Skąd Morpheus wiedział, że to, co spaliło Warownię nie było bogiem? Właśnie dlatego, że tuż obok ziejących ciemnością okien zniszczonych murów wyrastały kiełki życia. Zupełnie jakby chcieli podziękować niszczycielowi za to, że zahartował ich w ogniu, przeszli jego chrzest i wyglądali prawie na nie ruszonych. Prawie. Lecz to tak samo, jak ze starożytną sztuką kucia azjatyckich wygiętych mieczy.
A później pokażą reszcie, jak się wygrywa. Longbottomowie zawsze na szczycie.
Obserwował nadchodzących przez dłuższy czas z oddali, chociaż oczywiście Brenna już na pewno go zauważyła. Nie krył się specjalnie, po prostu... Kontemplował przyrodę. Przeszedł się do drzewa pod którym Woody złamał mu zaklęciem ratunkowym nos i przyłożył czoło do jego kory. Jego szorstka struktura, ziemisty zapach zapadania w zimowy sen, powolna wędrówka soków z liści w głąb pnia, przynosiły mu ukojenie. Nie palił od trzynastu dni. Prawie dwa tygodnie. Prawie dwa tygodnie odkąd Londyn spłonął. Wyciągnął z kieszeni popiół i nakreślił na pniu runę ochronną, znak ciszy. Cofnął się kilka kroków i uniósł wzrok na pogodny nieboskłon.
Nadchodził koniec władzy życia nad światem, przychodził okres zimna, chorób i śmierci. Noc zrównała się z dniem i powoli pożerała kolejne godziny światła.
Mroczna Matko, niech paszcza i twoje zęby pochłoną tych, którzy sieją i żywią się cierpieniem tego świata. Pożryj okrutnych i niesprawiedliwych, jak my spożyjemy ten posiłek, a dzięki temu świat stanie się bardziej płodny dla dobroci, braterstwa i współczucia. Niech uciskani zawsze wiedzą, że w ciemności są zęby, a twoje zęby są również ich zębami. Niech ci, którzy nie potrafią walczyć i gryźć, użyją swoich rąk do delikatnej pracy uzdrawiania, której wymagają wszystkie wojny.
Poprawił mankiety. Modlitwa na mroczne czasy. Modlitwa nad stołem, której na głos nie wypowie, bo to nie rozbawiona libacja ku czci Wenus, a powolne odrodzenie. Wyprostował się, aż strzeliły mu w kręgosłupie kości. Żałobny kir jego szaty był nieco przebijający, ale nie miał niczego innego, co mógłby założyć na siebie, jego nowe zamówienie na szaty nadal było w trakcie wykonywania. Musiał sobie radzić z tym, co miał na Horyzontalnej.
— Wszyscy będziemy wyglądać jak takie dynie po tej kolacji. Uznajecie to za przepowiednię — próbował zażartować, wchodząc z udawaną dziarskością w krąg świata i ciepła jesiennego namiotu. Usadowił się koło Tessy, wyciągając ze swoich licznych kieszeni duży słoik syropu korzenno-dyniowego. Podobno robił furorę do kawy, ale on się nie znał, pił czarn2. Po prostu postawił go na środku stołu, jako dar od siebie.
Dobrze, że tu przyszedł. Za bardzo chciał umrzeć.
!Trauma Ognia