04.10.2025, 02:22 ✶
Prue patrzyła na mnie tym swoim poważnym spojrzeniem, które czasami sprawiało, że czułem się jak gówniarz przyłapany na czymś głupim - a przecież nie robiłem nic złego, po prostu mieliśmy z kolegą zamysł zmierzyć się ze sobą w taki sposób. Inni grali w karty, pili, albo zakładali się o bzdury, my sprawdzaliśmy, który pierwszy padnie na ziemię. Nie miałem do niej pretensji, naprawdę, ale też nie zamierzałem się przed nią tłumaczyć z tego, co dla mnie było zwykłym treningiem, normalnością. Widziałem, kątem oka, jak zmrużyła oczy. Miała ten charakterystyczny wyraz twarzy, kiedy w środku mieliła setki myśli, a na zewnątrz ograniczała się do jednego krótkiego „tak”.
Mogłem tam zostać, pokazać jej, że nie zamierzam się podporządkowywać, ale coś w jej tonie - nie stanowczym, nie proszącym, czymś pośrodku - sprawiło, że w końcu przełknąłem dumę, czy czym to było, sam nie wiedziałem. To nie było ważne. Nie, gdy doszliśmy do porozumienia - moja dziewczyna faktycznie się odwróciła, powolnym krokiem ruszając w stronę drzwi. Zauważyłem lekkie zawahanie w jej ramionach, ten ułamek sekundy, w którym drgnęła jej dłoń, jakby miała ochotę wyciągnąć ją w moją stronę. Nie zrobiła tego. Zatrzymała gest, zamknęła go w sobie, jakby nie chciała przekroczyć granicy, którą sam tak wyraźnie narysowałem. Głupi dupek. Oczywiście, że nie chciałem jej zranić.
Mimo to, w tej ciszy towarzyszącej krótkim poleceniom słyszałem coś jeszcze - tę cichą nutę, której wcale nie miała zamiaru wypowiedzieć głośno, że jednak ją to ruszyło, chciała być w czymś potrzebna, a ja uciąłem jej to jednym zdaniem.
Patrzyłem na jej plecy, na ten spokojny, wyważony krok. Była inna niż większość ludzi, którzy przewijali się obok mnie. Zazwyczaj ludzie nie wahali się tak bardzo - albo pchali się w moje sprawy z buciorami, albo uciekali, udając, że nic nie widzą. Ewentualnie najpierw robili to pierwsze, potem to drugie. Ona trwała gdzieś pomiędzy, balansując ostrożnie, jakby każdy ruch mógł zburzyć kruche porozumienie, które wytworzyło się między nami. Westchnąłem i odsunąłem się od balustrady. Zostawiłem za sobą kropki krwi, które zasychały już powoli na deskach tarasu.
- Kszesło, mówisz. - Stwierdziłem półgłosem, przesuwając językiem po spierzchniętej wardze, bardziej do siebie niż do niej, ale i tak musiała to usłyszeć. Przez sekundę miałem ochotę chwycić ją za ramię, obrócić i rzucić coś półżartem, ale cisza między nami była zbyt gęsta, zbyt naładowana, żeby ją rozcinać.
Przeszedłem za nią, zaciskając palce w pięść, żeby nie poprawić nosa jeszcze raz, bo wiedziałem, że tylko pogorszę sprawę. Zamiast tego przetarłem krew o rękaw koszuli i parsknąłem krótko, jednak poddawszy się wyuczonej żartobliwości - próbie złagodzenia atmosfery powagi i ciszy.
- Ale ostszegam, pani medyk, jeśli wyciągniesz jakiś eliksil, któly smakuje jak zdechła lopucha, to nie biolę tego do ust. - Rzuciłem za nią, bo kiedy dotarłem do drzwi, była już przy progu. Nie spojrzała na mnie od razu, jakby czekała, aż sam podejmę decyzję, właśnie to mnie przekonało - nie szarpała mnie, nie ciągnęła, nie kazała. Zostawiła wybór. Nie była to zgoda bądź niezgoda na opiekę, raczej rodzaj kompromisu, pół kroku w jej stronę, żebym nie musiał udawać, że wcale jej nie potrzebuję. Drewno zaskrzypiało, gdy zwaliłem się na krzesło, a ja oparłem się ciężko, czując, jak nos pulsuje przy każdym oddechu. Wsparłem łokcie o kolana, patrząc, jak szykuje swoje fiolki czy bandaże. Chciałem wierzyć, że to tylko jej zawodowy odruch i nie chodziło o to, żeby mnie naprawiać na siłę - naprawdę chciałem.
