24.09.2025, 02:14 ✶
Poniekąd zdarzało mu się rozmawiać zarówno z jego nieoczekiwaną towarzyszką w postaci niemal karykaturalnie pastelowo różowej kotki, jak i mówić do roślin (przynależność do konkretnego rodu, czyż nie? wychowanie zdecydowanie robiło swoje), jednakże fakt, że Geraldine mówiła do psa, nie do siebie nie był pierwszym, jaki przyszedł Greengrassowi na myśl. O nie. Z jakiegoś przedziwnego powodu łatwiej było mu dojść do wniosku, że dziewczyna trenuje przemowę, zamierzając poinformować go o powiększeniu rodziny, aniżeli do tego, że wraz z ich najnowszym pupilem odwiedziła weterynarza i dyskutuje z suczką o psiej przyszłości. Po prostu usłyszał te słowa i dosyć instynktownie dopisał sobie do nich całą resztę.
Bowiem nic już nie miało go zdziwić, prawda? W ostatnich dniach wydarzyło się tyle, ile nie działo się w ich życiu przez wiele lat. Zmiany przychodziły niemal lawinowo i w dużej mierze praktycznie samoistnie. Nie to, żeby chciał tak teraz na to patrzeć, ale gdyby niebo postanowiło spaść mu na głowę, nie zabijając go przy tym na miejscu, pewnie rzeczywiście znalazłby sposób, aby przejść do porządku dziennego z tym, że czasem właśnie tak się dzieje. Jak na niego i jego wcześniejsze doświadczenia, a także na to wszystko, czego wydawało mu się, że chce od życia...
...ostatnio nie tyle stracił kontrolę nad swoim losem, co po prostu próbował uczyć się radzić sobie z tym, co najwyraźniej było mu w jakiś sposób pisane. Nie to, by nagle zaczął w szerszym zakresie wierzyć w przeznaczenie, od którego nie dało się uciec. Co to, to nie. Nadal zdecydowanie wolałby świadomie podejmować wszystkie przełomowe decyzje, ale wściekanie się o długofalowe konsekwencje własnych posunięć nie przyniosło mu jak dotąd nic dobrego. Miotał się tylko, podejmował najgłupsze z wyborów. Co gorsza, miał tego świadomość, za to już po fakcie. Tak, żeby nie było zbyt kolorowo.
Więc próbował.
Próbował nie być czarnowidzem wolałby realistę tą wersją siebie, która w pierwszej kolejności pchnęła go w półtoraroczne bagno. Mieli sobie poradzić, tak? I zrobić to razem, czyż nie? Nie musiał kombinować, szukając rozwiązań na siłę i opierdalając się za to, że częściowo utracił kontrolę nad najbliższą przyszłością. To nie tak, że nie brali pod uwagę posiadania dzieci. Wręcz przeciwnie. Stało się to wcześniej niż myśleli, jednakże jednocześnie wcale nie aż tak szokująco wcześnie.
A jednak wciąż. Dwa, trzy tygodnie? Nie, to zupełnie mu nie pasowało. Było za wcześnie. Przegapili pewien czas, zorientowali się dosyć późno, ale nie tak późno.
- Mam wrażenie, że wiesz jeszcze coś, o czym ja nie wiem - to był bardziej podejrzliwy pomruk niż głośne, otwarte stwierdzenie.
Nie trudno było zresztą o bycie bardziej poinformowanym niż on. Bez wątpienia nie w tym momencie. A w sprawach związanych z dziećmi? W ogóle nie mógłby spierać się o to, które z nich miało tę przewagę. Mógł być uzdrowicielem, ale dopóki nie powiedziała mu o tym, że spodziewali się potomstwa, pozostawał praktycznie całkowicie ślepy w tej kwestii. Z perspektywy czasu to było aż ironiczne. No, bo niby nie był ekspertem w tym zakresie, ale wciąż...
...na tym etapie mógł coś widzieć, nie będąc ślepcem.
Może byłoby łatwiej, gdyby rzeczywiście władał darem prekognicji. Być może to nagle diametralnie zmieniłoby wszystkie jego przekonania, nie tylko te dotyczące Trzeciego Oka. W kontraście do swojego bieżącego podejścia, nagle zacząłby to nazywać Darem. Wielkim Błogosławieństwem, prezentem od Bogini i tak dalej, i tak dalej. Możliwe, że rzeczywiście by tak było. Choć czy miał pewność? No, niekoniecznie.
