02.10.2025, 20:59 ✶
Nieczęsto zdarzało mi się czuć się jednym z wielu - nie w tym pozytywnym sensie, a jednak tu, w Snowdonii, na ślubie Geraldine i Ambroise’a, stało się coś w rodzaju cudu. Na tle reszty weselników nie wybijałem się tak, jak zazwyczaj - to było wręcz zabawne - ja, przy swoich prawie dwóch metrach i masywnej sylwetce, tym razem całkiem gładko mieszałem się z kuzynostwem i wujostwem Geraldine, a poniekąd też moim, po matce. Oni też byli wysocy, szerocy w barach, jakby Matka Natura uznała, że w tej gałęzi należy tworzyć ludzi, którzy przypominają żywe kolumny. Zazwyczaj wystawałem ponad tłum, jak chochoł, ale tu ginąłem w szeregu. Było to dziwnie pocieszające, jakby świat na moment wyrównał proporcje i wreszcie dał mi odetchnąć od bycia tym „największym w pokoju”. Tu byłem tylko jednym z wielu wielkoludów - śmieszne uczucie, ale dobre. Przez większość życia przyzwyczajony byłem do tego, że ludzie odruchowo odchylali głowy, żeby spojrzeć mi w twarz. Normalnie czułem na sobie spojrzenia z dołu, tym razem mogłem porozmawiać z paroma innymi ludźmi bez tego nieustannego garbienia karku, korzystając z okazji.
Właściwie powinienem był tu być tylko gościem. Gościem Ambroise’a, może pół-gościem Geraldine, jeśli brać pod uwagę nasze pokrewieństwo i pół-wygaszony konflikt, obecnie będący pół-otwartym sojuszem, pół-zamknięciem japy, by wszystko przebiegało spokojnie. No, właśnie - spokój... Panna młoda niby tylko zasugerowała, żebym „zerknął, od czasu do czasu, na otoczenie”, ale ja ochoczo wziąłem to jako przepustkę do porządzenia się trochę. Sam odpisałem jej wcześniej, że będę działał w tle, dyskretnie, ale prawda była taka, że od świtu kręciłem się po okolicy, pod pretekstem zabicia czasu. W rzeczywistości po prostu chciałem się upewnić, że nic nie zwróci mojej uwagi w niewłaściwy sposób. Czasy były, jakie były, a wesela nie wykluczały problemów. Wprost przeciwnie - aż się prosiły, żeby ktoś, gdzieś, coś, jakoś spróbował zrobić. Obiecałem - jeszcze - Yaxley, że będę dyskretny, i teoretycznie dotrzymałem słowa. Nie miałem plakietki szefa ochrony ani nie rozstawiałem ludzi po kątach z listą rozkazów, ale to nie znaczyło, że nie mogłem podpytać kilku typów z Artemis o interesujące mnie detale, rzucić paru uwag i przy okazji podrzucić coś od siebie, na „w razie wu”. Nie czułem, żeby komukolwiek przeszkadzało, że się udzielam bardziej, niż planowałem, a mi to sprawiało satysfakcję.
Stojąc kilka kroków od wejścia, skończyłem rozmowę i wreszcie rozejrzałem się po zebranych. Słońce, które co jakiś czas wychylało się zza chmur, rozlewało się miękkim światłem po przygotowanym ogrodzie, krzesła ustawiono w okręgu przy ołtarzu, a łowieckie wstęgi i liście roślin poruszały się na lekkim wietrze. Teraz cała uwaga miała być skupiona na tej części ceremonii, w której każdy starał się zachowywać dostojnie. Zerknąłem w bok, szukając wzrokiem Prue - nawet wśród barwnych sukienek i odświętnych kapeluszy powinna być dla mnie łatwo dostrzegalna, ale oczywiście akurat teraz zdążyła gdzieś się zaplątać. Ruszyłem więc powoli przez trawnik, licząc, że zaraz ją namierzę i razem usiądziemy. Nie miałem ochoty przegapić momentu, kiedy zacznie wybierać krzesła, bo znając ją, już i tak przewracała oczami, że zniknąłem jej z pola widzenia - i tym razem to było, kurwa, możliwe! - chociaż nie było mnie raptem kilka minut, mniej więcej kwadrans, który minął od zostawienia jej w jednej z łazienek, by spokojnie kończyła się szykować.
