25.09.2025, 16:06 ✶
Wypożyczenie pomocy pod postacią skrzata domowego mogłoby wydać mu się naprawdę dobrym pomysłem, gdyby tylko coś podobnego faktycznie przeleciało przez jego głowę. To było całkiem naturalne, bardzo logiczne rozwiązanie, na które jednak nie wpadł, prawdę mówiąc, nawet nie myśląc o tym, co będzie, gdy wyprowadzą się z Exmoor i nikt już nie będzie dbać o regularne przygotowanie posiłków. Na szczęście, Geraldine była pod tym względem dużo bardziej zachowawcza i ogarnięta, przewidując rozwiązanie. Miał na nie przytaknąć. Bez wątpienia.
Nawet jeśli teoretycznie lubił gotować (głównie wtedy, gdy miał, dla kogo to robić), ograniczona ilość czasu wolnego zdecydowanie temu nie sprzyjała. Oczywiście, obiecał zająć się swoim grafikiem, przestając tyle pracować i w zamian będąc kimś, kto rzeczywiście oddziela wykonywany zawód od przestrzeni domowej. Był typem pracoholika, miał tego pełną świadomość (nawet, jeśli nie była ona wygodna) i próbował wziąć sobie do serca ich dosyć trudną rozmowę prowadzoną wtedy w Mungu.
Czy mu to wychodziło? No, średnio, biorąc pod uwagę to, że zaledwie następnego dnia podjął się wielogodzinnego dyżuru, zdecydowanie przekraczając dobę w pracy, ale sytuacja tego wymagała, czyż nie? Nie zmieniało to jednak faktu, że chociaż lubił przygotowywać posiłki, nie zamierzał wchodzić w rolę domowego kucharza. Poniekąd przyjął ją w przeszłości, bo Geraldine nie przepadała za gotowaniem. Teraz jednak nie pozwalały mu na to nowe zobowiązania, jakie nabrał bez głębszego zastanowienia w przypływie potrzeby, aby zapełnić sobie dni i nie myśleć za bardzo o braku prywatnego życia.
Tak, zmieniał to. Tak, próbował uporządkować sytuację, w jakiej się znalazł. W jakiej oni się znaleźli, bo przecież nie był w tej chwili sam. Brał to pod uwagę.
Ale przecież jeszcze przez co najmniej kilka tygodni mieli mieć całkiem dużo dodatkowych zajęć. Od organizacji ślubu i wesela, przy której i tak na szczęście nie musieli aż tak bardzo się angażować, poprzez poszukiwania nowego lokum, aż do potencjalnych remontów i przebudowy, gdy już uda im się coś znaleźć. Szczerze bowiem wątpił w to, aby przy ograniczonym rynku nieruchomości i w obecnej sytuacji mieszkaniowej po niedawnych pożarach mieli od ręki znaleźć coś, co spełni ich wszystkie wymagania.
Ich potrzeby niby nie były zbyt wygórowane, tak właściwie nie musieli bardzo mocno ograniczać się przy wyborze, mając też całkiem spory budżet. Jednakże wciąż brał pod uwagę to, że przystosowanie nowego domu do ich potrzeb miało pożreć im wiele czasu i energii. Później natomiast mieli zostać rodzicami i...
...cholera, potrzebowali skrzata. Być może na stałe, co teoretycznie też nie było aż tak nietypowe dla ludzi w ich kręgach, ale Ambroise nigdy nie zastanawiał się zbytnio nad takimi detalami. Nie był zupełnie oderwany od rzeczywistości. Potrafił płacić rachunki, ogarniać sprawy urzędowe, zajmować się zajęciami związanymi z nieruchomością w Dolinie Godryka czy w Whitby, ale niektóre tematy pozostawały dla niego zupełną abstrakcją.
