04.10.2025, 19:10 ✶
Uśmiechnął się. Rozluźnił. Odchylił głowę, choć to nie był dobry ruch bo sińce na brzuchu od razu dały o sobie znać, zakwasy w udach nie były dużo lepszym doradcą i wspomożycielem zachowania pokerowej twarzy i adekwatnej pozy do prowadzonej rozmowy.
Ten uroczy moment, kiedy w dłoniach obracało się skomplikowaną mechaniczną zakładkę, z wyczuciem obracało kręgi by ułożyć właściwe słowo, właściwy ciąg znaków pozwalający dobrać się do wnętrza. To uczucie, gdy w końcu kliknęło we właściwym momencie, we właściwy sposób.
Ten słodki dźwięk, ten błogi uśmiech samozadowolenia wypływający na twarzy pani Lestrange, choć nie było lepszej chwili by nie zobaczyć w niej wszystkich najznamienitszych cech rodu Malfoy, którego była białym kwiatem. Jej umysł, jej czar, jej potencjał i fakt, że nie była jeszcze tak osadzona. Pozornie owszem, zblazowana czystokrwista pani domu spoglądająca na większość ludzi z góry. Ale w środku, w tym wrzącym wzburzonym, choć wciąż uśpionym środku.
Rozumieli się tak dobrze i pozostało mu tylko pokiwać głową na jej metaforę o butach. Tak trafną.
– Dwa tygodnie temu mój świat sam zdecydował, że się zmieni bez mojej zgody, a ja odkryłem, że jestem bosy – przyznał bardzo otwarcie jak na unoszące się wokół nich lustra i mglisty dym. Jeszcze nie miała oklumencji, by rozmawiać z nią wprost. Jeszcze. – A prawda jest taka, że kiedyś i ja chciałem po prostu być po stronie zwycięzców. Czekać w swoich wysłużonych kapciach i serdecznie pogratulować temu, kto zawiesi swoją flagę na szczycie. – Grymas niesmaku wypłynął na jego twarz, odwrócił głowę, zawstydzony nawet nie przed nią, a przed sobą samym. Czy było za późno? Zawsze. Za. Późno.
– Bardzo... bardzo chcę widzieć w Tobie sojusznika. Otworzę przed Tobą swoją wiedzę, swoje doświadczenie, swoje kontakty. Nauczę Cię wszystkiego co wiem, byś mogła ochronić swój drogocenny umysł. Teraz, gdy jeszcze mury nie walą nam się na głowę. Gdy możemy spokojnie ze sobą rozmawiać. Gdy Ci których kochamy jeszcze żyją. Twoja decyzja. Teraz. A nie decyzja Eden przypartej do muru. Wypijmy za to... – Dolał jej i sobie wina, uderzył o siebie kryształ na znak przymierza. Może nie było za późno. Wizja mówiła o jesieni, liście były w niej krwawoczerwone szykowaniem do snu, nie krwią. Może mieli jeszcze czas.
– Kiedy wrócę z Kairu, spotkajmy się w świetle dnia, nad większą ilością papierów, a mniejszą wilgoci sierpniowego wieczoru. Doprecyzujemy plan, strukturę, propozycje kadrowe. 10 września tu, w gabinecie. Pasuje Ci?
Ten uroczy moment, kiedy w dłoniach obracało się skomplikowaną mechaniczną zakładkę, z wyczuciem obracało kręgi by ułożyć właściwe słowo, właściwy ciąg znaków pozwalający dobrać się do wnętrza. To uczucie, gdy w końcu kliknęło we właściwym momencie, we właściwy sposób.
Ten słodki dźwięk, ten błogi uśmiech samozadowolenia wypływający na twarzy pani Lestrange, choć nie było lepszej chwili by nie zobaczyć w niej wszystkich najznamienitszych cech rodu Malfoy, którego była białym kwiatem. Jej umysł, jej czar, jej potencjał i fakt, że nie była jeszcze tak osadzona. Pozornie owszem, zblazowana czystokrwista pani domu spoglądająca na większość ludzi z góry. Ale w środku, w tym wrzącym wzburzonym, choć wciąż uśpionym środku.
Rozumieli się tak dobrze i pozostało mu tylko pokiwać głową na jej metaforę o butach. Tak trafną.
– Dwa tygodnie temu mój świat sam zdecydował, że się zmieni bez mojej zgody, a ja odkryłem, że jestem bosy – przyznał bardzo otwarcie jak na unoszące się wokół nich lustra i mglisty dym. Jeszcze nie miała oklumencji, by rozmawiać z nią wprost. Jeszcze. – A prawda jest taka, że kiedyś i ja chciałem po prostu być po stronie zwycięzców. Czekać w swoich wysłużonych kapciach i serdecznie pogratulować temu, kto zawiesi swoją flagę na szczycie. – Grymas niesmaku wypłynął na jego twarz, odwrócił głowę, zawstydzony nawet nie przed nią, a przed sobą samym. Czy było za późno? Zawsze. Za. Późno.
– Bardzo... bardzo chcę widzieć w Tobie sojusznika. Otworzę przed Tobą swoją wiedzę, swoje doświadczenie, swoje kontakty. Nauczę Cię wszystkiego co wiem, byś mogła ochronić swój drogocenny umysł. Teraz, gdy jeszcze mury nie walą nam się na głowę. Gdy możemy spokojnie ze sobą rozmawiać. Gdy Ci których kochamy jeszcze żyją. Twoja decyzja. Teraz. A nie decyzja Eden przypartej do muru. Wypijmy za to... – Dolał jej i sobie wina, uderzył o siebie kryształ na znak przymierza. Może nie było za późno. Wizja mówiła o jesieni, liście były w niej krwawoczerwone szykowaniem do snu, nie krwią. Może mieli jeszcze czas.
– Kiedy wrócę z Kairu, spotkajmy się w świetle dnia, nad większą ilością papierów, a mniejszą wilgoci sierpniowego wieczoru. Doprecyzujemy plan, strukturę, propozycje kadrowe. 10 września tu, w gabinecie. Pasuje Ci?
Koniec sesji