04.10.2025, 13:22 ✶
W zazdrości nie było jej do twarzy, więc próbowała zachowywać się normalnie.
Na tyle normalnie, jak tylko dawał radę ktoś w jej niezbyt... przyjemnym położeniu. Dopiero co wróciła do Anglii, a tu proszę – dało się w mniej niż miesiąc zacząć wątpić w obraną karierę zawodową, stracić dom, coraz mocniej martwić się o siostry (i mieć ku temu powody), a w żalu i smutku spowodowanym tym, że jej największe życiowe marzenia wydawały się być czymś nierealnym, nagle otrzymała zaproszenie na wesele.
Kto na brodę Merlina brał ślub na jesień, mniej niż miesiąc po zamachach i robił wszystkim niespodziankę? Normalnie nie czekało się do Beltane, albo do Lithy? Gdzieś pomiędzy wierszami docierało do niej, że ludzie mieli powody do opierania się starym zasadom. Czasami było to coś spoza pudełka oczywistości – na przykład do ludzi docierało, jak kruche było życie i jak niewiele czasu im razem zostało, więc trzeba podejmować pewne decyzje szybciej, ale... no właśnie, to pudełko rzadko zawodziło. Rozglądając się w poszukiwaniu Geraldine Primrose była ostrożna (bo nikt nie lubił ludzi nachalnych, a ona nie chciała zepsuć ich relacji jakąś głupotą), ale i tak spojrzy na jej brzuch, żeby upewnić się, jak wiele marzeń blondynka zagarnęła garścią i zamierzała dzisiaj prezentować wśród tych wszystkich dekoracji, przyjaciół, rodziny, bliskich.
W zazdrości nie było jej do twarzy, ale ta zazdrość się na nią wylewała mimo wszystko...
Broń Matko, nie życzyła nikomu źle. Zwyczajnie nie potrafiła w pełni cieszyć się szczęściem innych, kiedy sama tych rzeczy nie miała, a bardzo ich pragnęła.
Primrose wydawało się, że wszyscy na nią patrzą, chociaż tak naprawdę to nikt na nią nie patrzył. Wyglądała zwyczajnie, do bólu zwyczajnie. Tak zwyczajnie jak się tylko dało. Jakaś losowa, drobna i delikatna dziewczyna w długim warkoczu i nierzucającej się w oczy sukience. Może naszyjnik i kolczyki pożyczone od Victorii budowały wrażenie pochodzenia z majętnej rodziny, ale kim ona w sumie była? W swoich oczach – trochę nikim. Mglistym wspomnieniem Ambroise ze szpitala. Tak wiele tam było uzdrowicielek, że pewnie mu się ze sobą zlewały. A dla Gerry? Bardziej niż przyjaciółką – młodszą siostrą dziewczyn z jej pokolenia. Ktoś, kogo znasz, kojarzysz, spędzasz z nim czas. Ktoś, kogo zagadujesz na bankiecie albo koncercie. Ktoś, kogo wypada zaprosić na wesele, żeby nie popełnić jakiegoś faux pas, kiedy pniesz się po szczeblach kariery jako ordynator, a jej ojciec jest w Mungu szychą. Niby wiesz, kto to jest, ale poza tym niewiele przychodzi ci do głowy. Co taki człowiek jak Primrose mógł robić w domu, za zamkniętymi drzwiami? Jakieś to było wszystko bezwonne.
Pewnie by usiadła w ciszy i oglądała, co tam niby jeszcze przygotowano na te trzy dni absolutnych tortur, gdyby nie dostrzegła wśród gości cholernego Alexandra Mulcibera. Okej, musiała przyznać Lorettcie, że był przystojny, ale po lekturze licznych plotek, jakie go dotyczyły, facet naprawdę tracił na uroku osobistym. Tak jej przez myśl przeszło, a może by go zacząć sprawdzać już teraz. Może mu przejść pantoflami po tych wypucowanych bucikach i zacząć piszczeć, że Mon dieu, proszę, nie mówić o tym Lorci-florci, co za nietakt, oh jak przepraszam, a potem obserwować, czy dojrzy w jego oczach zwyczajny niesmak, czy szaleństwo, kiedy go przetestuje jakimś niewybrednym ruchem ręki.
Nie no, nie mogła przynieść wstydu rodzinie. Ograniczyła się jedynie do lekkiego zmarszczenia nosa, jakby Alexander śmierdział, ale że patrzyła wtedy na jego mokasyny, wyglądało to jakby wróżbita wdepnął w gówno.
Następnie spokojnie usiadła na miejscu, przekładając przydługiego warkocza tak, żeby na nim nie usiąść. Spokojnie, nie wadząc nikomu i niczemu, oczekiwała ceremonii, której... prawdę mówiąc pewnie nie będzie zbyt dokładnie widzieć, bo przecież nie mogła na takie wydarzenie przyjść w okularach.
