30.09.2025, 18:20 ✶
Henry wypił dwa shoty wódki, napisał paskudny wiersz i powoli obrazy wzięte z jego omamów ulatywały z jego myśli. Kiedy zaś zobaczył Jessie'ego Kelly'ego, zastanawiał się przez chwilę, czy nie jest to aby kolejna halucynacja. A zresztą... co to za różnica? Bo skąd mógł wiedzieć, co było jawą, a co snem? Kartezjusz miał rację: nie dało się tego rozpoznać.
- Cześć, Kelly - powiedział sennie, tonem tak bladym, jak wyrażał to jego wygląd. - Trochę... trochę tak było. Pomyśleć, że człowiek nie może normalnie wrócić z pracy...
Strzepnął popiół z papierosa do szklanej zdobionej popielniczki. Henry był w takim stanie, że nawet nie zauważył, że jego papieros prawie się dopalił. Żar niemal poparzył go po palcach, bo w porę zostawił peta w popielniczce. Spojrzał na swoje dłonie. Czuł, jakby chodziły po nich maleńkie mrówki. A cukrowy dym wciąż drażnił jego nozdrza...
Wtedy właśnie dotarły do niego słowa Jessiego. Spojrzał na drugi koniec baru, gdzie siedziała grupka facetów, którzy wyglądali, jakby nie myli się nie od tygodni, a od lat. Szczególnie jeden przykuł uwagę Henryka, dokładnie ten, który mu się dokładnie przypatrywał. Poskręcane w strąki tłuste włosy, braki w uzębieniu i fajka w ręku. Taka, z której dochodził charakterystyczny cukrowy zapach...
- Ci goście... To oni mi to zrobili. Albo to gówno, które jarają. Wypuszczają to na ulice, a potem ludzie mają halucynacje - czasem Lockhart nieświadomie generalizował własne przeżycia na wszystkich wokół. To była właśnie taka sytuacja. Choć niebezpieczeństwo nawdychania się tego świństwa było równe dla każdego. - Nie wierzę, że sukinsyny palą to tutaj.
Na te słowa Henry wstał. Nie wiedział, czy przemawiał tu on, czy promile w jego krwi.
- Halo, panowie, może nie zadymiajcie tym gównem tego szacownego przybytku, co?! - krzyknął do nich, dziwiąc się, jak bardzo stosunkowo mała ilość alkoholu uderzyła mu do głowy. - Nie każdy chce być ćpunem, jak wy. Choć takie tłumoki pewnie tego nie rozumieją, co?!
- Cześć, Kelly - powiedział sennie, tonem tak bladym, jak wyrażał to jego wygląd. - Trochę... trochę tak było. Pomyśleć, że człowiek nie może normalnie wrócić z pracy...
Strzepnął popiół z papierosa do szklanej zdobionej popielniczki. Henry był w takim stanie, że nawet nie zauważył, że jego papieros prawie się dopalił. Żar niemal poparzył go po palcach, bo w porę zostawił peta w popielniczce. Spojrzał na swoje dłonie. Czuł, jakby chodziły po nich maleńkie mrówki. A cukrowy dym wciąż drażnił jego nozdrza...
Wtedy właśnie dotarły do niego słowa Jessiego. Spojrzał na drugi koniec baru, gdzie siedziała grupka facetów, którzy wyglądali, jakby nie myli się nie od tygodni, a od lat. Szczególnie jeden przykuł uwagę Henryka, dokładnie ten, który mu się dokładnie przypatrywał. Poskręcane w strąki tłuste włosy, braki w uzębieniu i fajka w ręku. Taka, z której dochodził charakterystyczny cukrowy zapach...
- Ci goście... To oni mi to zrobili. Albo to gówno, które jarają. Wypuszczają to na ulice, a potem ludzie mają halucynacje - czasem Lockhart nieświadomie generalizował własne przeżycia na wszystkich wokół. To była właśnie taka sytuacja. Choć niebezpieczeństwo nawdychania się tego świństwa było równe dla każdego. - Nie wierzę, że sukinsyny palą to tutaj.
Na te słowa Henry wstał. Nie wiedział, czy przemawiał tu on, czy promile w jego krwi.
- Halo, panowie, może nie zadymiajcie tym gównem tego szacownego przybytku, co?! - krzyknął do nich, dziwiąc się, jak bardzo stosunkowo mała ilość alkoholu uderzyła mu do głowy. - Nie każdy chce być ćpunem, jak wy. Choć takie tłumoki pewnie tego nie rozumieją, co?!