22.09.2025, 14:53 ✶
Anthony nigdy nie czuł tak ciężkiego i ostatecznego przywiązania do jakiegoś miejsca, więc mógł ledwie empatyzować z Greengrassami. Oczywiście czuł obsesję na temat domu Longobottomów, odległego o ledwie kilka metrów stąd, do którego zakazano mu wstępu przed laty. Czuł niewysłowioną pustkę na temat domu jego rodziców, czy właściwie piętra wyznaczego w obszernym budynku Ambasady, magicznej przestrzeni wyznaczonej dla multikulturowego tygla, do którego odmówiono mu wstępu wielokrotnie wcześniej, gdy był jeszcze dzieckiem.
Teraz odmawiano mu wstępu do Kniei, za którą nigdy nie przepadał, ale też nie było powodu by mieszczuch jego pokroju szlajał się po lesie, zwłaszcza gdy z Morpheusem i Jonathanem wyrośli z tego typu rozrywek, czy może kiedy dwoje jego przyjaciół z nich wyrosło, bo Shafiq zdecydowanie preferował wolny czas spędzać z nosem w książkach.
Teraz jednak nosił swój cel w piersi, krążył jak rekin wokół niewielkiej łódki na środku oceanu, w której być może nagroda spoczywała, być może nie, ale sam potencjał był zbyt nęcący. Motywacja... czy musiała zawsze być znamienita, by prowadziła do rzeczy pięknych i wzniosłych? Nie wiedział na ile byłoby to możliwe, ale samo wyobrażenie Godryka Longbottoma, który znów musiałby czytać o nim, Anthonym Shafiq'u jako bohaterze Doliny... samo to wyobrażenie wypełniało go niepohamowanym ciepłem. I - co równie ważne - lubił wyzwania, a Amboise Greengrass, który być był kluczem do spełnienia jego małego, żeby nie powiedzieć małostkowego snu zdawał się nim być. I to być kluczem dość opornym w użyciu.
Skłamałby więc, gdyby przyciśnięty do ściany zaprzeczył, że była w tej całej sytuacji zagadka, którą zwyczajnie chciał rozwiązać. Każdy miał jakąś dźwignię. Może i realnie przypominał akwizytora na siłę ładującego się ze swoją pomocą i zasobami, karta rodziny miała być ostatnią wyciągniętą na dziś, nim nie pojedzie do Kairu i nie wyciągnie ze swojej osobistej katorgi, młodszej siostry, więcej danych.
Tymczasem była to karta zagrana... raczej błędnie. Nie dość, że przeinaczył imię zmarłego męża, tak pan Greengrass jasno mu dał do zrozumienia, że nie rozpoznaje go jako swojego spowinowaconego. Pobladł na wzmiankę o trzecim bracie. Czy nie mówiła o nim wcale, czy echem dziecięcej rozrywki słodka Jackie jak zawsze żonglowała jego imionami przez wszystkie kraje i narody świata.
Nie zmusił się jednak do pobłażliwego uśmiechu, o prawdziwie rozbawionym też nie było mowy. Coś w zachowaniu Ambroise'a sugerowało mu, że mężczyzna choć nawykły do standardowego kurtuazyjnego tańca, preferować by wolał surową szczerość. Autentyczność, albo chociażby swoje wyobrażenie tejże. Jeśli jego kochana siostra nagadała mu wszystkiego tego czego Anthony mógłby się spodziewać, szczerość pozostawała ostatnim bastionem.
– Cóż, rodzice bardzo zadbali, żeby nasze stosunki były możliwie chłodne od niemal początku powołania Jacqueline na świat. Oczywiście... mają oni sporo zalet i umiejętności, ale narzędzia wychowawcze raczej nigdy nie leżały w obszarach ich zainteresowań. – on popełniał te same błędy, wiedział, że był na nie skazany. Starał się jednak dodać do nich choć odrobinę czułości, którą mu poskapiono. Odrobinę atencji. Odrobinę wiary w to, że młody człowiek może podążać własną drogą. – Ale tak, z tego co mi wiadomo jestem drugim i jedynym pozostałym przy życiu bratem wdowy Jacqueline Greengrass. Zgodnie z tradycją, będę też pełnił pieczę nad Rowanem. – Oczywiście w wymiarze w jakim będzie w stanie dogadać się z siostrą, a to mogło być realnie trudne do zorganizowania, jeśli po dwóch zdaniach ich konwersacja wypełniała się zwykle pasywno-agresywnymi uwagami na temat wszystkiego czym akurat zajmowało się drugie. – ...co też może być trudne, zważywszy na fakt, że jak pamiętam nosi w sobie dzidzictwo ojca, a nie matki, a moja wiedza raczej może pomóc w zakresie historii i mechanizmów rządzących światem cywilizowanym. Cóż, może się finalnie okazać, że oboje się czegoś od siebie nauczymy, kiedy w końcu przyjdzie nam się spotkać. To w sumie już za dwa tygodnie. – Czy cały czas stali na ulicy? Jakoś ta rozmowa wciągnęła go do rodzinnych rozmyślań, które zwykle pozostawiały gorycz na języku. Umiał panować nad sobą, ale dłonie spociły się nieco. Nie z powodu Rowana, czy Jackie, ale gdzieś tam unosiło się widmo Michaela Benedicta, ambasadora Shafiq'a z którym spotkań Anthony unikał jak mógł odkąd porzucił stanowisko dyplomatyczne we Francji i powrócił do kraju. Sześć lat, a wciąż słowa wątpliwych życzeń urodzinowych potrafiły odbijać mu się wewnątrz czaski nieprzyjemnym echem wysyłanych w okresie szkolnym wyjców punktujących go za zbyt niskie stopnie.
