• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green…

[20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green…
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#10
01.10.2025, 15:40  ✶  
Nie był ufny i serdeczny. Już nie. Dokładnie znał moment, w którym przestał taki być. Zlepek wydarzeń prowadzących do tego, że ograniczył swe przyjacielskie zapędy i kredyty zaufania wyłącznie do grona najbliższych. Tych, których znał od lat.
Być może niektórzy uznaliby go za zgorzkniałego. Za stanowczo nazbyt uparcie trwającego przy swoich przekonaniach. Tak mocno, że aż w nich zatwardziałego. Czy było to prawdą? Być może. W końcu nie miał nic więcej. Tylko one mu jeszcze pozostały. Cała reszta rozpadała się wprost na jego oczach. Do straty części sam przyczynił się swym zachowaniem (dostrzegał to, nie cierpiał tego, lecz jednocześnie nie zamierzał przyznawać się do bycia swoim największym wrogiem), część została mu odebrana, wyrwana, wyszarpana...
Tak. Choć sam nie powiedziałby tego na głos, prędzej nazywając się realistą, w istocie: był zgorzkniały. I nie, nie zamierzał nic z tym robić. Czuł się zbyt zmęczony, by podejmować dodatkowy wysiłek, który i tak nie przyniósł mu kiedyś żadnego pozytywnego skutku. Przez kilka lat był swoją najlepszą wersją, budował sobie życie aż zaczął szczerze wierzyć w to, że może być tak zawsze. Nie było. Teraz wystarczyło, że z zewnątrz jeszcze się nie rozsypał. Wewnątrz był chodzącą bombą zegarową.
Coraz częściej zdarzało mu się pękać, ujawniając więcej niż zamierzał ujawniać. Jak choćby to, jak bardzo zaskoczyło go ich spowinowacenie. Tym bardziej, że zupełnie nie dostrzegał łączących ich nici, zbieżnych schematów, podobieństw, których nie chciał widzieć, bo wtedy nie byłoby już tak prosto.
Nie wierzył w żadne braterstwo dusz, w mityczną harmonię dwóch przeciwstawnych sił, które nagle odkrywają, że są sobie potrzebne. Ta historia, tak pięknie opowiadana w gmachach kowenów, od dłuższego czasu była dla niego już tylko literackim mirażem, równie dalekim od ich sytuacji, co zieleń Kniei od sterylnego chłodu londyńskich urzędów.
Nie dlatego, że nie dostrzegał wartości w tym, co Anthony nazywał cywilizacją. Wręcz przeciwnie. Doceniał je, czasem aż do przesady. Sam nosił dobrze skrojone ubrania, nie z konieczności, a z przyjemności. Znał wagę ksiąg, wartość słów spisanych, tekstów literackich, które przeżywały pokolenia. Wiedział, że nauka ratowała życie w sposób, w jaki żadna kora czy liść nie byłyby w stanie. Ale nie godził się na narrację, w której jedno staje ponad drugim.
Łatwo było stawiać je naprzeciw siebie, mówić o marmurach i zielonych pędach, o tabliczkach i kijach, o różdżkach i łupanym kamieniu. Ale one nigdy nie były rywalami. Były splecione. Jak pnącze, które obrastało mur. Bez muru nie ma oparcia, bez pnącza nie ma życia.
Postęp sam w sobie nie był dla niego czymś, na czego wspomnienie ochoczo kiwał głową, od razu wiążąc rozmówcę z kimś, kto mógł zaimponować mu wiedzą albo władzą (nawet jeśli miał je obie). Dla niego liczył się sposób, w jaki ten ktoś przekazywał swe myśli. A w ustach Anthony'ego, zarówno pomyłka imienia Basila, jak i zestawienie dziedzictwa Rowana (tego, które chłopiec zyskał po ojcu, nie po matce, co również zostało  podkreślone; ku jego uwadze) z zakresem historii i mechanizmami rządzących światem cywilizowanym zabrzmiały...
...niefortunnie.
Zupełnie tak, jakby Shafiq patrzył na ród Greengrassów jak na grono ludzi, którzy stali w opozycji do tak zwanego pierwszego świata. Którzy byli zbyt prości, a jednocześnie w tej prostocie nazbyt skomplikowani dla kogoś, kto zwykł obcować z bardziej wykształconymi, obeznanymi z postępem ludźmi.
A przecież ród Ambroisa nie skupiał się wyłącznie na uprawie roli. Nie byli sadownikami, jak Abbottowie. Byli badaczami natury, zielarzami, genetykami, twórcami eliksirów, uzdrowicielami. Znali postęp, choć od innej strony. Byli jego częścią. Nie trzeba było daleko szukać. Nawet sama siostra Roisa, Roselyn, obecnie prowadziła badania nad rozwojem zupełnie nowej krzyżówki drzew wiggenowych, które wymagały specjalistycznych narzędzi i nowatorskiego podejścia, ale...
