– Nie chcę twoich pieniędzy – odparła niemalże od razu po tym, jak zaczął się „bronić”.
Nie wyglądało to dobrze. Z bliska dokładnie widziała poranioną twarz Olivera, kawałki szkła wbite w skórę, strużki krwi, drgania mięśni w małych spazmach bólu… na bogów, co takiego się wydarzyło, że tak skończył? McGonagall miała co do tego pewne pomysły po tym, jak widziała wybuch w piekarni i rany pracownic. Może i ten nieszczęśnik akurat znalazł się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiedniej porze, gdy coś wybuchło, a szkło poleciało na wszystkie strony, wbijając się w jego twarz? To było tak cholernie niebezpieczne… nie było czasu, jego wzrok, oczy mogły być zagrożone i gdy Guinevere uświadomiła to sobie z pełną mocą, jej uścisk na przedramieniu mężczyzny stał się odrobinę mocniejszy, żeby jej się teraz nie wyrwał.
– Spróbuj nie ruszać mięśniami twarzy – poradziła, zapewne całkiem bez sensu, ale w takich momentach przerażeni pacjenci (o ile tak można było nazwać McKinnona, ale chyba tak) potrzebowali słyszeć różne oczywistości. Sama powtórzyła jego ruch, to jest rozejrzała się na boki, ale ona akurat oczy miała otwarte, wypatrując jakiegoś miejsca na uboczu, gdzie mogłaby się nim zająć – takiego, gdzie nic nie będzie płonąć, nikt nie będzie na nich wpadać i tak dalej. Nie była zaznajomiona z Magicznym Londynem na tyle, żeby wiedzieć, gdzie dokładnie się znajdują, cholera, nie wiedziała nawet, czy jest nadal na Pokątnej, czy już nie, nie wiedziała jakie dokładnie znajdują się tutaj budynki, oprócz pubu, aptek i sklepu z różdżkami, które miała okazję odwiedzić. – I nie otwieraj oczu. Masz cholerne szczęście, że to szkło nie wbiło ci się mocniej – na tym etapie, przynajmniej na pierwszy rzut oka (hehe), wydawało się, że jego oczy są jeszcze do uratowania. – Tu jest trochę miejsca, chodź – dostrzegła w końcu jakieś schodki prowadzące do wejścia do kamienicy, wystarczająco na boku, żeby co chwila ktoś na nich nie wpadał i nie potrącał. – Teleportacja w tym stanie mogłaby się skończyć różnie. Powyciągam ci to – pociągnęła go delikatnie za rękę, sugerując kierunek, w który chciała się udać.