08.10.2025, 12:23 ✶
– Przyszło mi żyć w ciekawych czasach wielokrotnie, zwykłem do tej pory unikać obecności w punktach zwrotnych... – Ostatni raz zdecydowanie nie był jego wyborem. Wampirzy lud ściągnął go z tronu na kilka uderzeń serca przed wybuchem Rewolucji Francuskiej. Znamienne. Nie pogrążał się jednak w tym było nie było traumatycznym wspomnieniu. Zamiast tego roześmiał się serdecznie na ciche życzenie związane z poprzednim zdaniem. No tak... Spalona Noc, słyszał już tę nazwę. Może rzeczywiście powinien unikać tego typu językowych zawirowań? Sam przespał to zdarzenie, wiele kilometrów dzieliło go od tragedii szarpiącej angielską ziemię. Nie narzekał z tego tytułu. Wręcz przeciwnie, uważał to za błogosławieństwo bo przy jego stanie umysłu w tamtych dniach, gotów jeszcze jak jaki szaleniec przemierzać pożogę by upewnić się że jedna ludzka, bardzo zarozumiała skóra była bezpieczna. Szczęśliwie było to już za nim - jak głęboko wierzył. Szczęśliwie, jego poprzedni projekt został wypalony.
– Zależne to jest od perspektywy, ale nie ma nad czym i nad kim ronić już łez. Jak feniks z popiołów. Jak Londyn, który też podnosi się z tego co obserwuję przemierzając ulice. Dziękuję za miłe słowa i owszem, czuję się tak, jakbym narodził się na nowo. – Mówił gładko, z pewną dozą samozadowolenia odnajdując w tych słowach prawdę, a nie tylko salonową ogładę powstrzymującą go przed zwierzaniem się nieznajomej. Odetchnął głęboko różanym ogrodem, którego stan i dziwaczność przypadały mu do gustu bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce w Anglii.
Spokój i chłód coraz bardziej już znajomej nieznajomej przynosiły mu niekłamaną przyjemność. Od czasu przebudzenia rzadko kiedy sięgał po kobiecą krew, chociaż skłamałby, gdyby nie przyznał, że był jej ciekaw. Biła od niej duma i powaga, przed którą czuł minimalny respekt, nawet jeśli był on raczej respektem człowieka przyglądającemu się piękności i unikalności kruchego motyla. – Nie wiem czy to magia tego miejsca, czy słowa, które wychodzą spomiędzy pani warg, ale coraz większa mam nadzieję, że nasze spotkanie nie jest jednorazowe. Pani uwagi są dla mnie miodem na zbolałe serce. – ujął jej dłoń i ucałował w podzięce, bynajmniej nie zamierzając się z nią rozstawać. Jeszcze nie.
Uwaga przeszła na kwiaty a informacje o nich nieco go zasmuciły. Zbyt zajęty pielęgnacją własnego ogrodu, nie był w stanie udzielić jej żadnych dotyczących czarnych kwiatów. Z resztą... Jeśli ich historia sięgała czasów, gdy był zamknięty w krypcie... Z łagodnością wrażliwego ogrodnika muskał czarne płatki, jakby oczekując że rośliny same opowiedzą mu swoją historię, choć bał się... o tak, bał się, że w jego gestach znajduje się prawda o tym, cóż też uczynił temu ogrodowi, gdy opuściła go miłość.
– Lestrange, no tak... w tym stuleciu spotkałem ich kilku na dyplomatycznych rautach. Ostatnie sześć lat nie było dla mnie łaskawe, ale mam wspomnienia pani familii sprzed dwóch wieków. Prawda jest taka, że w sumie jedna z pani bardzo odległych w czasie, niekoniecznie przestrzeni krewniaczek jest obecnie moją gospodynią. Osobą, przez którą i dla której próbuję znaleźć sobie miejsce tu, mimo pożogi i ogólnych niepokojów. Nosi teraz inne nazwisko, ale z tego co kojarzę, wywodziła się właśnie z waszego drzewa. Lucy Rosewood? Coś pani to mówi? – o słodka ironio. Rosewood, wspomniana pośród różanych krzewów. Zignorował ukłucie w martwe serce, ból fantomowy zapewne, zignorował myśl o tym, że była to kobieta, która winna bać się krzewów po tym co ujrzała w jego przeklętej piwnicy, zdecydowała się zamiast tego przybrać nazwisko z różami właśnie. Musi ją dziś zapytać o powód. Może jutro jeśli czas pozwoli.
– Zależne to jest od perspektywy, ale nie ma nad czym i nad kim ronić już łez. Jak feniks z popiołów. Jak Londyn, który też podnosi się z tego co obserwuję przemierzając ulice. Dziękuję za miłe słowa i owszem, czuję się tak, jakbym narodził się na nowo. – Mówił gładko, z pewną dozą samozadowolenia odnajdując w tych słowach prawdę, a nie tylko salonową ogładę powstrzymującą go przed zwierzaniem się nieznajomej. Odetchnął głęboko różanym ogrodem, którego stan i dziwaczność przypadały mu do gustu bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce w Anglii.
Spokój i chłód coraz bardziej już znajomej nieznajomej przynosiły mu niekłamaną przyjemność. Od czasu przebudzenia rzadko kiedy sięgał po kobiecą krew, chociaż skłamałby, gdyby nie przyznał, że był jej ciekaw. Biła od niej duma i powaga, przed którą czuł minimalny respekt, nawet jeśli był on raczej respektem człowieka przyglądającemu się piękności i unikalności kruchego motyla. – Nie wiem czy to magia tego miejsca, czy słowa, które wychodzą spomiędzy pani warg, ale coraz większa mam nadzieję, że nasze spotkanie nie jest jednorazowe. Pani uwagi są dla mnie miodem na zbolałe serce. – ujął jej dłoń i ucałował w podzięce, bynajmniej nie zamierzając się z nią rozstawać. Jeszcze nie.
Uwaga przeszła na kwiaty a informacje o nich nieco go zasmuciły. Zbyt zajęty pielęgnacją własnego ogrodu, nie był w stanie udzielić jej żadnych dotyczących czarnych kwiatów. Z resztą... Jeśli ich historia sięgała czasów, gdy był zamknięty w krypcie... Z łagodnością wrażliwego ogrodnika muskał czarne płatki, jakby oczekując że rośliny same opowiedzą mu swoją historię, choć bał się... o tak, bał się, że w jego gestach znajduje się prawda o tym, cóż też uczynił temu ogrodowi, gdy opuściła go miłość.
– Lestrange, no tak... w tym stuleciu spotkałem ich kilku na dyplomatycznych rautach. Ostatnie sześć lat nie było dla mnie łaskawe, ale mam wspomnienia pani familii sprzed dwóch wieków. Prawda jest taka, że w sumie jedna z pani bardzo odległych w czasie, niekoniecznie przestrzeni krewniaczek jest obecnie moją gospodynią. Osobą, przez którą i dla której próbuję znaleźć sobie miejsce tu, mimo pożogi i ogólnych niepokojów. Nosi teraz inne nazwisko, ale z tego co kojarzę, wywodziła się właśnie z waszego drzewa. Lucy Rosewood? Coś pani to mówi? – o słodka ironio. Rosewood, wspomniana pośród różanych krzewów. Zignorował ukłucie w martwe serce, ból fantomowy zapewne, zignorował myśl o tym, że była to kobieta, która winna bać się krzewów po tym co ujrzała w jego przeklętej piwnicy, zdecydowała się zamiast tego przybrać nazwisko z różami właśnie. Musi ją dziś zapytać o powód. Może jutro jeśli czas pozwoli.