29.09.2025, 16:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2025, 16:06 przez Faye Travers.)
- Nie. Ale gdy ratowaliśmy ludzi 8 września, być może niektórzy mugole zauważyli, że czarodzieje rzucają zaklęcia. Ministerstwo pewnie już się tym zajęło, ale nie chcę dostarczać im więcej pracy, niż to konieczne - wyjaśniła, spokojnie wspinając się na górę. Odkluczyła drzwi, a potem wprowadziła Nicka do środka.
Mieszkanie Faye było małe, ale dość przytulne. Składało się z dwóch pokoi: salonu i sypialni. Osobno była oczywiście kuchnia i łazienka. Główne skrzypce w salonie, do którego przechodziło się z niewielkiego wiatrołapu, grała miękka, duża kanapa w odcieniu ciepłego brązu. Przy niej znajdował się stolik kawowy, na którym leżała własnoręcznie dziergana serwetka w odcieniach beżu. Nie wyglądało to na dzieło Faye, która do tego typu rzeczy miała dwie lewe ręce. No i była dość babcina, prawdę mówiąc. Może to prezent od staruszki z dołu?
Traversówna ściągnęła buty, które były uwalane ziemią i popiołem. Nie wymagała jednak tego od brata - on nie pakował się w brudne miejsca, tak jak ona. Jak jej pobrudzi puchaty dywan, który pysznił się na podłodze, to go po prostu wyczyści zaklęciem.
- Herbaty mam sporo. Prażone kasztany mogą być? - zapytała, przechodząc do kuchni. Była niewielka, pół otwarta na salon. Nick mógł słyszeć, jak jego siostra otwiera kolejne szafki, odpala kuchenkę przy pomocy różdżki i gotuje powoli wodę w czajniku. To, co mogło przykuć jego wzrok, to całkiem pokaźna kolekcja skarpet, schowana w gablotce. Gdyby się przyjrzał, rozpoznałby kilka par, które były podpisane latami. To były prezenty od rodziców, które Faye dostawała na święta. Nie nosiła tych skarpet nigdy, trzymała je niczym skarb za szkłem. Na ten rok miała przygotowane miejsce. Jego siostra uwielbiała święta i prezenty, acz z reguły dawała więcej, niż brała od swojej rodziny.
Co jeszcze? Cóż, na pewno rzucał się w oczy fakt, że Faye nie miała w domu zbyt wiele książek. Miała za to wiele atlasów, trochę roślin i sprzęt łowiecki, ciepnięty byle jak do wielkiej skrzyni, upchniętej w kącie salonu. Drzwi do sypialni były zamknięte, ale pewnie panował tam nieziemski syf. Tu i ówdzie walały się ciuchy Traversówny, szczególnie na kanapie i fotelu, który ta wskazała Nickowi jako idealne miejsce, by usiąść.
- Zrzuć ubrania, i tak muszę je wyprać - rzuciła, przekrzykując gwizd czajnika. Śmierdziało tu spalenizną, dlatego też aromat czarnej herbaty o smaku prażonych kasztanów nie przebił się, dopóki Faye nie postawiła przed bratem kubka. - Z tym ogniem to dziwna sprawa. Najpierw zajął się parter, a ja byłam zbyt zajęta ratowaniem staruszki, która mieszka pode mną, żeby zobaczyć, co się dalej dzieje.
Wyjaśniła, sadowiąc się na kanapie. Odruchowo podkurczyła nogi, by usiąść wygodniej. Otoczyła kubek dłońmi, a wzrok wlepiła w brata.
- Nie wiem, czy żyje, jest w szpitalu. Ale jeśli przeżyła, to nie ma gdzie mieszkać. Sama nie wiem, Nick, ten ogień był dziwny... Potem go gasiliśmy, magią i zwykłą wodą, bo tak się stało akurat, że miałam sporo beczek z deszczówką u siebie - oczywiście nie zamierzała mu powiedzieć, że to woda, którą ze Scarlett ukradła sąsiadom jeszcze w sierpniu. - Dużo osób nam pomogło, mieliśmy dużo szczęścia, że płomienie nie zdążyły dotrzeć wyżej. A jak twoje mieszkanie w Londynie? Jest całe?
