27.09.2025, 09:38 ✶
- Wierz mi, krzątałem się tu próbując posprzątać i pakowałem się do wyprowadzki - zauważyłbym jakiś wrzucony przedmiot. Nawet nie wiem czym okno wybili, magią chyba, bo nie znalazłem ani kamienia, ani nic… - sprzątanie było jeszcze bardziej frustrująco bezowocne, niż zwykle, a kiedy wyciągnął z szafy koszulę z wysokim kołnierzykiem, okazało się, że widmowe dłonie pozostawiły odpowiednie ślady i na niej.
Atmosfera wypełniona rozmową, okraszona humorem i towarzystwem, zrobiła się trochę łatwiejsza do zniesienia - mniej dusząca, choć może było to tylko wrażenie stojącego bezpiecznie w progu Hannibala. Jessie jednak nie wydawał się nawet w połowie tak przerażony, jak on podczas pierwszej bytności w mieszkaniu tego dnia i Selwyn podziwiał jego opanowanie.
Dobrze było słyszeć, że dom prawdopodobnie nie został obłożony klątwą, ale w takim razie, co to wszystko znaczyło?
- Hmm… myślisz, że powinienem raczej szukać egzorcysty? - zapytał - Czy po prostu kupić kwiaty i czekoladki i ustalić hasło bezpieczeństwa? Mogłaby chociaż się przedstawić! - pozwolił sobie na żarcik, patrząc, jak Jessie znika za rogiem korytarza.
Mogłaby? Kiedy zaczął o tym czymś myśleć w rodzaju żeńskim?
Albo może powinienem faktycznie kupić nowe mieszkanie i oszczędzić sobie sprzątania tego… - z westchnieniem powiódł wzrokiem po śladach na ścianach - w mugolskiej części Londynu. Na wysokim piętrze. Może z widokiem na rzekę…
- Kurwa - dobiegło ze środka.
I wtedy okazało się, że jakkolwiek we dwóch było raźniej, nie byli w najmniejszym stopniu i w żaden sposób zrelaksowani. Hannibal, który tkwił na swoim stanowisku, jak na szpilkach, właśnie tego się obawiał. Coś poszło nie tak. To cholerstwo zaatakowało mu kumpla. Jonathan go zabije! Mama Jessiego go zabije! Niewiele myśląc rzucił się w głąb mieszkania.
O nie, nie, nie, zostaw go! - wyskoczył zza załomu ściany, nie dbając, że otarł się o nią ramieniem i jego ubranie zyskało kolejną czarną plamę, i prawie wpadł na Kelly’ego.
- Co się dzieje? - rozejrzał się wokoło, jakby istniał jakiś przeciwnik, którego mogliby dostrzec i odpędzić. Wreszcie zatrzymał wzrok na koledze i właściwie dopiero wtedy dotarło do niego, że w jego tonie, gdy zaklął, nie było słychać strachu.
- Wystraszyłeś mnie! - poskarżył się, czując się trochę głupio, że tak spanikował. Jednak teraz, kiedy znalazł się w obrębie mieszkania, znów czuł oblepiający go, natarczywy wzrok. Ścisnął w dłoni różdżkę.
Za nimi rozległo się przeciągłe skrzypienie, jakby same zawiasy protestowały, a potem ciche trzaśnięcie zamykanych drzwi. Hannibal wydał z siebie nieartykułowany dźwięk.
- To… to co? - zapytał cicho, bardzo się starając brzmieć spokojnie - Skoro to nie klątwa, to… zmywamy się?
O ile te cholerne nawiedzone drzwi nas wypuszczą, pomyślał ponuro.
Jego wzrok ześlizgnął się po twarzy Jessiego na jego szyję. Czy to tylko cień tak padał? Czy…?
Atmosfera wypełniona rozmową, okraszona humorem i towarzystwem, zrobiła się trochę łatwiejsza do zniesienia - mniej dusząca, choć może było to tylko wrażenie stojącego bezpiecznie w progu Hannibala. Jessie jednak nie wydawał się nawet w połowie tak przerażony, jak on podczas pierwszej bytności w mieszkaniu tego dnia i Selwyn podziwiał jego opanowanie.
Dobrze było słyszeć, że dom prawdopodobnie nie został obłożony klątwą, ale w takim razie, co to wszystko znaczyło?
- Hmm… myślisz, że powinienem raczej szukać egzorcysty? - zapytał - Czy po prostu kupić kwiaty i czekoladki i ustalić hasło bezpieczeństwa? Mogłaby chociaż się przedstawić! - pozwolił sobie na żarcik, patrząc, jak Jessie znika za rogiem korytarza.
Mogłaby? Kiedy zaczął o tym czymś myśleć w rodzaju żeńskim?
Albo może powinienem faktycznie kupić nowe mieszkanie i oszczędzić sobie sprzątania tego… - z westchnieniem powiódł wzrokiem po śladach na ścianach - w mugolskiej części Londynu. Na wysokim piętrze. Może z widokiem na rzekę…
- Kurwa - dobiegło ze środka.
I wtedy okazało się, że jakkolwiek we dwóch było raźniej, nie byli w najmniejszym stopniu i w żaden sposób zrelaksowani. Hannibal, który tkwił na swoim stanowisku, jak na szpilkach, właśnie tego się obawiał. Coś poszło nie tak. To cholerstwo zaatakowało mu kumpla. Jonathan go zabije! Mama Jessiego go zabije! Niewiele myśląc rzucił się w głąb mieszkania.
O nie, nie, nie, zostaw go! - wyskoczył zza załomu ściany, nie dbając, że otarł się o nią ramieniem i jego ubranie zyskało kolejną czarną plamę, i prawie wpadł na Kelly’ego.
- Co się dzieje? - rozejrzał się wokoło, jakby istniał jakiś przeciwnik, którego mogliby dostrzec i odpędzić. Wreszcie zatrzymał wzrok na koledze i właściwie dopiero wtedy dotarło do niego, że w jego tonie, gdy zaklął, nie było słychać strachu.
- Wystraszyłeś mnie! - poskarżył się, czując się trochę głupio, że tak spanikował. Jednak teraz, kiedy znalazł się w obrębie mieszkania, znów czuł oblepiający go, natarczywy wzrok. Ścisnął w dłoni różdżkę.
Za nimi rozległo się przeciągłe skrzypienie, jakby same zawiasy protestowały, a potem ciche trzaśnięcie zamykanych drzwi. Hannibal wydał z siebie nieartykułowany dźwięk.
- To… to co? - zapytał cicho, bardzo się starając brzmieć spokojnie - Skoro to nie klątwa, to… zmywamy się?
O ile te cholerne nawiedzone drzwi nas wypuszczą, pomyślał ponuro.
Jego wzrok ześlizgnął się po twarzy Jessiego na jego szyję. Czy to tylko cień tak padał? Czy…?