02.10.2025, 08:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2025, 17:14 przez Brenna Longbottom.)
Zaproszenie na ślub Geraldine i Ambroise’a było co najmniej zaskakujące, bo wprawdzie wiedziała, że przez lata orbitowali wokół siebie, ale wydawało się, że rozstali się ostatecznie. Sama myśl o przyjściu na wesele budziła w Brennie pewną niepewność, i miała dziwne wrażenie, że będzie tu równie czujna jak podczas jakiejś akcji w niebezpiecznej dzielnicy, zdecydowała się jednak stawić, bo… po prostu lubiła Geraldine. Termin był mało fortunny, zważywszy na to, że Anglię niedawno spowiły popioły, ale to akurat było tym elementem, który Brenny nie zaskakiwał. Żyli w czasach, gdy nikt już nie mógł być pewny jutra, więc najwyraźniej Geraldine i Ambroise zdecydowali, że stawią temu jutru czoła razem. Miała nadzieję, że będą szczęśliwi i że ich dzień upłynie dokładnie tak, jak sobie wymarzyli.
Wybór stroju, bodaj pierwszy raz w życiu, też dostarczył Brennie problemu, bo tak jakby spora część jej szat na specjalne okazje zwyczajnie spłonęła - większości z nich w końcu nie przenosiła do Stawu, a i Londynie pod ręką chciała mieć może dwie czy trzy, na wszelki wypadek. Podobnie spłonęło zaopatrzenie niejednego, londyńskiego sklepu, czasu było niewiele, a tutaj mieli specyficzne wymagania. Strój wieczorowy, ale impreza plenerowa, a przy czym jeszcze lepiej było unikać bieli, czerwieni czy czerni… Ostatecznie zgarnęła z półki w sklepie kilka niemal losowych sukienek i w rozpaczy nawet posłała do Geraldine zdjęcia z bardzo krótkim „Ger, czy to się nada?!”, bo w końcu słyszała dość straszliwych historii o pannach młodych wściekłych z powodu stroju gości (choć tu raczej nie sądziła, by Ger miała jakiś problem, prędzej jej matka). I zgodnie z sugestią panny młodej wybrała jasnoszarą, niewątpliwie wizytową, ale z gatunku tych nieciągnących się po samej ziemi i pozbawionych nadmiernej ilości falban. Długi szal na ramiona miał potem chronić przed wieczornym chłodem, a buty ze względu na spodziewane chodzenie po trawie były na niewielkim obcasie.
– Mam wielką nadzieję, że nie okaże się, że z okazji ślubu wszyscy mamy ruszać na nocne polowanie, bo nie zabrałam ani kuszy, ani odpowiednich do tego butów – stwierdziła, zajmując miejsce i rzucając szal na oparcie. – Poza tym chyba wolałabym nie wpaść w tej sukience do żadnego dołu. Mogłabym już z niego nie wyjść.
W kwestii tego, czy ciągnięcie Atreusa ze sobą na uroczystość, na której pewnie byłaby jego siostra, stanowiło dobry pomysł, też nie była stu procentowo pewna. Ale zdawał się więcej niż chętnie uciekać… w codziennie życie, lubił zabawę i ruch, a przyjście tu z kimś innym nie byłoby już nawet sprzecznym sygnałem, a sygnałem bardzo jednoznacznym, nie zastanawiała się więc długo nad posłaniem pytania. Ot uznała, że jeśli się zgodzi, pozwoli mu zdecydować, czy zostają na całość uroczystości, czy ewakuują się wcześniej.
Z braku państwa młodych skierowała na razie spojrzenie na Millie, zastanawiając się przez moment, czy nie zżerał jej stres. Wyłapała nerwowy gest, ale w tej chwili nie było niczego, co mogłaby zrobić, aby pomóc. Zresztą, czy mogłaby to zrobić, skoro sama była trochę poddenerwowana - okolicznościami oraz ze względu na porę?
Bardzo się cieszyła, że ogniska jeszcze nie zostały rozpalone. I doskonale wiedziała, że będzie tych unikać, gdy już zapłoną.
Wybór stroju, bodaj pierwszy raz w życiu, też dostarczył Brennie problemu, bo tak jakby spora część jej szat na specjalne okazje zwyczajnie spłonęła - większości z nich w końcu nie przenosiła do Stawu, a i Londynie pod ręką chciała mieć może dwie czy trzy, na wszelki wypadek. Podobnie spłonęło zaopatrzenie niejednego, londyńskiego sklepu, czasu było niewiele, a tutaj mieli specyficzne wymagania. Strój wieczorowy, ale impreza plenerowa, a przy czym jeszcze lepiej było unikać bieli, czerwieni czy czerni… Ostatecznie zgarnęła z półki w sklepie kilka niemal losowych sukienek i w rozpaczy nawet posłała do Geraldine zdjęcia z bardzo krótkim „Ger, czy to się nada?!”, bo w końcu słyszała dość straszliwych historii o pannach młodych wściekłych z powodu stroju gości (choć tu raczej nie sądziła, by Ger miała jakiś problem, prędzej jej matka). I zgodnie z sugestią panny młodej wybrała jasnoszarą, niewątpliwie wizytową, ale z gatunku tych nieciągnących się po samej ziemi i pozbawionych nadmiernej ilości falban. Długi szal na ramiona miał potem chronić przed wieczornym chłodem, a buty ze względu na spodziewane chodzenie po trawie były na niewielkim obcasie.
– Mam wielką nadzieję, że nie okaże się, że z okazji ślubu wszyscy mamy ruszać na nocne polowanie, bo nie zabrałam ani kuszy, ani odpowiednich do tego butów – stwierdziła, zajmując miejsce i rzucając szal na oparcie. – Poza tym chyba wolałabym nie wpaść w tej sukience do żadnego dołu. Mogłabym już z niego nie wyjść.
W kwestii tego, czy ciągnięcie Atreusa ze sobą na uroczystość, na której pewnie byłaby jego siostra, stanowiło dobry pomysł, też nie była stu procentowo pewna. Ale zdawał się więcej niż chętnie uciekać… w codziennie życie, lubił zabawę i ruch, a przyjście tu z kimś innym nie byłoby już nawet sprzecznym sygnałem, a sygnałem bardzo jednoznacznym, nie zastanawiała się więc długo nad posłaniem pytania. Ot uznała, że jeśli się zgodzi, pozwoli mu zdecydować, czy zostają na całość uroczystości, czy ewakuują się wcześniej.
Z braku państwa młodych skierowała na razie spojrzenie na Millie, zastanawiając się przez moment, czy nie zżerał jej stres. Wyłapała nerwowy gest, ale w tej chwili nie było niczego, co mogłaby zrobić, aby pomóc. Zresztą, czy mogłaby to zrobić, skoro sama była trochę poddenerwowana - okolicznościami oraz ze względu na porę?
Bardzo się cieszyła, że ogniska jeszcze nie zostały rozpalone. I doskonale wiedziała, że będzie tych unikać, gdy już zapłoną.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.