Mieszkanie Faye było małe, ale dość przytulne. Składało się z dwóch pokoi: salonu i sypialni. Osobno była oczywiście kuchnia i łazienka. Główne skrzypce w salonie, do którego przechodziło się z niewielkiego wiatrołapu, grała miękka, duża kanapa w odcieniu ciepłego brązu. Przy niej znajdował się stolik kawowy, na którym leżała własnoręcznie dziergana serwetka w odcieniach beżu. Nie wyglądało to na dzieło Faye, która do tego typu rzeczy miała dwie lewe ręce. No i była dość babcina, prawdę mówiąc. Może to prezent od staruszki z dołu?
Traversówna ściągnęła buty, które były uwalane ziemią i popiołem. Nie wymagała jednak tego od brata - on nie pakował się w brudne miejsca, tak jak ona. Jak jej pobrudzi puchaty dywan, który pysznił się na podłodze, to go po prostu wyczyści zaklęciem.
- Herbaty mam sporo. Prażone kasztany mogą być? - zapytała, przechodząc do kuchni. Była niewielka, pół otwarta na salon. Nick mógł słyszeć, jak jego siostra otwiera kolejne szafki, odpala kuchenkę przy pomocy różdżki i gotuje powoli wodę w czajniku. To, co mogło przykuć jego wzrok, to całkiem pokaźna kolekcja skarpet, schowana w gablotce. Gdyby się przyjrzał, rozpoznałby kilka par, które były podpisane latami. To były prezenty od rodziców, które Faye dostawała na święta. Nie nosiła tych skarpet nigdy, trzymała je niczym skarb za szkłem. Na ten rok miała przygotowane miejsce. Jego siostra uwielbiała święta i prezenty, acz z reguły dawała więcej, niż brała od swojej rodziny.
Co jeszcze? Cóż, na pewno rzucał się w oczy fakt, że Faye nie miała w domu zbyt wiele książek. Miała za to wiele atlasów, trochę roślin i sprzęt łowiecki, ciepnięty byle jak do wielkiej skrzyni, upchniętej w kącie salonu. Drzwi do sypialni były zamknięte, ale pewnie panował tam nieziemski syf. Tu i ówdzie walały się ciuchy Traversówny, szczególnie na kanapie i fotelu, który ta wskazała Nickowi jako idealne miejsce, by usiąść.
- Zrzuć ubrania, i tak muszę je wyprać - rzuciła, przekrzykując gwizd czajnika. Śmierdziało tu spalenizną, dlatego też aromat czarnej herbaty o smaku prażonych kasztanów nie przebił się, dopóki Faye nie postawiła przed bratem kubka. - Z tym ogniem to dziwna sprawa. Najpierw zajął się parter, a ja byłam zbyt zajęta ratowaniem staruszki, która mieszka pode mną, żeby zobaczyć, co się dalej dzieje.
Wyjaśniła, sadowiąc się na kanapie. Odruchowo podkurczyła nogi, by usiąść wygodniej. Otoczyła kubek dłońmi, a wzrok wlepiła w brata.
- Nie wiem, czy żyje, jest w szpitalu. Ale jeśli przeżyła, to nie ma gdzie mieszkać. Sama nie wiem, Nick, ten ogień był dziwny... Potem go gasiliśmy, magią i zwykłą wodą, bo tak się stało akurat, że miałam sporo beczek z deszczówką u siebie - oczywiście nie zamierzała mu powiedzieć, że to woda, którą ze Scarlett ukradła sąsiadom jeszcze w sierpniu. - Dużo osób nam pomogło, mieliśmy dużo szczęścia, że płomienie nie zdążyły dotrzeć wyżej. A jak twoje mieszkanie w Londynie? Jest całe?