Czas - no, tak. Do domu Yaxleyów przybyliśmy dzień wcześniej, jako osoby - bądź co bądź - uprzywilejowane tą możliwością, chociaż nienależące do oficjalnego, ślubnego orszaku. Snowdonia przywitała nas chłodnym powietrzem i rozległym widokiem gór, które w świetle księżyca w pełni wyglądałyby imponująco, gdyby nie to, że przysłaniały go gęste chmury. Droga do rezydencji nie była szczególnie przyjemna, wiatr smagał drzewa, deszcz w końcu przeszedł w wilgotną, lepką mgłę, a ja miałem ochotę przeklinać pod nosem, że zdecydowałem się na podróż tak późno - ale było Mabon, sam koniec dnia, i moja towarzyszka miała rodzinne zobowiązania, ja natomiast miałem pracę. Noc minęła w oka mgnieniu, jakby ktoś przewinął taśmę szybciej niż zwykle, od południa też czas zdawał się pędzić, a gdy spojrzałem na zegarek na nadgarstku, uświadomiłem sobie, że została już tylko chwila.
Przyspieszyłem kroku, rozglądając się po tłumie, aż moje spojrzenie natrafiło na nią - świadkową. Nie pamiętałem, jak miała na imię, a jednak była tu, w tej samej przestrzeni, w tym samym momencie, i nagle wszystko stało się jeszcze bardziej realne. Nie znałem jej prywatnie, nie mieliśmy okazji porozmawiać, ale od pierwszego spojrzenia sprawiała wrażenie sympatycznej, chociaż teraz wyglądała, jakby zaraz miała połknąć własny język ze stresu. Trudno się dziwić - odpowiedzialność była ogromna, każdy detal musiał się zgadzać. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale - o ile nasze spojrzenia się napotkały - uśmiechnąłem się do niej, skinąłem głową. To miał być prosty gest - coś w rodzaju zapewnienia, że wszystko pójdzie dobrze, ludzie stojący z boku też widzą jej wysiłek i doceniają go.
Odwróciłem wzrok i wciągnąłem powietrze, wokół szumiały drzewa, gdzieś w oddali było słychać potok - warunki idealne. Potem ruszyłem przed siebie, usiłując odnaleźć Prue między kobietami w barwnych sukniach.
!Strach przed imieniem
Właściwie powinienem był tu być tylko gościem. Gościem Ambroise’a, może pół-gościem Geraldine, jeśli brać pod uwagę nasze pokrewieństwo i pół-wygaszony konflikt, obecnie będący pół-otwartym sojuszem, pół-zamknięciem japy, by wszystko przebiegało spokojnie. No, właśnie - spokój... Panna młoda niby tylko zasugerowała, żebym „zerknął, od czasu do czasu, na otoczenie”, ale ja ochoczo wziąłem to jako przepustkę do porządzenia się trochę. Sam odpisałem jej wcześniej, że będę działał w tle, dyskretnie, ale prawda była taka, że od świtu kręciłem się po okolicy, pod pretekstem zabicia czasu. W rzeczywistości po prostu chciałem się upewnić, że nic nie zwróci mojej uwagi w niewłaściwy sposób. Czasy były, jakie były, a wesela nie wykluczały problemów. Wprost przeciwnie - aż się prosiły, żeby ktoś, gdzieś, coś, jakoś spróbował zrobić. Obiecałem - jeszcze - Yaxley, że będę dyskretny, i teoretycznie dotrzymałem słowa. Nie miałem plakietki szefa ochrony ani nie rozstawiałem ludzi po kątach z listą rozkazów, ale to nie znaczyło, że nie mogłem podpytać kilku typów z Artemis o interesujące mnie detale, rzucić paru uwag i przy okazji podrzucić coś od siebie, na „w razie wu”. Nie czułem, żeby komukolwiek przeszkadzało, że się udzielam bardziej, niż planowałem, a mi to sprawiało satysfakcję.
