakiem obecności Matki w ich życiu”, a ja, nie chcąc być bezbożnym, pochyliłem głowę z należnym szacunkiem… Gdy przeszedł do wspomnień o „silnym uścisku dłoni” Geraldine, musiałem jednak dyskretnie odchrząknąć, żeby nie parsknąć.
- Zdecydowanie zapamiętał właściwe szczegóły. - Szepnąłem, ledwie poruszając ustami. Nie chciałem przeszkadzać, więc mówiłem cicho, niemal w rytm słów kapłana. Puściłem oczko do towarzyszki i znowu odchyliłem się, jakbym nic nie powiedział, z kamienną twarzą, która ledwo kryła rozbawienie. Nawet w tak ładnym, eleganckim wydaniu, panna młoda miała krzepę - doskonale pamiętałem nasze starcie na korytarzu i to, jak waleczna potrafiła być, nawet jeśli tego dnia wyglądała wyjątkowo niewinnie. Obserwowałem, jak kapłanki zbliżają się z tymi skrzynkami pełnymi wstęg i zawieszek.
Potem jednak przestałem się uśmiechać. Rytuał zarękowin miał w sobie coś rzeczywiście pięknego - to splatanie dłoni, wstęgi, cisza, w której wszystko wydawało się mieć znaczenie. Obserwowałem, jak kapłan wiąże pierwszą z nich, srebrną, z symbolem kowenu, i jak kolejne kolory układają się w misterną plątaninę. Całość miała w sobie coś symbolicznego, coś nawet… Wzruszającego, i przez moment pomyślałem, że może właśnie w takich chwilach ludzie naprawdę wierzą w coś większego niż oni sami. Cisza, w której unosiło się to ceremonialne napięcie, była prawie idealna. Sebastian Macmillan naprawdę umiał zrobić klimat, nawet jeśli trochę zbyt teatralny, jak na gusta cynika po rozwodzie. Uśmiechnąłem się lekko.
- Zawsze wiedziałem, sze Macmillanowie mają ciągoty do teatlu. - szepnąłem cicho, tonem zbliżonym do mamrotnięcia, ledwie słyszalnym, bardziej dla niej niż dla kogokolwiek innego. - Bszmi, jakbyśmy mieli byś świadkami objawienia, a nie zawalsia małszeństwa - Mruknąłem, z rozbawieniem, chociaż mój ton głosu zdradzał raczej dyskretną ironię niż kpiny. Wróciłem spojrzeniem do ołtarza, akurat w momencie, gdy Sebastian nabrał jeszcze bardziej przesadnie uroczystego tembru. Głos miał dobry - to trzeba było mu przyznać, ale mówił, jakby składał hołd samej Matce Księżyca, a nie udzielał ślubu dwójce ludzi, którzy postanowili przyspieszyć procedury. Wyglądał, jakby zaraz miał się unieść nad ziemię w natchnieniu.
Przyglądałem się temu z pozornym skupieniem, choć w głowie wciąż krążyły mi ironiczne uwagi, których z pewnością lepiej było nie wypowiadać na głos. Nie chciałem być złośliwy - prowadzący obrzęd po prostu miał w sobie tę kaznodziejską manierę, która zawsze działała na mnie jak zbyt mocny eliksir uspokajający, zamiast wprowadzać w duchowy nastrój, wywoływała nagłą senność i lekki brak samokontroli nad reakcjami. Kapłan tymczasem kontynuował z tym swoim „świętym znakiem obecności Matki w ich życiu”, a ja, nie chcąc być bezbożnym, pochyliłem głowę z należnym szacunkiem… Gdy przeszedł do wspomnień o „silnym uścisku dłoni” Geraldine, musiałem jednak dyskretnie odchrząknąć, żeby nie parsknąć.
- Zdecydowanie zapamiętał właściwe szczegóły. - Szepnąłem, ledwie poruszając ustami. Nie chciałem przeszkadzać, więc mówiłem cicho, niemal w rytm słów kapłana. Puściłem oczko do towarzyszki i znowu odchyliłem się, jakbym nic nie powiedział, z kamienną twarzą, która ledwo kryła rozbawienie. Nawet w tak ładnym, eleganckim wydaniu, panna młoda miała krzepę - doskonale pamiętałem nasze starcie na korytarzu i to, jak waleczna potrafiła być, nawet jeśli tego dnia wyglądała wyjątkowo niewinnie. Obserwowałem, jak kapłanki zbliżają się z tymi skrzynkami pełnymi wstęg i zawieszek.
Potem jednak przestałem się uśmiechać. Rytuał zarękowin miał w sobie coś rzeczywiście pięknego - to splatanie dłoni, wstęgi, cisza, w której wszystko wydawało się mieć znaczenie. Obserwowałem, jak kapłan wiąże pierwszą z nich, srebrną, z symbolem kowenu, i jak kolejne kolory układają się w misterną plątaninę. Całość miała w sobie coś symbolicznego, coś nawet… Wzruszającego, i przez moment pomyślałem, że może właśnie w takich chwilach ludzie naprawdę wierzą w coś większego niż oni sami. Cisza, w której unosiło się to ceremonialne napięcie, była prawie idealna. Sebastian Macmillan naprawdę umiał zrobić klimat, nawet jeśli trochę zbyt teatralny, jak na gusta cynika po rozwodzie. Uśmiechnąłem się lekko.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)