Wiedział tylko, że spora część znanych mu prekognitów publicznie pławiła się w swoim własnym splendorze. Druga część zaś traktowała to znacznie bardziej prywatnie. Prawdę mówiąc, jednocześnie nie do końca znał się na działaniu mocy jasnowidzów. Ba, zgodnie z tym, o czym zdarzyło mu się nawet rozmawiać z jedną bądź z dwoma osobami, zupełnie nie wiedział, skąd brali znaczną część swoich przepowiedni.
A pewnie z dupy, bo duża część tych wysrywów wcale się nie spełnia niestety nie należało do powszechnie respektowanych odpowiedzi. No i nie przystoiło komuś, kto nie zwykł operować takim językiem.
Nie zwykł, ale w pewnej chwili jak najbardziej mógłby to ponownie zrobić. Bywały chwile, gdy jak najbardziej miał predyspozycje ku zamianie w człowieka o niezbyt wyszukanym zakresie słownictwa. Szczególnie wtedy, gdy zaczynał uświadamiać sobie faktyczną sytuację i to, jak bardzo dał się wmanewrować.
Nosz jak...
...jak szczeniak.
Stopniowo wszystkie informacje zaczynały mieć sens. Dwa, trzy tygodnie. Obecność Znajdy. Spokój Geraldine. Na tę ostatnią łypnął podejrzliwie zanim nie stwierdził, że nikt, nawet ta jej nagle wyjątkowo optymistyczna wersja, nie mógłby dwa razy wkręcić go z takim przekonaniem. Rzeczywiście chodziło o dzieci. Psie. Te, na których nie znał się jeszcze bardziej niż na ludzkich, choć wiedział jedno...
- Zdecydowanie powinnaś uaktualnić informacje - prychnął, tym razem już w wyniku rozbawienia, stopniowo układając wcześniejsze chaotyczne myśli. - Ludzkie szczeniaki jak najbardziej istnieją. Spytaj jakąkolwiek sąsiadkę z Doliny - stwierdził z niemalże nazbyt dużym przekonaniem, bowiem w tym wypadku naprawdę nie trzeba było długo szukać kogoś, kto potwierdziłby jego słowa.
Starsze panie mieszkające w okolicy jego domu rodzinnego do tej pory czasem lubiły wypominać mu, jakim był niegdyś utrapieniem. Prawdopodobnie wystarczyłoby, żeby Geraldine rzuciła kamieniem, szczególnie z pewnością mając bardzo dobry rzut, aby mogła trafić nim w kogoś, kto kiedyś nazwał Greengrassa albo jego towarzystwo bandą szczeniaków. Nie byli najspokojniejsi, ale też nigdy nie usiłowali twierdzić, że w młodości należeli do najbardziej ułożonych z dzieci. Wręcz przeciwnie. Byli straszni, po prostu tragiczni i zdecydowanie zbyt pewni siebie. Nie to, by to ostatnie jakoś specjalnie mocno zmieniło się na przestrzeni lat, szczególnie u co poniektórych z nich...
...no, u większości z nich. Ale przynajmniej nie byli już ekspansywni i tak chaotyczni jak stado szarańczy. Teraz ograniczali się raczej do działania na mniejszą skalę. Lecz nie o to chodziło w tym momencie, nie z tego powodu prowadzili rozmowę i niekoniecznie potrzebowali ustanawiać definicje szczeniactwa. Chcieli tego czy nie, był niemal pewien, że ktoś miał to zrobić za nich. Mniej więcej wtedy, gdy ich młode zacznie biegać bez nadzoru ze strony dorosłych. Czyli raczej stosunkowo wcześnie, przynajmniej takie miał wrażenie, znając zarówno własne podejście i wychowanie, jak i zwyczaje Yaxleyów.
- Nie musisz mnie zachęcać - tym razem z błyskiem w oku uniósł oba kąciki ust, odbijając spojrzenie Yaxleyówny. - Wyglądasz i będziesz wyglądać cholernie dobrze - tak, mówił to dokładnie z tym samym przekonaniem, jakie nakazywało mu uznać przewidywania Riny za pewne, nie tylko prawdopodobne.
No cóż. Dobrali się, czyż nie? Nie sposób było zaprzeczyć, ich dzieci nie miały być najdrobniejsze, ale to przecież nie było nic takiego. Przynajmniej to jedno było jasne. To była oczywista z oczywistości. I pozytyw, tak? Taki, o którym mówili? Znaleźli jeszcze jeden?
