25.09.2025, 12:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.09.2025, 12:48 przez Jonathan Selwyn.)
Jonathan nałożył na siebie Bardzo Zszokowaną Maskę, lecz nie taką do występowania w dramatach, a do rozśmieszania swojego widza podczas komedii.
– Mówisz o cyklu 28 dni, a ja mam wrażenie, jakby już od wczoraj przebudziło się w tobie coś… Nie do ujarzmienia. Sucre d’orge, naprawdę Anthony, jak daleko posunie się jeszcze ta bestia w tobie? – Mówił cicho, tonem sugerującym lekkie oburzenie, ale jego oczy zdecydowanie za bardzo przy tym błyszczały, zdradzając prawdziwą radość czerpaną z tych docinek. Potem jednak dodał jeszcze ciszej. – Myślałem, że ostatnio przydarzyła nam się sytuacja, która dość dobitnie dała ci znać o jakie gryzienie mogło mi chodzić, ale najwyraźniej niektóre podróże trzeba odbyć więcej niż jeden raz, aby podróżnik doznał oświecenia.
A w naturze tych podróży leżało też to, że chociaż czasem wymagały zmiany szlaku, to raczej nigdy się nie nudziły.
– Tak, małżeństwo – Przytaknął i dopiero wtedy dotarło do niego, że Anthony mógł nie podejść tak lekko do tych słów jak on sam. – Ja… Hm… Nie zadałem konkretnego pytania. Powiedziałem mu wtedy o Gabrielu, a on spytał się czy powinien poszukać nasłuchał na jego temat i wtedy zajrzał do filiżanki i… No – powiedział, mocno gestykulując na te ostatnie słowo. – Tak szczerze to zastanawiałem się czy nie chodziło o to, że oboje ubraliśmy się jak panny młode na Muzie. Albo o to, że plotki na temat mojego nieistniejącego ślubu z Lottie tak naprawdę doprowadziły do naszego pogodzenia się.
Zapewne myślałby o tej wróżbie więcej, gdyby nie to że we wrześniu nastąpił wysyp innych problemów, ale… To nie tak, że nigdy nie zawracała mi głowy, zwłaszcza gdy już ostatecznie ustalili z Gabrielem, że zostaną przyjaciółmi. Sprawa została zamknięta, a więc gdzie tu miejsce dla małżeństwa. Chyba, że chodziło o relacje, która nastąpi po nim. Miłość była, ale trudno było mówić o małżeństwie.
– Mówisz o cyklu 28 dni, a ja mam wrażenie, jakby już od wczoraj przebudziło się w tobie coś… Nie do ujarzmienia. Sucre d’orge, naprawdę Anthony, jak daleko posunie się jeszcze ta bestia w tobie? – Mówił cicho, tonem sugerującym lekkie oburzenie, ale jego oczy zdecydowanie za bardzo przy tym błyszczały, zdradzając prawdziwą radość czerpaną z tych docinek. Potem jednak dodał jeszcze ciszej. – Myślałem, że ostatnio przydarzyła nam się sytuacja, która dość dobitnie dała ci znać o jakie gryzienie mogło mi chodzić, ale najwyraźniej niektóre podróże trzeba odbyć więcej niż jeden raz, aby podróżnik doznał oświecenia.
A w naturze tych podróży leżało też to, że chociaż czasem wymagały zmiany szlaku, to raczej nigdy się nie nudziły.
– Tak, małżeństwo – Przytaknął i dopiero wtedy dotarło do niego, że Anthony mógł nie podejść tak lekko do tych słów jak on sam. – Ja… Hm… Nie zadałem konkretnego pytania. Powiedziałem mu wtedy o Gabrielu, a on spytał się czy powinien poszukać nasłuchał na jego temat i wtedy zajrzał do filiżanki i… No – powiedział, mocno gestykulując na te ostatnie słowo. – Tak szczerze to zastanawiałem się czy nie chodziło o to, że oboje ubraliśmy się jak panny młode na Muzie. Albo o to, że plotki na temat mojego nieistniejącego ślubu z Lottie tak naprawdę doprowadziły do naszego pogodzenia się.
Zapewne myślałby o tej wróżbie więcej, gdyby nie to że we wrześniu nastąpił wysyp innych problemów, ale… To nie tak, że nigdy nie zawracała mi głowy, zwłaszcza gdy już ostatecznie ustalili z Gabrielem, że zostaną przyjaciółmi. Sprawa została zamknięta, a więc gdzie tu miejsce dla małżeństwa. Chyba, że chodziło o relacje, która nastąpi po nim. Miłość była, ale trudno było mówić o małżeństwie.