...tu był pies pogrzebany, czyż nie?
Greengrass był uparty. Cholernie uparty, a w tejże upartości wręcz niemożliwie zatwardziały. I jak na człowieka, który nie uważał się za wybitnego mówcę, bardzo zważał na kierowane ku niemu słowa. Łatwo było także zajść mu za skórę. Ostatnio nie należało to do nieczęstych przypadków. Trudno byłoby zaprzeczyć, że nie chodził podminowany, skory do wdania się w dyskusję i stanięcia w opozycji. Ależ chodził, nawet jeśli usiłował zachowywać neutralny ton i spokojny wyraz twarzy.
W jego życiu działo się aż nazbyt wiele. Widma w Kniei, zaręczyny jego siostry z mężczyzną z rodu, który zaszedł mu za skórę (i których zatem zdecydowanie nie popierał, kłócąc się z nią o okoliczności podjęcia tamtej decyzji), Geraldine i doppelganger, ciągłe obietnice bez pokrycia składane mu w pracy...
...lista była długa i zawiła, a on zdążył już dostrzec, że nie zawsze miał kontrolę nad tym, co się na niej znajdzie. Ba, w większości przypadków wcale nad tym nie panował. Nie cierpiał tego. Kiedy zatem do jego uszu dotarło coś, co na kilka długich chwil znów zbiło go z tropu, naturalnie znalazł coś, co miało zrzucić z niego część zmieszania. Wyłapał ten niefortunny splot słów i dał Anthony'emu dokładnie to, czego ten oczekiwał: opozycję do cywilizowanej biologicznej rodziny Jackie, Greengrassów będących kontrastem dla mieszczuchów.
Nie miał najmniejszego problemu z tym, aby odnieść się do drugiej, mniej chlubnej części rozwoju. Do tego, że cywilizacja przyniosła także więzienia, rzezie na masową skalę, choroby szerzone szybciej niż kiedykolwiek przed tym, gdy ludzie postanowili zasłonić sobie widok na niebo, wznosząc wysokie budowle i zamykając się w nich na świat. Natura mogła być okrutna, ale nigdy nie była wymyślnie perfidna. Nigdy nie składała ofiar dla idei.
W istocie, łąki i lasy nie były gorsze od marmurowych pałaców. Ani też lepsze. Były inne i ta inność nie potrzebowała protekcjonalnego spojrzenia.
Anthony mówił miękko i wyrozumiale. A jednak w tym łagodnym tonie kryło się coś, co raziło Greengrassa bardziej niż jawny atak: przekonanie wyrażane przez rozmówcę, że to on sam jest stroną rozsądną i kierującą się zrozumiałymi mechanizmami, a Ambroise jest ledwie impulsem, surową emocją. Zewem natury ubranym w elegancką szatę retoryki, która średnio nań pasuje, bo jego dziedzictwo to ziemia.
Otóż nie. Nie był człowiekiem z dziczy, nie był nieokrzesany, po prostu szanował to wszystko, co stanowiło podstawy ich świata. Grunt, na której został zbudowany.
Dla niego jedno i drugie przeplatało się od zawsze, nigdy nie mogło być rozdzielone. Ptak zakładający gniazdo nie różnił się wiele od rzemieślnika tworzącego filiżankę. I jedno, i drugie rodziło się z potrzeby i z pewnej wewnętrznej estetyki.
Ambroise widział gest wyciągniętej ku niemu ręki. Tyle tylko, że nie taki, który mógłby mu się spodobać. Raczej taki, który przypominał o nierównowadze sił, przynajmniej w mniemaniu jego rozmówcy. To on był tym, który otrzymywał ofertę. To jemu dawano do zrozumienia, że dostęp do możliwości, do kontaktów, do pewnej miękkiej poduszki cywilizacji leży w zasięgu ręki, jeśli tylko zechce sięgnąć.
Tyle, że Ambroise nie chciał czuć się beneficjentem łaski. Zbyt dobrze pamiętał, czym kończy się przyjmowanie prezentów od tych, którzy uważają, że wiedzą lepiej i nie chcą niczego w zamian. Czuł w nich drobne kolce, które mogłyby wbić się głębiej, gdyby im na to pozwolił. A potem zatruć mu życie.
Anthony udawał, że nic go nie rani. Ambroise też to potrafił. Obaj byli mistrzami noszenia masek, choć w jego oczach, robili to najpewniej z zupełnie różnych powodów. U Shafiqa była to kwestia wizerunku, przyzwyczajenia do politycznej gry. U niego? Poniekąd ta sama konieczność dbania o twarz, o dobre imię rodu, lecz także gwarant przeżycia. Nie był śnieżnobiały. I nie miał nawyków takiej osoby.
