08.10.2025, 00:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.10.2025, 13:45 przez Benjy Fenwick.)
Jej „mhm” zawisło w powietrzu jak coś, co miało zamknąć rozmowę, dobrze, nie zamierzałem już nic dodawać. Milczenie było bezpieczniejsze - prostsze niż rozgrzebywanie tego, czego i tak bym nie wytłumaczył. Krzesło skrzypnęło pod moim ciężarem, a ja przetarłem kark dłonią, próbując rozluźnić spięte mięśnie. Wszystko we mnie było napięte jak struna - od ramion po żuchwę - czułem, jak krew pulsuje mi pod skórą. Zmęczenie dawało o sobie znać, ale nie chciałem, żeby to wyglądało tak, jakbym się poddawał. Oparłem łokcie na kolanach, patrząc gdzieś w bok, na szafkę i drobne ruchy jej dłoni, chociaż starałem się sprawiać wrażenie, że mnie to nie obchodziło.
Nie protestowałem, gdy zaczęła się krzątać przy szafce - po prostu siedziałem, obserwując, jak jej dłonie poruszają się z tą charakterystyczną precyzją, której ja nigdy nie miałem. Wszystko u niej miało swoje miejsce, nawet te drobne szklane fiolki brzęczące przy każdym ruchu. Zabawne - wyglądała jak ktoś, kto próbował utrzymać porządek w świecie, który i tak zawsze wymykał się spod kontroli. Może faktycznie tyle wystarczało, dostała zgodę, więc skupiła się na robocie - to mi pasowało, nie lubiłem, kiedy ktoś się nade mną rozczulał. Nie lubiłem, kiedy ktoś się nade mną pochylał. To uczucie… Czułem je tak, jakby ci wszyscy ludzie - niezależnie od intencji - odbierali mi kontrolę. Własne ciało nie powinno być czyimś projektem naprawczym, ale skoro już się zgodziłem, nie miałem zamiaru cofnąć słowa.
Złapałem się na tym, że ściskam dłonie w pięści, kciuk wbity w śródręcze. Nie dlatego, że się bałem - po prostu nie znosiłem tego rodzaju bliskości - tej wymuszonej, medycznej, pod potrzebą pomocy. Przez lata nauczyłem się, że człowiek sam musi sobie radzić, każda cudza troska miała w sobie jakiś koszt, a ja wcale nie miałem ochoty go płacić. Z nosa spłynęła mi cienka smuga krwi, którą starłem wierzchem dłoni. Skóra paliła, łzy same cisnęły się do oczu, ale powstrzymałem je siłą. Czasem ból był jedynym, co przypominało, że ciało wciąż działa.
- Mhm… - Wymsknęło mi się przez zęby. Miałem ochotę jej odpowiedzieć, że już samo przebywanie ze mną jest wystarczającym kopaniem dołków, ale powstrzymałem się, nie chciałem znowu wszystkiego psuć. Przez sekundę miałem wrażenie, że świat zwęził się tylko do niej - do ruchu jej rąk, zapachu skóry i ciepła, które biło od niej, kiedy się zbliżyła. Górowała nade mną, co nie zdarzało się nigdy. Z jakiegoś powodu ten fakt wydał mi się... Niepokojący - jakbym stracił pozycję, nawet jeśli to tylko głupia kwestia kąta i wzrostu.
- Piekło i ja mamy długą histolię. - Odparłem półgłosem, chociaż nieco niewyraźnie, bo nos znów się odezwał. Patrzyłem prosto przed siebie, na jej obojczyk, na nitkę materiału przy szyi, która zadrżała, gdy Prue odetchnęła głębiej. Z buteleczki uniósł się zapach alkoholu, ostrego, czystego, który wypełnił mi nozdrza szybciej, niż zdążyłem mrugnąć, mimo uszkodzeń tkanki.
- Nie musisz ostszegaś. - Powiedziałem, zanim przyłożyła gazik. - Znam to uczucie.
Pieprzone kłamstwo.
Bo gdy tylko dotknęła skóry, paliło jak ogień. Wykrzywiłem usta, ale nie drgnąłem - tylko mój oddech stał się płytszy, a mięśnie policzków napięły się do granic możliwości. Zapach ziół, alkoholu i czegoś metalicznego zmieszał się z wonią krwi - był gorzki, znajomy zapach. Wolałem, gdy był cudzy. Przez moment pomyślałem, że mógłbym to zrobić sam - wziąć fiolkę, wylać wszystko, nie przejmując się dokładnością. Byłoby szybciej, prościej, po mojemu, ale coś mnie powstrzymało - może świadomość, że chciała, żebym choć raz nie robił wszystkiego sam, a ja się na to zgodziłem.
Nie protestowałem, gdy zaczęła się krzątać przy szafce - po prostu siedziałem, obserwując, jak jej dłonie poruszają się z tą charakterystyczną precyzją, której ja nigdy nie miałem. Wszystko u niej miało swoje miejsce, nawet te drobne szklane fiolki brzęczące przy każdym ruchu. Zabawne - wyglądała jak ktoś, kto próbował utrzymać porządek w świecie, który i tak zawsze wymykał się spod kontroli. Może faktycznie tyle wystarczało, dostała zgodę, więc skupiła się na robocie - to mi pasowało, nie lubiłem, kiedy ktoś się nade mną rozczulał. Nie lubiłem, kiedy ktoś się nade mną pochylał. To uczucie… Czułem je tak, jakby ci wszyscy ludzie - niezależnie od intencji - odbierali mi kontrolę. Własne ciało nie powinno być czyimś projektem naprawczym, ale skoro już się zgodziłem, nie miałem zamiaru cofnąć słowa.
Złapałem się na tym, że ściskam dłonie w pięści, kciuk wbity w śródręcze. Nie dlatego, że się bałem - po prostu nie znosiłem tego rodzaju bliskości - tej wymuszonej, medycznej, pod potrzebą pomocy. Przez lata nauczyłem się, że człowiek sam musi sobie radzić, każda cudza troska miała w sobie jakiś koszt, a ja wcale nie miałem ochoty go płacić. Z nosa spłynęła mi cienka smuga krwi, którą starłem wierzchem dłoni. Skóra paliła, łzy same cisnęły się do oczu, ale powstrzymałem je siłą. Czasem ból był jedynym, co przypominało, że ciało wciąż działa.
- Mhm… - Wymsknęło mi się przez zęby. Miałem ochotę jej odpowiedzieć, że już samo przebywanie ze mną jest wystarczającym kopaniem dołków, ale powstrzymałem się, nie chciałem znowu wszystkiego psuć. Przez sekundę miałem wrażenie, że świat zwęził się tylko do niej - do ruchu jej rąk, zapachu skóry i ciepła, które biło od niej, kiedy się zbliżyła. Górowała nade mną, co nie zdarzało się nigdy. Z jakiegoś powodu ten fakt wydał mi się... Niepokojący - jakbym stracił pozycję, nawet jeśli to tylko głupia kwestia kąta i wzrostu.
- Piekło i ja mamy długą histolię. - Odparłem półgłosem, chociaż nieco niewyraźnie, bo nos znów się odezwał. Patrzyłem prosto przed siebie, na jej obojczyk, na nitkę materiału przy szyi, która zadrżała, gdy Prue odetchnęła głębiej. Z buteleczki uniósł się zapach alkoholu, ostrego, czystego, który wypełnił mi nozdrza szybciej, niż zdążyłem mrugnąć, mimo uszkodzeń tkanki.
- Nie musisz ostszegaś. - Powiedziałem, zanim przyłożyła gazik. - Znam to uczucie.
Pieprzone kłamstwo.
Bo gdy tylko dotknęła skóry, paliło jak ogień. Wykrzywiłem usta, ale nie drgnąłem - tylko mój oddech stał się płytszy, a mięśnie policzków napięły się do granic możliwości. Zapach ziół, alkoholu i czegoś metalicznego zmieszał się z wonią krwi - był gorzki, znajomy zapach. Wolałem, gdy był cudzy. Przez moment pomyślałem, że mógłbym to zrobić sam - wziąć fiolkę, wylać wszystko, nie przejmując się dokładnością. Byłoby szybciej, prościej, po mojemu, ale coś mnie powstrzymało - może świadomość, że chciała, żebym choć raz nie robił wszystkiego sam, a ja się na to zgodziłem.
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)