06.10.2025, 15:53 ✶
Uśmiechnęła się i nie powiedziała już nic więcej. Wiedziała jakie karty potrafią być zjebane, wiedziała, że mogły dowali w tym Eremicie i odwróconym księżycu, ale kura napełniła i ją optymizmem. Chciała dla Longbottomówny jak najlepiej, a ten trudny czas absolutnie wszystkim dał w kość. Tymczasem biegający pośród ogrodów asu pentakli drób, mówił, że nie wszystko utonęło w pożodze, nie na wszystkim osiadła sadza i klątwy gnębiące ludzi.
– Wolę sama– to nawet nie zabrzmiało złowrogo. Wręcz przeciwnie, to brzmiało bardzo miło, bardzo spokojnie. Bardzo jak nie Miles. Gdzieś ta energia się wytracała, gdzieś ten piorun się uziemiał i przestał razić w koło wszystkich a najbardziej siebie. Aż dziwnie, bardzo dziwnie się na to patrzyło. Jakby ten cały kryzys realnie pomagał jej wzrastać i znajdować drogę.
– Ale na ślub Geraldine to na przykład bym wolała żebyś poszła – dodała poważniej, gryząc się po wargach niedbale. Rozmyślając i próbując sobie to wszystko ułożyć w głowie. – Tam będzie milion czystożerców, wiesz o co mi chodzi. Może wpadnie Ci coś w oko. W ucho. Jak powiedziałam Thomasowi, że tam idzie bardzo się napiął, ale nie chce mi powiedzieć o co chodzi. Wycisnę go jak cytrynę, ale jego mina... Trochę mnie martwi wiesz. Będę się czuć pewniej, jakbym wiedziała, że też gdzieś tam jesteś. Wiesz. Taka druhna druhnej. – Zaśmiała się na ten pomysł i mroczniejszy nastrój pękł momentalnie. – Ale to nic na siłę. Jak będziesz to będę się w chuj cieszyć, że jest z kim gadać, bo oni mnie tam kurwa zjedzą. Na pewno będzie ten złamas Mulciber, pewnie całe stadko Rowlów przyjdzie, bo oni tam przez miedzę mieszkają. Także no... im nas więcej z klubu... tym moim zdaniem lepiej. Szczególnie że to ma trwać kilka dni – westchnęła ciężko. Gorzej niż sabaty! Choć dla niej Beltane trwało nie dzień a miesiąc, czy nawet trzy.
– Dobra, spadam do góry, bo już kończę podkład. Pomyśl tak w ogóle jakim gwiazdozbiorem chciałabyś być! Baran, Ryby i Pegaz zajęte! – rzuciła jeszcze przez ramię, wciskając sobie kawałek pizzy do twarzy i wskakując na miotłę. Kto by chodził jak człowiek, gdy można było latać?
– Wolę sama– to nawet nie zabrzmiało złowrogo. Wręcz przeciwnie, to brzmiało bardzo miło, bardzo spokojnie. Bardzo jak nie Miles. Gdzieś ta energia się wytracała, gdzieś ten piorun się uziemiał i przestał razić w koło wszystkich a najbardziej siebie. Aż dziwnie, bardzo dziwnie się na to patrzyło. Jakby ten cały kryzys realnie pomagał jej wzrastać i znajdować drogę.
– Ale na ślub Geraldine to na przykład bym wolała żebyś poszła – dodała poważniej, gryząc się po wargach niedbale. Rozmyślając i próbując sobie to wszystko ułożyć w głowie. – Tam będzie milion czystożerców, wiesz o co mi chodzi. Może wpadnie Ci coś w oko. W ucho. Jak powiedziałam Thomasowi, że tam idzie bardzo się napiął, ale nie chce mi powiedzieć o co chodzi. Wycisnę go jak cytrynę, ale jego mina... Trochę mnie martwi wiesz. Będę się czuć pewniej, jakbym wiedziała, że też gdzieś tam jesteś. Wiesz. Taka druhna druhnej. – Zaśmiała się na ten pomysł i mroczniejszy nastrój pękł momentalnie. – Ale to nic na siłę. Jak będziesz to będę się w chuj cieszyć, że jest z kim gadać, bo oni mnie tam kurwa zjedzą. Na pewno będzie ten złamas Mulciber, pewnie całe stadko Rowlów przyjdzie, bo oni tam przez miedzę mieszkają. Także no... im nas więcej z klubu... tym moim zdaniem lepiej. Szczególnie że to ma trwać kilka dni – westchnęła ciężko. Gorzej niż sabaty! Choć dla niej Beltane trwało nie dzień a miesiąc, czy nawet trzy.
– Dobra, spadam do góry, bo już kończę podkład. Pomyśl tak w ogóle jakim gwiazdozbiorem chciałabyś być! Baran, Ryby i Pegaz zajęte! – rzuciła jeszcze przez ramię, wciskając sobie kawałek pizzy do twarzy i wskakując na miotłę. Kto by chodził jak człowiek, gdy można było latać?
Koniec sesji