Teraz odmawiano mu wstępu do Kniei, za którą nigdy nie przepadał, ale też nie było powodu by mieszczuch jego pokroju szlajał się po lesie, zwłaszcza gdy z Morpheusem i Jonathanem wyrośli z tego typu rozrywek, czy może kiedy dwoje jego przyjaciół z nich wyrosło, bo Shafiq zdecydowanie preferował wolny czas spędzać z nosem w książkach.
Teraz jednak nosił swój cel w piersi, krążył jak rekin wokół niewielkiej łódki na środku oceanu, w której być może nagroda spoczywała, być może nie, ale sam potencjał był zbyt nęcący. Motywacja... czy musiała zawsze być znamienita, by prowadziła do rzeczy pięknych i wzniosłych? Nie wiedział na ile byłoby to możliwe, ale samo wyobrażenie Godryka Longbottoma, który znów musiałby czytać o nim, Anthonym Shafiq'u jako bohaterze Doliny... samo to wyobrażenie wypełniało go niepohamowanym ciepłem. I - co równie ważne - lubił wyzwania, a Amboise Greengrass, który być był kluczem do spełnienia jego małego, żeby nie powiedzieć małostkowego snu zdawał się nim być. I to być kluczem dość opornym w użyciu.
Skłamałby więc, gdyby przyciśnięty do ściany zaprzeczył, że była w tej całej sytuacji zagadka, którą zwyczajnie chciał rozwiązać. Każdy miał jakąś dźwignię. Może i realnie przypominał akwizytora na siłę ładującego się ze swoją pomocą i zasobami, karta rodziny miała być ostatnią wyciągniętą na dziś, nim nie pojedzie do Kairu i nie wyciągnie ze swojej osobistej katorgi, młodszej siostry, więcej danych.
Tymczasem była to karta zagrana... raczej błędnie. Nie dość, że przeinaczył imię zmarłego męża, tak pan Greengrass jasno mu dał do zrozumienia, że nie rozpoznaje go jako swojego spowinowaconego. Pobladł na wzmiankę o trzecim bracie. Czy nie mówiła o nim wcale, czy echem dziecięcej rozrywki słodka Jackie jak zawsze żonglowała jego imionami przez wszystkie kraje i narody świata.
Nie zmusił się jednak do pobłażliwego uśmiechu, o prawdziwie rozbawionym też nie było mowy. Coś w zachowaniu Ambroise'a sugerowało mu, że mężczyzna choć nawykły do standardowego kurtuazyjnego tańca, preferować by wolał surową szczerość. Autentyczność, albo chociażby swoje wyobrażenie tejże. Jeśli jego kochana siostra nagadała mu wszystkiego tego czego Anthony mógłby się spodziewać, szczerość pozostawała ostatnim bastionem.
– Cóż, rodzice bardzo zadbali, żeby nasze stosunki były możliwie chłodne od niemal początku powołania Jacqueline na świat. Oczywiście... mają oni sporo zalet i umiejętności, ale narzędzia wychowawcze raczej nigdy nie leżały w obszarach ich zainteresowań. – on popełniał te same błędy, wiedział, że był na nie skazany. Starał się jednak dodać do nich choć odrobinę czułości, którą mu poskapiono. Odrobinę atencji. Odrobinę wiary w to, że młody człowiek może podążać własną drogą. – Ale tak, z tego co mi wiadomo jestem drugim i jedynym pozostałym przy życiu bratem wdowy Jacqueline Greengrass. Zgodnie z tradycją, będę też pełnił pieczę nad Rowanem. – Oczywiście w wymiarze w jakim będzie w stanie dogadać się z siostrą, a to mogło być realnie trudne do zorganizowania, jeśli po dwóch zdaniach ich konwersacja wypełniała się zwykle pasywno-agresywnymi uwagami na temat wszystkiego czym akurat zajmowało się drugie. – ...co też może być trudne, zważywszy na fakt, że jak pamiętam nosi w sobie dzidzictwo ojca, a nie matki, a moja wiedza raczej może pomóc w zakresie historii i mechanizmów rządzących światem cywilizowanym. Cóż, może się finalnie okazać, że oboje się czegoś od siebie nauczymy, kiedy w końcu przyjdzie nam się spotkać. To w sumie już za dwa tygodnie. – Czy cały czas stali na ulicy? Jakoś ta rozmowa wciągnęła go do rodzinnych rozmyślań, które zwykle pozostawiały gorycz na języku. Umiał panować nad sobą, ale dłonie spociły się nieco. Nie z powodu Rowana, czy Jackie, ale gdzieś tam unosiło się widmo Michaela Benedicta, ambasadora Shafiq'a z którym spotkań Anthony unikał jak mógł odkąd porzucił stanowisko dyplomatyczne we Francji i powrócił do kraju. Sześć lat, a wciąż słowa wątpliwych życzeń urodzinowych potrafiły odbijać mu się wewnątrz czaski nieprzyjemnym echem wysyłanych w okresie szkolnym wyjców punktujących go za zbyt niskie stopnie.