Tak właściwie Geraldine nie miała najmniejszego problemu z tym, aby odnajdywać się w chaosie. Nawet jej to służyło, chaos był sprzymierzeńcem ludzi jak ona, tych, którzy podejmowali spontaniczne decyzje, nie przejmowali się konsekwencjami. Jasne, wymagało to szybkich reakcji, nie zawsze były one najlepszymi, jakie mogła wybrać, jednak czy faktycznie powinna się przejmować tym, że mogła postąpić lepiej? Jak nie teraz, to kiedyś, nic nie działo się bez przyczyny, wiedziała, że co by się nie stało to będzie w stanie to udźwignąć, właściwie to będą, bo przecież teraz znowu byli razem, a razem mogli zdecydowanie więcej. Powoli przestawała się bać tego, co może przynieść przyszłość, nie sądziła, aby istniało coś, z czym nie mogliby sobie poradzić, nie w takim połączeniu. Humor więc jej dopisywał, zresztą wiedziała, co się działo w przeciwieństwie do Ambroise'a, miała w tym nad nim lekką przewagę, oczywiście, nie miała zamiaru zbyt długo przed nim ukrywać prawdy, ale skoro chwilę mogła się nad nim poznęcać, to z tego skorzystała.
- Być może kiedyś się to zmieni. - Nie zakładała, że będą się trzymali od tego miejsca z daleka przez całe życie, wiedziała, iż był to dom jej narzeczonego, ale aktualnie nie należał do najbardziej bezpiecznych miejsc. W Kniei zamieszkały widma, widma, które powoli ewoluowały i zaczynały opuszczać las, pojawiały się w miejscach zamieszkałych przez ludzi, na pewno nie chciała się tam teraz osiedlać, szczególnie z pąklem w drodze. Gdyby chodziło o nich samych, to pewnie można byłoby się nad tym zastanowić, ale czy właściwie naprawdę warto było ryzykować? Skoro mogli sobie pozwolić na dom w każdym miejscu, bez sensu byłoby go kupować tam, gdzie niebezpieczeństwo czaiło się tuż obok, no, może to nieco ogólnikowe, bo śmierciożercy pokazali im, że w wielu miejscach nie jest szczególnie bezpiecznie, ale na pewno w tej chwili istniały wybory dużo bardziej odpowiednie od Doliny Godryka.
- Mówisz to tak, jakby faktycznie to ode mnie zależało, ona sama wybierze, kiedy będzie się chciała urodzić. - Yaxley przecież nie miała żadnej kontroli nad tym, kiedy dziecko postanowi pojawić się na świecie, oczywiście, że wolałaby, aby jak najszybciej się to stało, dzięki temu będzie mogła wrócić do swojej rutyny, mniej przejmować się stanem swojego zdrowia, walczyć, trenować, czy coś. Pierwszy raz też podzieliła się swoim przeczuciem, nazwała pąkla ją, nie wiedzieć czemu dałaby sobie rękę uciąć, iż będzie to dziewczynka.
- W sumie, to w jego stylu, ale wynagrodzi mi to uśmiech bombelka, nie sądzisz? Fabian na pewno będzie zachwycony. - Oczywiście, że najpierw zamierzała pokazać szczenię najmłodszemu z Lestrange'ów, wtedy Corio ominie możliwość manewrowania, nie spodziewała się bowiem, aby ot tak zgodził się na szczeniaka, zwłaszcza zważając na jego wyszukane klepki podłogowe z hebanu, za które już raz musiała mu płacić... cóż, jakoś będzie musiał sobie z tym poradzić, zapewne nie omieszka jej wysłać rachunków za ewentualne szkody, nie, żeby się jakoś tym zbytnio przejmowała. Najważniejszy było bowiem szczęście w oczach ich chrześniaka, wiedziała, że psi towarzysz był naprawdę wspaniałą opcją dla dzieciaka, bo sama niemalże od zawsze takiego posiadała.
- Wiesz, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych, prawda? - Zdawała sobie sprawę z tego, że faktycznie ta część planu mogła być nieco bardziej skomplikowana, chociaż miała już na to pomysł. Zamierzała postawić Benjy'ego przed faktem dokonanym, podrzucić mu psa, oczywiście owiniętego w przepiękną, różową kokardę i zniknąć, nie sądziła, żeby był na zwierzę zupełnie obojętny, bo przecież widziała jego podejście do Znajdy. Jego tłumaczenie co do tego, że nie może pozwolić sobie na psa nie do końca do niej przemawiało i zamierzała to zmienić, zresztą na pewno nie domyśli się kto go uraczył zwierzakiem, ta, jasne, na pewno, ale to miał być ich problem w przyszłości, mieli do tego jeszcze jakieś dwa, lub trzy tygodnie, aktualnie nie musieli się tym jakoś za bardzo przejmować.