Mogłem tam zostać, pokazać jej, że nie zamierzam się podporządkowywać, ale coś w jej tonie - nie stanowczym, nie proszącym, czymś pośrodku - sprawiło, że w końcu przełknąłem dumę, czy czym to było, sam nie wiedziałem. To nie było ważne. Nie, gdy doszliśmy do porozumienia - moja dziewczyna faktycznie się odwróciła, powolnym krokiem ruszając w stronę drzwi. Zauważyłem lekkie zawahanie w jej ramionach, ten ułamek sekundy, w którym drgnęła jej dłoń, jakby miała ochotę wyciągnąć ją w moją stronę. Nie zrobiła tego. Zatrzymała gest, zamknęła go w sobie, jakby nie chciała przekroczyć granicy, którą sam tak wyraźnie narysowałem. Głupi dupek. Oczywiście, że nie chciałem jej zranić.
Mimo to, w tej ciszy towarzyszącej krótkim poleceniom słyszałem coś jeszcze - tę cichą nutę, której wcale nie miała zamiaru wypowiedzieć głośno, że jednak ją to ruszyło, chciała być w czymś potrzebna, a ja uciąłem jej to jednym zdaniem.
Patrzyłem na jej plecy, na ten spokojny, wyważony krok. Była inna niż większość ludzi, którzy przewijali się obok mnie. Zazwyczaj ludzie nie wahali się tak bardzo - albo pchali się w moje sprawy z buciorami, albo uciekali, udając, że nic nie widzą. Ewentualnie najpierw robili to pierwsze, potem to drugie. Ona trwała gdzieś pomiędzy, balansując ostrożnie, jakby każdy ruch mógł zburzyć kruche porozumienie, które wytworzyło się między nami. Westchnąłem i odsunąłem się od balustrady. Zostawiłem za sobą kropki krwi, które zasychały już powoli na deskach tarasu.
- Kszesło, mówisz. - Stwierdziłem półgłosem, przesuwając językiem po spierzchniętej wardze, bardziej do siebie niż do niej, ale i tak musiała to usłyszeć. Przez sekundę miałem ochotę chwycić ją za ramię, obrócić i rzucić coś półżartem, ale cisza między nami była zbyt gęsta, zbyt naładowana, żeby ją rozcinać.
Przeszedłem za nią, zaciskając palce w pięść, żeby nie poprawić nosa jeszcze raz, bo wiedziałem, że tylko pogorszę sprawę. Zamiast tego przetarłem krew o rękaw koszuli i parsknąłem krótko, jednak poddawszy się wyuczonej żartobliwości - próbie złagodzenia atmosfery powagi i ciszy.
- Ale ostszegam, pani medyk, jeśli wyciągniesz jakiś eliksil, któly smakuje jak zdechła lopucha, to nie biolę tego do ust. - Rzuciłem za nią, bo kiedy dotarłem do drzwi, była już przy progu. Nie spojrzała na mnie od razu, jakby czekała, aż sam podejmę decyzję, właśnie to mnie przekonało - nie szarpała mnie, nie ciągnęła, nie kazała. Zostawiła wybór. Nie była to zgoda bądź niezgoda na opiekę, raczej rodzaj kompromisu, pół kroku w jej stronę, żebym nie musiał udawać, że wcale jej nie potrzebuję. Drewno zaskrzypiało, gdy zwaliłem się na krzesło, a ja oparłem się ciężko, czując, jak nos pulsuje przy każdym oddechu. Wsparłem łokcie o kolana, patrząc, jak szykuje swoje fiolki czy bandaże. Chciałem wierzyć, że to tylko jej zawodowy odruch i nie chodziło o to, żeby mnie naprawiać na siłę - naprawdę chciałem.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)