Było to z pewnością dosyć zabawne dla kogoś, kto znał się na tym temacie, ale to, skąd biorą się skrzaty domowe i jak się je zatrudnia było dla niego właśnie tym typem wiedzy, w której wychodził na całkowitego ignoranta. Kiedy mama skrzat i tata skrzat bardzo się kochają brzmiało jak początek żartu, ale tak. Nigdy nie wnikał w to, w jaki sposób zdobywa się skrzaty. Te w jego rodzie już tam były i żyły na tyle długo, że nie zauważył żadnej zmiany. Nie wnikał także w to, w jakim wieku była Flora, Triss czy gro innych skrzatek i skrzatów, z którymi miał kontakt. Nie był na żadnym skrzacim pogrzebie ani nigdy nie widział skrzacich dzieci.
W tej konkretnej sytuacji, w tych bardzo określonych okolicznościach, z wszelką inną wiedzą o świecie, jaką posiadał i pełniąc funkcję uzdrowiciela, był to bardzo ironiczny poziom niewiedzy i ignoranctwa. Szczególnie, gdy sami spodziewali się ludzkiego dziecka, które już zaczęło dawać o sobie znać. W oczach Ambroisa, ten fakt był jednak wciąż znany tylko im dwojgu, nigdy nie przewidziałby, że ich towarzyszka już zdawała sobie z tego sprawę.
- Noc była bardzo spokojna - potwierdził słowa Riny, kiwając głową. - Na wsi śpi się znacznie lepiej niż w Londynie - niby to była oczywista oczywistość, ale te słowa jakoś mu teraz pasowały.
Tym bardziej, że on również dosyć długo cierpiał na bezsenność, która w tym momencie ponownie zaczęła przygasać. Być może praca zmianowa nadal mu nie służyła, jednakże gdy wracał do wspólnego ciepłego łóżka, zdecydowanie łatwiej zasypiał. Cisza panująca na zewnątrz z pewnością miała z tym coś wspólnego, lecz nie tak wiele, jak mogłoby wydawać się po jego wypowiedzi. Ale o pewnych aspektach nie musiał mówić wszem i wobec, prawda? Najważniejsze było, że miał dobrą noc i czuł się wyjątkowo wyspany.
- A twoja? - Dopowiedział, siadając na krześle, ale nie sięgając po nic do jedzenia, chwilowo patrzył na towarzyszki, uśmiechając się lekko do narzeczonej, gdy wspomniała o wizycie w Walii oraz włączeniu jej matki w ślubne sprawy.
Część rzeczy mieli już za sobą. Odbycie tej podróży było konieczne i przebiegło wyjątkowo łatwo. Nie, aby spodziewał się, że może być inaczej. To były raczej te mniej szokujące wieści, ich zaręczyny niegdyś wydawały się być przecież wyłącznie kwestią czasu. Teraz może sytuacja była bardziej skomplikowana, niosła znamiona chaotyczności, ale wszyscy dookoła przyjęli to raczej lekko i pozytywnie. Pozostawała jednak jeszcze ta druga sprawa...
Teoretycznie nie zwykł unikać konieczności poniesienia konsekwencji własnych decyzji. Nie ślizgał się niczym wąż, biorąc na klatę zarówno własne zwycięstwa, jak i mniej chlubne momenty. Równocześnie nie przywykł do tego, aby jakoś wyjątkowo mocno wstydzić się swoich zachowań, nie usprawiedliwiając nadmiernie ani siebie, ani tego, co go do tego wszystkiego doprowadziło. Raczej był w stanie mierzyć się z efektami, jakie sam wywołał. Czy miały one odzwierciedlenie w ludziach, czy w materii nieożywionej. To nie było aż tak istotne. Najważniejsze, że nie zamierzał chować głowy w piasek.
Tyle tylko, że nawet on miewał swoje momenty, gdy zdecydowanie wolałby nie musieć czegoś robić. Tak naprawdę mało kto był w stanie przywołać go do porządku, wywołać u niego zdenerwowanie lub skruchę, zmieszać go i tak dalej, i tak dalej. Być może był to jego charakter. Możliwe, że było to wychowanie, jakie przyjął. Najważniejsze, że Roise nie tak łatwo dawał zbić się z tropu i zazwyczaj raczej brnął w przyjętą narrację.