Stojąc kilka kroków od wejścia, skończyłem rozmowę i wreszcie rozejrzałem się po zebranych. Słońce, które co jakiś czas wychylało się zza chmur, rozlewało się miękkim światłem po przygotowanym ogrodzie, krzesła ustawiono w okręgu przy ołtarzu, a łowieckie wstęgi i liście roślin poruszały się na lekkim wietrze. Teraz cała uwaga miała być skupiona na tej części ceremonii, w której każdy starał się zachowywać dostojnie. Zerknąłem w bok, szukając wzrokiem Prue - nawet wśród barwnych sukienek i odświętnych kapeluszy powinna być dla mnie łatwo dostrzegalna, ale oczywiście akurat teraz zdążyła gdzieś się zaplątać. Ruszyłem więc powoli przez trawnik, licząc, że zaraz ją namierzę i razem usiądziemy. Nie miałem ochoty przegapić momentu, kiedy zacznie wybierać krzesła, bo znając ją, już i tak przewracała oczami, że zniknąłem jej z pola widzenia - i tym razem to było, kurwa, możliwe! - chociaż nie było mnie raptem kilka minut, mniej więcej kwadrans, który minął od zostawienia jej w jednej z łazienek, by spokojnie kończyła się szykować.
Czas - no, tak. Do domu Yaxleyów przybyliśmy dzień wcześniej, jako osoby - bądź co bądź - uprzywilejowane tą możliwością, chociaż nienależące do oficjalnego, ślubnego orszaku. Snowdonia przywitała nas chłodnym powietrzem i rozległym widokiem gór, które w świetle księżyca w pełni wyglądałyby imponująco, gdyby nie to, że przysłaniały go gęste chmury. Droga do rezydencji nie była szczególnie przyjemna, wiatr smagał drzewa, deszcz w końcu przeszedł w wilgotną, lepką mgłę, a ja miałem ochotę przeklinać pod nosem, że zdecydowałem się na podróż tak późno - ale było Mabon, sam koniec dnia, i moja towarzyszka miała rodzinne zobowiązania, ja natomiast miałem pracę. Noc minęła w oka mgnieniu, jakby ktoś przewinął taśmę szybciej niż zwykle, od południa też czas zdawał się pędzić, a gdy spojrzałem na zegarek na nadgarstku, uświadomiłem sobie, że została już tylko chwila.
Przyspieszyłem kroku, rozglądając się po tłumie, aż moje spojrzenie natrafiło na nią - świadkową. Nie pamiętałem, jak miała na imię, a jednak była tu, w tej samej przestrzeni, w tym samym momencie, i nagle wszystko stało się jeszcze bardziej realne. Nie znałem jej prywatnie, nie mieliśmy okazji porozmawiać, ale od pierwszego spojrzenia sprawiała wrażenie sympatycznej, chociaż teraz wyglądała, jakby zaraz miała połknąć własny język ze stresu. Trudno się dziwić - odpowiedzialność była ogromna, każdy detal musiał się zgadzać. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale - o ile nasze spojrzenia się napotkały - uśmiechnąłem się do niej, skinąłem głową. To miał być prosty gest - coś w rodzaju zapewnienia, że wszystko pójdzie dobrze, ludzie stojący z boku też widzą jej wysiłek i doceniają go.
Odwróciłem wzrok i wciągnąłem powietrze, wokół szumiały drzewa, gdzieś w oddali było słychać potok - warunki idealne. Potem ruszyłem przed siebie, usiłując odnaleźć Prue między kobietami w barwnych sukniach.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)