- I domu - rzucił moment później. - Domu też musimy szukać - chwilowo jednak całkiem świadomie nie precyzował, czy im, czy rodzinie Znajdy.
Prawdopodobnie wszyscy tak samo wchodzili w grę i we wszystkich przypadkach miało to być pewnym wyzwaniem.
Ale co to dla nich, nie?
Bowiem nic już nie miało go zdziwić, prawda? W ostatnich dniach wydarzyło się tyle, ile nie działo się w ich życiu przez wiele lat. Zmiany przychodziły niemal lawinowo i w dużej mierze praktycznie samoistnie. Nie to, żeby chciał tak teraz na to patrzeć, ale gdyby niebo postanowiło spaść mu na głowę, nie zabijając go przy tym na miejscu, pewnie rzeczywiście znalazłby sposób, aby przejść do porządku dziennego z tym, że czasem właśnie tak się dzieje. Jak na niego i jego wcześniejsze doświadczenia, a także na to wszystko, czego wydawało mu się, że chce od życia...
...ostatnio nie tyle stracił kontrolę nad swoim losem, co po prostu próbował uczyć się radzić sobie z tym, co najwyraźniej było mu w jakiś sposób pisane. Nie to, by nagle zaczął w szerszym zakresie wierzyć w przeznaczenie, od którego nie dało się uciec. Co to, to nie. Nadal zdecydowanie wolałby świadomie podejmować wszystkie przełomowe decyzje, ale wściekanie się o długofalowe konsekwencje własnych posunięć nie przyniosło mu jak dotąd nic dobrego. Miotał się tylko, podejmował najgłupsze z wyborów. Co gorsza, miał tego świadomość, za to już po fakcie. Tak, żeby nie było zbyt kolorowo.
Więc próbował.
Próbował nie być czarnowidzem wolałby realistę tą wersją siebie, która w pierwszej kolejności pchnęła go w półtoraroczne bagno. Mieli sobie poradzić, tak? I zrobić to razem, czyż nie? Nie musiał kombinować, szukając rozwiązań na siłę i opierdalając się za to, że częściowo utracił kontrolę nad najbliższą przyszłością. To nie tak, że nie brali pod uwagę posiadania dzieci. Wręcz przeciwnie. Stało się to wcześniej niż myśleli, jednakże jednocześnie wcale nie aż tak szokująco wcześnie.
A jednak wciąż. Dwa, trzy tygodnie? Nie, to zupełnie mu nie pasowało. Było za wcześnie. Przegapili pewien czas, zorientowali się dosyć późno, ale nie tak późno.
- Mam wrażenie, że wiesz jeszcze coś, o czym ja nie wiem - to był bardziej podejrzliwy pomruk niż głośne, otwarte stwierdzenie.
Nie trudno było zresztą o bycie bardziej poinformowanym niż on. Bez wątpienia nie w tym momencie. A w sprawach związanych z dziećmi? W ogóle nie mógłby spierać się o to, które z nich miało tę przewagę. Mógł być uzdrowicielem, ale dopóki nie powiedziała mu o tym, że spodziewali się potomstwa, pozostawał praktycznie całkowicie ślepy w tej kwestii. Z perspektywy czasu to było aż ironiczne. No, bo niby nie był ekspertem w tym zakresie, ale wciąż...
...na tym etapie mógł coś widzieć, nie będąc ślepcem.
Może byłoby łatwiej, gdyby rzeczywiście władał darem prekognicji. Być może to nagle diametralnie zmieniłoby wszystkie jego przekonania, nie tylko te dotyczące Trzeciego Oka. W kontraście do swojego bieżącego podejścia, nagle zacząłby to nazywać Darem. Wielkim Błogosławieństwem, prezentem od Bogini i tak dalej, i tak dalej. Możliwe, że rzeczywiście by tak było. Choć czy miał pewność? No, niekoniecznie.
Wiedział tylko, że spora część znanych mu prekognitów publicznie pławiła się w swoim własnym splendorze. Druga część zaś traktowała to znacznie bardziej prywatnie. Prawdę mówiąc, jednocześnie nie do końca znał się na działaniu mocy jasnowidzów. Ba, zgodnie z tym, o czym zdarzyło mu się nawet rozmawiać z jedną bądź z dwoma osobami, zupełnie nie wiedział, skąd brali znaczną część swoich przepowiedni.
A pewnie z dupy, bo duża część tych wysrywów wcale się nie spełnia niestety nie należało do powszechnie respektowanych odpowiedzi. No i nie przystoiło komuś, kto nie zwykł operować takim językiem.
Nie zwykł, ale w pewnej chwili jak najbardziej mógłby to ponownie zrobić. Bywały chwile, gdy jak najbardziej miał predyspozycje ku zamianie w człowieka o niezbyt wyszukanym zakresie słownictwa. Szczególnie wtedy, gdy zaczynał uświadamiać sobie faktyczną sytuację i to, jak bardzo dał się wmanewrować.
Nosz jak...
...jak szczeniak.
Stopniowo wszystkie informacje zaczynały mieć sens. Dwa, trzy tygodnie. Obecność Znajdy. Spokój Geraldine. Na tę ostatnią łypnął podejrzliwie zanim nie stwierdził, że nikt, nawet ta jej nagle wyjątkowo optymistyczna wersja, nie mógłby dwa razy wkręcić go z takim przekonaniem. Rzeczywiście chodziło o dzieci. Psie. Te, na których nie znał się jeszcze bardziej niż na ludzkich, choć wiedział jedno...
- Zdecydowanie powinnaś uaktualnić informacje - prychnął, tym razem już w wyniku rozbawienia, stopniowo układając wcześniejsze chaotyczne myśli. - Ludzkie szczeniaki jak najbardziej istnieją. Spytaj jakąkolwiek sąsiadkę z Doliny - stwierdził z niemalże nazbyt dużym przekonaniem, bowiem w tym wypadku naprawdę nie trzeba było długo szukać kogoś, kto potwierdziłby jego słowa.
Starsze panie mieszkające w okolicy jego domu rodzinnego do tej pory czasem lubiły wypominać mu, jakim był niegdyś utrapieniem. Prawdopodobnie wystarczyłoby, żeby Geraldine rzuciła kamieniem, szczególnie z pewnością mając bardzo dobry rzut, aby mogła trafić nim w kogoś, kto kiedyś nazwał Greengrassa albo jego towarzystwo bandą szczeniaków. Nie byli najspokojniejsi, ale też nigdy nie usiłowali twierdzić, że w młodości należeli do najbardziej ułożonych z dzieci. Wręcz przeciwnie. Byli straszni, po prostu tragiczni i zdecydowanie zbyt pewni siebie. Nie to, by to ostatnie jakoś specjalnie mocno zmieniło się na przestrzeni lat, szczególnie u co poniektórych z nich...
...no, u większości z nich. Ale przynajmniej nie byli już ekspansywni i tak chaotyczni jak stado szarańczy. Teraz ograniczali się raczej do działania na mniejszą skalę. Lecz nie o to chodziło w tym momencie, nie z tego powodu prowadzili rozmowę i niekoniecznie potrzebowali ustanawiać definicje szczeniactwa. Chcieli tego czy nie, był niemal pewien, że ktoś miał to zrobić za nich. Mniej więcej wtedy, gdy ich młode zacznie biegać bez nadzoru ze strony dorosłych. Czyli raczej stosunkowo wcześnie, przynajmniej takie miał wrażenie, znając zarówno własne podejście i wychowanie, jak i zwyczaje Yaxleyów.
- Nie musisz mnie zachęcać - tym razem z błyskiem w oku uniósł oba kąciki ust, odbijając spojrzenie Yaxleyówny. - Wyglądasz i będziesz wyglądać cholernie dobrze - tak, mówił to dokładnie z tym samym przekonaniem, jakie nakazywało mu uznać przewidywania Riny za pewne, nie tylko prawdopodobne.
No cóż. Dobrali się, czyż nie? Nie sposób było zaprzeczyć, ich dzieci nie miały być najdrobniejsze, ale to przecież nie było nic takiego. Przynajmniej to jedno było jasne. To była oczywista z oczywistości. I pozytyw, tak? Taki, o którym mówili? Znaleźli jeszcze jeden?
- I domu - rzucił moment później. - Domu też musimy szukać - chwilowo jednak całkiem świadomie nie precyzował, czy im, czy rodzinie Znajdy.
Prawdopodobnie wszyscy tak samo wchodzili w grę i we wszystkich przypadkach miało to być pewnym wyzwaniem.
Ale co to dla nich, nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down