Zazwyczaj. Mało kto. No właśnie...
Odwzajemnił spojrzenie posłane mu przez Rinę, jednocześnie wychylając się ponad stołem, aby sięgnąć po dzbanek z kawą. Wyłącznie przelotny błysk w jego zielonych oczach oraz bardzo lekkie zaciśnięcie ust mogło dać jej do zrozumienia, że nie, nie był specjalnie przekonany, co do tego, czy powinni zacząć śniadanie od podzielenia się najgorętszymi informacjami.
Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że ciotka zawsze ceniła sobie szczerość z ich strony. Nie raz przecież słyszał od niej, że często najgorsza prawda podana w najmniej okrężny sposób jest lepsza od powolnego rozpakowywania smoczego łajna ze złotego papierka. Byli blisko, nawet jeśli nie zachowywali się wobec siebie przesadnie ciepło. Ufali sobie. Stali po jednej stronie, a to poniekąd wcale nie było nic takiego.
Nie zrobili z Geraldine nic złego, nie doprowadzili do żadnej tragedii. Byli dorośli, odpowiedzialni, zaręczyli się jeszcze przed bycia świadomym faktu, nawet jeśli w tamtym momencie był on już dokonany. I tak, zdecydowanie zdawali sobie sprawę tego, w jaki sposób miało to wyglądać w oczach innych.
Ale Ursuli? To była jedna z tych osób, których reakcja zdecydowanie miała mieć na niego wpływ. Nie chciał, żeby była zawiedziona ich postawą, w tym wypadku czuł się trochę zmieszany, już nie tak bardzo skory jak najszybciej zerwać plaster. Czy powinni jednak pozwolić na to, aby atmosfera podczas śniadania zgęstniała od niewypowiedzianych słów? Przecież już z pewnością było coś widać. Lestrange trochę zbyt intensywnie się w nich wpatrywała...
...nabrał więc powietrza w płuca, rozlewając jeszcze kawę do dwóch filiżanek i przenosząc wzrok na Geraldine. Tym razem nie było wątpliwości. Powinni po prostu otworzyć usta i oznajmić zmianę w planach. Spojrzeniem pytał ją tylko, czy on powinien to zrobić, czy jednak wolała czynić sama czynić honory.
Nawet jeśli teoretycznie lubił gotować (głównie wtedy, gdy miał, dla kogo to robić), ograniczona ilość czasu wolnego zdecydowanie temu nie sprzyjała. Oczywiście, obiecał zająć się swoim grafikiem, przestając tyle pracować i w zamian będąc kimś, kto rzeczywiście oddziela wykonywany zawód od przestrzeni domowej. Był typem pracoholika, miał tego pełną świadomość (nawet, jeśli nie była ona wygodna) i próbował wziąć sobie do serca ich dosyć trudną rozmowę prowadzoną wtedy w Mungu.
Czy mu to wychodziło? No, średnio, biorąc pod uwagę to, że zaledwie następnego dnia podjął się wielogodzinnego dyżuru, zdecydowanie przekraczając dobę w pracy, ale sytuacja tego wymagała, czyż nie? Nie zmieniało to jednak faktu, że chociaż lubił przygotowywać posiłki, nie zamierzał wchodzić w rolę domowego kucharza. Poniekąd przyjął ją w przeszłości, bo Geraldine nie przepadała za gotowaniem. Teraz jednak nie pozwalały mu na to nowe zobowiązania, jakie nabrał bez głębszego zastanowienia w przypływie potrzeby, aby zapełnić sobie dni i nie myśleć za bardzo o braku prywatnego życia.
Tak, zmieniał to. Tak, próbował uporządkować sytuację, w jakiej się znalazł. W jakiej oni się znaleźli, bo przecież nie był w tej chwili sam. Brał to pod uwagę.