Zdecydowanie wolał znać cenę przeprowadzanych transakcji. Korzystanie z przysług nie było mu w smak, jeżeli nie wiedział, na czym będzie polegać ich oddanie. A ono zawsze nadchodziło. Nie było nic za darmo.
Kontekst rodzinny być może nieco zmieniał sytuację, ale w tym wypadku także nie zamierzał robić czegokolwiek bez uprzedniego nawiązania rzeczywistej pozazawodowej relacji. Nie byli powiązani krwią, byli połączeni przez małżeńskie koligacje. I to cudze. Nawet jeśli osoba, która za nimi stała, była istotna dla nich obojga.
- Bez wątpienia, jest stała w swych przyzwyczajeniach - skwitował krótko, lżej, ale nie lekko i swobodnie, raczej z dozą powściągliwej sympatii.
Zdecydowanie miał jej wiele ku Jackie. Nieważne, co myślał o całym nieporozumieniu i brakach w przepływie informacji. Zresztą, dla niego w dalszym ciągu to wcale nie była wada, tylko metoda. Takie miała narzędzia. Opowieścią sterowała światem wokół siebie, obłaskawiała ludzi, rozczulała ich albo drażniła. Nie dało się nad tym zapanować.
- Och, z pewnością - przytaknął na wspomnienie o możliwości spotkania się na salonach Jacqueline. - W każdym razie, dobrze wiedzieć, że zamierza pan być w pobliżu. Choćby dlatego, że im więcej osób roztacza parasol nad dziećmi, tym większa szansa, że naprawdę pozostaną bezpieczne - tu uśmiechnął się lekko, nader kulturalnie, niewerbalnie sugerując, że powinni raczej zmierzać do końca tego nieoczekiwanego spotkania.
Był zbyt dobrze wychowany, by ostentacyjnie przerwać tę rozmowę. Nazbyt dobrze znał niepisane reguły kultury, aby pozwolić sobie na otwarte zlekceważenie rozmówcy, zresztą nie zamierzał tego robić, o dziwo, stopniowo zyskując nowy ogląd na sytuację.
Był także w pełni świadomy tego, że nie wypadało powiedzieć inaczej. Ale co z tego wynikało? Uprzejmość była mieczem obosiecznym. Mogła chronić, lecz równie dobrze mogła zamieniać człowieka w pustą skorupę. W kogoś, kto tracił sam siebie, bo tak mocno potrzebował sprzyjać wszystkim, dostosować się do każdego.
On już był pusty w środku. Wypalony i zmęczony. Nie potrzebował spalać się jeszcze bardziej, aby komuś przytaknąć.
Jednocześnie jasno dawał bratu Jackie do zrozumienia, że jego sympatii nie kupi się ofertami rozesłania wici tam, gdzie trudno było o działanie, pustymi frazami o nauce mechanizmów funkcjonowania cywilizacji (nawet jeśli z pewnością mogło to być wiele wnoszące, w końcu w obu rodach patrzono na nie z innej perspektywy) ani wspomnieniami o wspólnych rolach wobec dzieci. Anthony mógł zyskać jego przychylność, może nawet szczerą sympatię (szacunek już miał, mimo różnic, jakie ich dzieliły), lecz nie w ten sposób.
Jeśli mężczyzna zamierzał traktować Knieję i to, co sobą reprezentowała jako surową, dziką siłę wymagającą ujarzmienia, a jej prawnych właścicieli jako mniej rozwiniętych od jego własnych krewnych, odwołując się do metafor i drobnych przejawów paternalizmu...
...nigdy nie mieli się zrozumieć.
I jakże wielką byłoby to stratą. Ale Ambroise o tym nie myślał, prawda? Jego introspekcja nie sięgała tak daleko. Wiara w ludzi tym bardziej. Nie chciał widzieć łączących ich podobieństw, bo to oznaczałoby, że musiałby także dostrzec wspólne słabe strony. A wbrew pozorom, już teraz momentami trudno było mu patrzeć w lustro.
Nie chciał, by Shafiq dawał mu kolejne.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (7049), Anthony Shafiq (3372)




Wiadomości w tym wątku
[20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Anthony Shafiq - 20.03.2025, 16:35
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.03.2025, 04:41
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Anthony Shafiq - 26.03.2025, 13:52
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 15.09.2025, 13:51
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Anthony Shafiq - 16.09.2025, 16:44
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 17.09.2025, 19:42
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Anthony Shafiq - 22.09.2025, 14:53
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.09.2025, 23:00
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Anthony Shafiq - 01.10.2025, 11:06
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.10.2025, 15:40
RE: [20.08 Ambroise & Anthony] And I’ll see you someday, in Fiddlers’ Green… - przez Anthony Shafiq - 06.10.2025, 10:25

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa