03.10.2025, 10:03 ✶
Chciałaby mu pomóc, naprawdę. Ale nie chciała też naciskać. Nie chciała też wysyłać go do uzdrowicieli, bo przecież wiedziała, jaką traumę przeżył. Kochała go takim, jakim był, obojętnie czy z głosem, czy bez. Ale widać było, że się męczy - że chciałby znowu mówić, że głos ułatwiłby mu te wszystkie plany, które snuł na przyszłość. Na pewno będzie musiała poruszyć ten temat, ale nie teraz. Jedną poważną rozmowę mieli już za sobą, kolejną - przed sobą. No i jedną w trakcie, bo Tristan myślał innymi kategoriami, niż ona sama. Uśmiechnęła się przepraszająco, gdy zorientowała się, że prawie by spadli z ławki. Ale nie mogła się powstrzymać przed tym, by wyrażać swoją radość całą sobą.
- Mam tu rodziców. Nie wiem czy ci kiedykolwiek mówiłam, ale mam też siostrę, mieszka we Francji. Wiem doskonale, jak to wygląda, gdy jesteś daleko - więzy się luzują, aż w końcu wysyłacie sobie tylko kartki na święta - powiedziała cicho, zgarniając włosy z jego czoła. Uśmiech, który teraz posłała Tristanowi, był odrobinę smutny, chociaż chyba bliżej było mu do nostalgicznego. - Kocham moich rodziców, a oni pokochają i ciebie. Jeżeli mamy mieć dzieci, chciałabym też, żeby mogli nas odwiedzać wtedy, kiedy tylko będą chcieli. Bez wielkich planów i ogromnych zapowiedzi, bez rozpisywania całej wycieczki.
Wyjaśniła najspokojniej jak umiała. Wiedziała, że Tristan stracił rodziców i to niedawno, nie chciała więc wywoływać u niego bolesnych wspomnień, ale musiała mu tez przekazać swoje stanowisko.
Powiał chłodny, typowo jesienny wiatr. Park w Hogsmeade, szczególnie jesienią, był magicznym miejscem. Zwłaszcza o tej porze roku nabierał szczególnego uroku, którego nie rozpraszał nawet zimny wiatr. Gdy liście drzew zmieniają kolor na intensywne odcienie czerwieni, pomarańczy i złota, cała okolica zdaje się promieniować ciepłem i spokojem - łatwo było o tym zapomnieć i ubrać się niezbyt stosownie do pogody. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi oraz dojrzałych jabłek, które właśnie ktoś wystawiał w skrzynkach. Do ich nosów dostała się także woń pulchnej, aromatycznej szarlotki.
Przed wiatrem chroniły ich stare, majestatyczne drzewa, które z wiekiem zyskały niezwykły charakter i stały się domem dla wiewiórek. Małe rudzielce wciąż krążyły wokół nich, licząc na coś dobrego do jedzenia. Alejki wyłaniały się spomiędzy zdecydowanie zbyt długiej trawy, kusząc spacerem, chociaż przecież teraz nie było nastroju na spacer - nie, kiedy rozmawiali o tak ważnych rzeczach.
Na polanach parkowych często można było zobaczyć dzieci z Hogsmeade, bawiące się wśród spadających liści. Grupka takich dzieci właśnie tworzyła kolorowe stosy i zbierała pojedyncze liście do zielnika, a także rzucała się na kasztany, które zdążyły spaść z drzew. Ich rodzice powoli kończyli pracę i chcieli łapać ostatnie, ciepłe promienie słońca. Jedna z takich grupek właśnie przebiegła obok nich, a Olivia zwróciła ku nim swoje lico. Wyglądała na zamyśloną. Myślała o przyszłości, o tym jak będzie, gdy to ich dzieci będą biegać wśród liści i ganiać bezpańskie koty.
- Wiesz, nie chciałabym mieszkać na Pokątnej - powiedziała w końcu, obserwując jak jeden chłopiec wrzuca liście w kaptur bluzy innego, ze śmiechem i sympatią. - Nie wiem nawet, czy w Londynie. Może gdzieś, gdzie jest więcej... przestrzeni?
I natury. Zdecydowanie już wybierała im ich wspólny dom, najlepiej z ogródkiem. I psem. Albo innym stworzeniem, które będzie sprawiać, że dziecko lub dzieci będą się śmiać. A jeżeli wizyta u uzdrowiciela sprawi, że te marzenia legną w gruzach... To zawsze mogli otworzyć jakąś magiczną agroturystykę czy coś, prawda?
@Tristan Ward
- Mam tu rodziców. Nie wiem czy ci kiedykolwiek mówiłam, ale mam też siostrę, mieszka we Francji. Wiem doskonale, jak to wygląda, gdy jesteś daleko - więzy się luzują, aż w końcu wysyłacie sobie tylko kartki na święta - powiedziała cicho, zgarniając włosy z jego czoła. Uśmiech, który teraz posłała Tristanowi, był odrobinę smutny, chociaż chyba bliżej było mu do nostalgicznego. - Kocham moich rodziców, a oni pokochają i ciebie. Jeżeli mamy mieć dzieci, chciałabym też, żeby mogli nas odwiedzać wtedy, kiedy tylko będą chcieli. Bez wielkich planów i ogromnych zapowiedzi, bez rozpisywania całej wycieczki.
Wyjaśniła najspokojniej jak umiała. Wiedziała, że Tristan stracił rodziców i to niedawno, nie chciała więc wywoływać u niego bolesnych wspomnień, ale musiała mu tez przekazać swoje stanowisko.
Powiał chłodny, typowo jesienny wiatr. Park w Hogsmeade, szczególnie jesienią, był magicznym miejscem. Zwłaszcza o tej porze roku nabierał szczególnego uroku, którego nie rozpraszał nawet zimny wiatr. Gdy liście drzew zmieniają kolor na intensywne odcienie czerwieni, pomarańczy i złota, cała okolica zdaje się promieniować ciepłem i spokojem - łatwo było o tym zapomnieć i ubrać się niezbyt stosownie do pogody. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej ziemi oraz dojrzałych jabłek, które właśnie ktoś wystawiał w skrzynkach. Do ich nosów dostała się także woń pulchnej, aromatycznej szarlotki.
Przed wiatrem chroniły ich stare, majestatyczne drzewa, które z wiekiem zyskały niezwykły charakter i stały się domem dla wiewiórek. Małe rudzielce wciąż krążyły wokół nich, licząc na coś dobrego do jedzenia. Alejki wyłaniały się spomiędzy zdecydowanie zbyt długiej trawy, kusząc spacerem, chociaż przecież teraz nie było nastroju na spacer - nie, kiedy rozmawiali o tak ważnych rzeczach.
Na polanach parkowych często można było zobaczyć dzieci z Hogsmeade, bawiące się wśród spadających liści. Grupka takich dzieci właśnie tworzyła kolorowe stosy i zbierała pojedyncze liście do zielnika, a także rzucała się na kasztany, które zdążyły spaść z drzew. Ich rodzice powoli kończyli pracę i chcieli łapać ostatnie, ciepłe promienie słońca. Jedna z takich grupek właśnie przebiegła obok nich, a Olivia zwróciła ku nim swoje lico. Wyglądała na zamyśloną. Myślała o przyszłości, o tym jak będzie, gdy to ich dzieci będą biegać wśród liści i ganiać bezpańskie koty.
- Wiesz, nie chciałabym mieszkać na Pokątnej - powiedziała w końcu, obserwując jak jeden chłopiec wrzuca liście w kaptur bluzy innego, ze śmiechem i sympatią. - Nie wiem nawet, czy w Londynie. Może gdzieś, gdzie jest więcej... przestrzeni?
I natury. Zdecydowanie już wybierała im ich wspólny dom, najlepiej z ogródkiem. I psem. Albo innym stworzeniem, które będzie sprawiać, że dziecko lub dzieci będą się śmiać. A jeżeli wizyta u uzdrowiciela sprawi, że te marzenia legną w gruzach... To zawsze mogli otworzyć jakąś magiczną agroturystykę czy coś, prawda?
@Tristan Ward