Ale przecież jeszcze przez co najmniej kilka tygodni mieli mieć całkiem dużo dodatkowych zajęć. Od organizacji ślubu i wesela, przy której i tak na szczęście nie musieli aż tak bardzo się angażować, poprzez poszukiwania nowego lokum, aż do potencjalnych remontów i przebudowy, gdy już uda im się coś znaleźć. Szczerze bowiem wątpił w to, aby przy ograniczonym rynku nieruchomości i w obecnej sytuacji mieszkaniowej po niedawnych pożarach mieli od ręki znaleźć coś, co spełni ich wszystkie wymagania.
Ich potrzeby niby nie były zbyt wygórowane, tak właściwie nie musieli bardzo mocno ograniczać się przy wyborze, mając też całkiem spory budżet. Jednakże wciąż brał pod uwagę to, że przystosowanie nowego domu do ich potrzeb miało pożreć im wiele czasu i energii. Później natomiast mieli zostać rodzicami i...
...cholera, potrzebowali skrzata. Być może na stałe, co teoretycznie też nie było aż tak nietypowe dla ludzi w ich kręgach, ale Ambroise nigdy nie zastanawiał się zbytnio nad takimi detalami. Nie był zupełnie oderwany od rzeczywistości. Potrafił płacić rachunki, ogarniać sprawy urzędowe, zajmować się zajęciami związanymi z nieruchomością w Dolinie Godryka czy w Whitby, ale niektóre tematy pozostawały dla niego zupełną abstrakcją.
Było to z pewnością dosyć zabawne dla kogoś, kto znał się na tym temacie, ale to, skąd biorą się skrzaty domowe i jak się je zatrudnia było dla niego właśnie tym typem wiedzy, w której wychodził na całkowitego ignoranta. Kiedy mama skrzat i tata skrzat bardzo się kochają brzmiało jak początek żartu, ale tak. Nigdy nie wnikał w to, w jaki sposób zdobywa się skrzaty. Te w jego rodzie już tam były i żyły na tyle długo, że nie zauważył żadnej zmiany. Nie wnikał także w to, w jakim wieku była Flora, Triss czy gro innych skrzatek i skrzatów, z którymi miał kontakt. Nie był na żadnym skrzacim pogrzebie ani nigdy nie widział skrzacich dzieci.
W tej konkretnej sytuacji, w tych bardzo określonych okolicznościach, z wszelką inną wiedzą o świecie, jaką posiadał i pełniąc funkcję uzdrowiciela, był to bardzo ironiczny poziom niewiedzy i ignoranctwa. Szczególnie, gdy sami spodziewali się ludzkiego dziecka, które już zaczęło dawać o sobie znać. W oczach Ambroisa, ten fakt był jednak wciąż znany tylko im dwojgu, nigdy nie przewidziałby, że ich towarzyszka już zdawała sobie z tego sprawę.
- Noc była bardzo spokojna - potwierdził słowa Riny, kiwając głową. - Na wsi śpi się znacznie lepiej niż w Londynie - niby to była oczywista oczywistość, ale te słowa jakoś mu teraz pasowały.
Tym bardziej, że on również dosyć długo cierpiał na bezsenność, która w tym momencie ponownie zaczęła przygasać. Być może praca zmianowa nadal mu nie służyła, jednakże gdy wracał do wspólnego ciepłego łóżka, zdecydowanie łatwiej zasypiał. Cisza panująca na zewnątrz z pewnością miała z tym coś wspólnego, lecz nie tak wiele, jak mogłoby wydawać się po jego wypowiedzi. Ale o pewnych aspektach nie musiał mówić wszem i wobec, prawda? Najważniejsze było, że miał dobrą noc i czuł się wyjątkowo wyspany.
- A twoja? - Dopowiedział, siadając na krześle, ale nie sięgając po nic do jedzenia, chwilowo patrzył na towarzyszki, uśmiechając się lekko do narzeczonej, gdy wspomniała o wizycie w Walii oraz włączeniu jej matki w ślubne sprawy.
Część rzeczy mieli już za sobą. Odbycie tej podróży było konieczne i przebiegło wyjątkowo łatwo. Nie, aby spodziewał się, że może być inaczej. To były raczej te mniej szokujące wieści, ich zaręczyny niegdyś wydawały się być przecież wyłącznie kwestią czasu. Teraz może sytuacja była bardziej skomplikowana, niosła znamiona chaotyczności, ale wszyscy dookoła przyjęli to raczej lekko i pozytywnie. Pozostawała jednak jeszcze ta druga sprawa...
Teoretycznie nie zwykł unikać konieczności poniesienia konsekwencji własnych decyzji. Nie ślizgał się niczym wąż, biorąc na klatę zarówno własne zwycięstwa, jak i mniej chlubne momenty. Równocześnie nie przywykł do tego, aby jakoś wyjątkowo mocno wstydzić się swoich zachowań, nie usprawiedliwiając nadmiernie ani siebie, ani tego, co go do tego wszystkiego doprowadziło. Raczej był w stanie mierzyć się z efektami, jakie sam wywołał. Czy miały one odzwierciedlenie w ludziach, czy w materii nieożywionej. To nie było aż tak istotne. Najważniejsze, że nie zamierzał chować głowy w piasek.
Tyle tylko, że nawet on miewał swoje momenty, gdy zdecydowanie wolałby nie musieć czegoś robić. Tak naprawdę mało kto był w stanie przywołać go do porządku, wywołać u niego zdenerwowanie lub skruchę, zmieszać go i tak dalej, i tak dalej. Być może był to jego charakter. Możliwe, że było to wychowanie, jakie przyjął. Najważniejsze, że Roise nie tak łatwo dawał zbić się z tropu i zazwyczaj raczej brnął w przyjętą narrację.
Zazwyczaj. Mało kto. No właśnie...
Odwzajemnił spojrzenie posłane mu przez Rinę, jednocześnie wychylając się ponad stołem, aby sięgnąć po dzbanek z kawą. Wyłącznie przelotny błysk w jego zielonych oczach oraz bardzo lekkie zaciśnięcie ust mogło dać jej do zrozumienia, że nie, nie był specjalnie przekonany, co do tego, czy powinni zacząć śniadanie od podzielenia się najgorętszymi informacjami.
Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że ciotka zawsze ceniła sobie szczerość z ich strony. Nie raz przecież słyszał od niej, że często najgorsza prawda podana w najmniej okrężny sposób jest lepsza od powolnego rozpakowywania smoczego łajna ze złotego papierka. Byli blisko, nawet jeśli nie zachowywali się wobec siebie przesadnie ciepło. Ufali sobie. Stali po jednej stronie, a to poniekąd wcale nie było nic takiego.
Nie zrobili z Geraldine nic złego, nie doprowadzili do żadnej tragedii. Byli dorośli, odpowiedzialni, zaręczyli się jeszcze przed bycia świadomym faktu, nawet jeśli w tamtym momencie był on już dokonany. I tak, zdecydowanie zdawali sobie sprawę tego, w jaki sposób miało to wyglądać w oczach innych.
Ale Ursuli? To była jedna z tych osób, których reakcja zdecydowanie miała mieć na niego wpływ. Nie chciał, żeby była zawiedziona ich postawą, w tym wypadku czuł się trochę zmieszany, już nie tak bardzo skory jak najszybciej zerwać plaster. Czy powinni jednak pozwolić na to, aby atmosfera podczas śniadania zgęstniała od niewypowiedzianych słów? Przecież już z pewnością było coś widać. Lestrange trochę zbyt intensywnie się w nich wpatrywała...
...nabrał więc powietrza w płuca, rozlewając jeszcze kawę do dwóch filiżanek i przenosząc wzrok na Geraldine. Tym razem nie było wątpliwości. Powinni po prostu otworzyć usta i oznajmić zmianę w planach. Spojrzeniem pytał ją tylko, czy on powinien to zrobić, czy jednak wolała czynić sama czynić honory.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down