29.09.2025, 12:05 ✶
Wezmę wszystkie.
Zamrugała zaskoczona. O nie. O nie, nie, nie. Absolutnie nie mogła się na to zgodzić. Nie można było tak przyjść i wykupić wszystkiego, kiedy inni napewno też potrzebowali. Co ona biedna pocznie jak ktoś przyjdzie i poprosi o kadzidełko? Ale może ten nieznajomy miał dużą rodzinę i teraz ta rodzina nie będzie mogła spać? Nie chciała stać się przyczyną masowej bezsenności.
Musiała coś wymyślić. Spojrzała na paczuszki, przeliczyła szybciutko ile jej się ostało. Pomyślała jeszcze chwilkę. Okej. Dobrze, mogła dać mu…
trzy.
Przesunęła pakuneczki na środek lady. Ale jak brał trzy to musiała mu dać jeszcze upust! Naraz zrobiło się jej szalenie szkoda człowieka, który w jej głowie już wydawał wszystkie oszczędności, żeby kupić kadzidełka dla pogrążonych w bezdennej rozpaczy członków swojej wielkiej rodziny pozbawionej dachu nad głową. Nie miało znaczenia ile z tego to prawda. Nie miało nawet dla Jahnavi znaczenia czy cokolwiek jest prawdą. Po prostu… nie dopuszczała do siebie myśli, że przed nią stoi ktoś zwyczajnie w świecie zły.
Ale nie mogła Rodolphusa zostawić bez kadzideł. Dołożyła więc swoją wizytówkę - elegancko wypisaną na kawałeczku tekturki. Jeśli będzie potrzebował więcej, to zamówi! Bardzo proste.
Ale chciał jeszcze wróżbę… Hm… Mogłaby to zaokrąglić do całego galeona. Tak. To brzmiało uczciwie.
Wypisała kwotę na papierowym rachunku, podsumowując wszystko i przekazując w ręce Rodolphusa.
Dała mu chwilkę, żeby sprawdził czy wszystko się zgadza. W między czasie zajęła się przygotowaniem swojego małego stanowiska.
Westchnęła bezgłośnie słysząc o wątpliwej jakości wróżbie. No tak, teraz już wszystko jasne. Na pewno ten biedny człowiek poszedł do jakiegoś szarlatana (zganiła się w myślach za tak mocne słowo, przypominając sobie, że tak nie można) i teraz przez wróżbę nie może spać po nocach.
Wsypała do moździerza kilka ptasich kości. Do tego dodała zioła - liście bylicy, kawałek laski cynamonu, krwawnik, parę płatków kwiatu nagietka. Wszystko to i parę innych (mniej lub bardziej podejrzanych) rzeczy znalazło się w kamiennym naczyniu. Zręcznie rozbiła zawartość na proch, po czym wysypała zawartość na metalową tacę.
Szczupłym palcem narysowała w proszku znak zapytania.
Jakie jest twoje pytanie, Rodolphusie Lestrange? Czego pragniesz się dowiedzieć?
W drugiej ręce trzymała szpilkę. Gestem pokazała czego od niego potrzebuje - udała że kłuje się w palec nad zawartością tacy, która zdążyła już pod wpływem magii czarownicy zacząć zmieniać kształty. Na razie jednak były niewyraźne, nijakie, bezosobowe.
Jeśli czarodziej chciał wróżby - musiał dać jej kroplę swojej krwi.
Zamrugała zaskoczona. O nie. O nie, nie, nie. Absolutnie nie mogła się na to zgodzić. Nie można było tak przyjść i wykupić wszystkiego, kiedy inni napewno też potrzebowali. Co ona biedna pocznie jak ktoś przyjdzie i poprosi o kadzidełko? Ale może ten nieznajomy miał dużą rodzinę i teraz ta rodzina nie będzie mogła spać? Nie chciała stać się przyczyną masowej bezsenności.
Musiała coś wymyślić. Spojrzała na paczuszki, przeliczyła szybciutko ile jej się ostało. Pomyślała jeszcze chwilkę. Okej. Dobrze, mogła dać mu…
trzy.
Przesunęła pakuneczki na środek lady. Ale jak brał trzy to musiała mu dać jeszcze upust! Naraz zrobiło się jej szalenie szkoda człowieka, który w jej głowie już wydawał wszystkie oszczędności, żeby kupić kadzidełka dla pogrążonych w bezdennej rozpaczy członków swojej wielkiej rodziny pozbawionej dachu nad głową. Nie miało znaczenia ile z tego to prawda. Nie miało nawet dla Jahnavi znaczenia czy cokolwiek jest prawdą. Po prostu… nie dopuszczała do siebie myśli, że przed nią stoi ktoś zwyczajnie w świecie zły.
Ale nie mogła Rodolphusa zostawić bez kadzideł. Dołożyła więc swoją wizytówkę - elegancko wypisaną na kawałeczku tekturki. Jeśli będzie potrzebował więcej, to zamówi! Bardzo proste.
Ale chciał jeszcze wróżbę… Hm… Mogłaby to zaokrąglić do całego galeona. Tak. To brzmiało uczciwie.
Wypisała kwotę na papierowym rachunku, podsumowując wszystko i przekazując w ręce Rodolphusa.
Dała mu chwilkę, żeby sprawdził czy wszystko się zgadza. W między czasie zajęła się przygotowaniem swojego małego stanowiska.
Westchnęła bezgłośnie słysząc o wątpliwej jakości wróżbie. No tak, teraz już wszystko jasne. Na pewno ten biedny człowiek poszedł do jakiegoś szarlatana (zganiła się w myślach za tak mocne słowo, przypominając sobie, że tak nie można) i teraz przez wróżbę nie może spać po nocach.
Wsypała do moździerza kilka ptasich kości. Do tego dodała zioła - liście bylicy, kawałek laski cynamonu, krwawnik, parę płatków kwiatu nagietka. Wszystko to i parę innych (mniej lub bardziej podejrzanych) rzeczy znalazło się w kamiennym naczyniu. Zręcznie rozbiła zawartość na proch, po czym wysypała zawartość na metalową tacę.
Szczupłym palcem narysowała w proszku znak zapytania.
Jakie jest twoje pytanie, Rodolphusie Lestrange? Czego pragniesz się dowiedzieć?
W drugiej ręce trzymała szpilkę. Gestem pokazała czego od niego potrzebuje - udała że kłuje się w palec nad zawartością tacy, która zdążyła już pod wpływem magii czarownicy zacząć zmieniać kształty. Na razie jednak były niewyraźne, nijakie, bezosobowe.
Jeśli czarodziej chciał wróżby - musiał dać jej kroplę swojej krwi.