Na tyle normalnie, jak tylko dawał radę ktoś w jej niezbyt... przyjemnym położeniu. Dopiero co wróciła do Anglii, a tu proszę – dało się w mniej niż miesiąc zacząć wątpić w obraną karierę zawodową, stracić dom, coraz mocniej martwić się o siostry (i mieć ku temu powody), a w żalu i smutku spowodowanym tym, że jej największe życiowe marzenia wydawały się być czymś nierealnym, nagle otrzymała zaproszenie na wesele.
Kto na brodę Merlina brał ślub na jesień, mniej niż miesiąc po zamachach i robił wszystkim niespodziankę? Normalnie nie czekało się do Beltane, albo do Lithy? Gdzieś pomiędzy wierszami docierało do niej, że ludzie mieli powody do opierania się starym zasadom. Czasami było to coś spoza pudełka oczywistości – na przykład do ludzi docierało, jak kruche było życie i jak niewiele czasu im razem zostało, więc trzeba podejmować pewne decyzje szybciej, ale... no właśnie, to pudełko rzadko zawodziło. Rozglądając się w poszukiwaniu Geraldine Primrose była ostrożna (bo nikt nie lubił ludzi nachalnych, a ona nie chciała zepsuć ich relacji jakąś głupotą), ale i tak spojrzy na jej brzuch, żeby upewnić się, jak wiele marzeń blondynka zagarnęła garścią i zamierzała dzisiaj prezentować wśród tych wszystkich dekoracji, przyjaciół, rodziny, bliskich.
W zazdrości nie było jej do twarzy, ale ta zazdrość się na nią wylewała mimo wszystko...
Broń Matko, nie życzyła nikomu źle. Zwyczajnie nie potrafiła w pełni cieszyć się szczęściem innych, kiedy sama tych rzeczy nie miała, a bardzo ich pragnęła.
Primrose wydawało się, że wszyscy na nią patrzą, chociaż tak naprawdę to nikt na nią nie patrzył. Wyglądała zwyczajnie, do bólu zwyczajnie. Tak zwyczajnie jak się tylko dało. Jakaś losowa, drobna i delikatna dziewczyna w długim warkoczu i nierzucającej się w oczy sukience. Może naszyjnik i kolczyki pożyczone od Victorii budowały wrażenie pochodzenia z majętnej rodziny, ale kim ona w sumie była? W swoich oczach – trochę nikim. Mglistym wspomnieniem Ambroise ze szpitala. Tak wiele tam było uzdrowicielek, że pewnie mu się ze sobą zlewały. A dla Gerry? Bardziej niż przyjaciółką – młodszą siostrą dziewczyn z jej pokolenia. Ktoś, kogo znasz, kojarzysz, spędzasz z nim czas. Ktoś, kogo zagadujesz na bankiecie albo koncercie. Ktoś, kogo wypada zaprosić na wesele, żeby nie popełnić jakiegoś faux pas, kiedy pniesz się po szczeblach kariery jako ordynator, a jej ojciec jest w Mungu szychą. Niby wiesz, kto to jest, ale poza tym niewiele przychodzi ci do głowy. Co taki człowiek jak Primrose mógł robić w domu, za zamkniętymi drzwiami? Jakieś to było wszystko bezwonne.
Pewnie by usiadła w ciszy i oglądała, co tam niby jeszcze przygotowano na te trzy dni absolutnych tortur, gdyby nie dostrzegła wśród gości cholernego Alexandra Mulcibera. Okej, musiała przyznać Lorettcie, że był przystojny, ale po lekturze licznych plotek, jakie go dotyczyły, facet naprawdę tracił na uroku osobistym. Tak jej przez myśl przeszło, a może by go zacząć sprawdzać już teraz. Może mu przejść pantoflami po tych wypucowanych bucikach i zacząć piszczeć, że Mon dieu, proszę, nie mówić o tym Lorci-florci, co za nietakt, oh jak przepraszam, a potem obserwować, czy dojrzy w jego oczach zwyczajny niesmak, czy szaleństwo, kiedy go przetestuje jakimś niewybrednym ruchem ręki.
Nie no, nie mogła przynieść wstydu rodzinie. Ograniczyła się jedynie do lekkiego zmarszczenia nosa, jakby Alexander śmierdział, ale że patrzyła wtedy na jego mokasyny, wyglądało to jakby wróżbita wdepnął w gówno.
Następnie spokojnie usiadła na miejscu, przekładając przydługiego warkocza tak, żeby na nim nie usiąść. Spokojnie, nie wadząc nikomu i niczemu, oczekiwała ceremonii, której... prawdę mówiąc pewnie nie będzie zbyt dokładnie widzieć, bo przecież nie mogła na takie wydarzenie przyjść w okularach.