22.09.2025, 00:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2025, 14:19 przez Lana Dolohov.)
Ciężko stwierdzić, czy stoicka ekspresja Dolohovów faktycznie wynikała z wyuczonej maniery, czy też raczej była to niezbywalna cecha każdej osoby pochodzącej z Little Hangleton. Może niektóre dzieci rodziły się z melancholią w żyłach, tak jak inne z krwią o kolorze smoły.
– Nie można wykluczyć takiej możliwości. Spotkałam się kiedyś z opisem zaświatów jako zamarzniętego jeziora, w którym cierpiały dusze zdrajców... – już miała zrobić Louvain wykład na temat wizji piekła Dantego Alighieri, ale zreflektowała się i przerwała. Z tego co pamiętała, w przeciwieństwie do niej Lestrange'a niezbyt interesowały podobne tematy (aż dziwne, że na ślubie Vakela udało im się tak długo ze sobą rozmawiać). Nie zauważyła jednak w zachowaniu mężczyzny nic podejrzanego, zrzucając jego zmieszanie na karb niezręcznych okoliczności spotkania. Lana nie mogła podejrzewać, że ktokolwiek poza "zimnymi" opisanymi w gazetach odwiedził granicę między życiem i śmiercią.
Jedyną reakcją Dolohovówny na wyrazy współczucia było skinienie głową. Nawet jeśli nie było to zachowanie w pełni zgodne z etykietą, nie miała w tym momencie siły na jakikolwiek inny gest. Każde słowa dotyczące śmierci matki przywoływały bolesne wspomnienia tamtej nocy, nawet jeśli były to deklaracje wsparcia.
– Cóż... Jest to ciekawa perspektywa. – gorzki sarkazm rzeczywiście pomógł Lanie trochę wrócić do życia. Choć w głowie dziewczyny pojawiła się natrętna myśl, że życie z poczuciem winy to kara za brak odpowiednich działań, szybko ją odgoniła. To nie był czas ani miejsce na zatracanie się w żalu; musiała przecież załatwić sprawę u lekarza. – Mam nadzieję, że twoja rodzina nie poniosła strat podczas pożarów. – Louvain sam zapewne jednak ucierpiał, wnioskując po jego obecności w klinice. – Wybacz, ja... Nie byłam ostatnio na bieżąco z wiadomościami z Londynu. – Dolohovówna miała tendencję do izolowania się od świata w trudnych sytuacjach. Czasami łatwiej było udawać, że tragedie nie przydarzają się jej, tylko jakiejś odległej postaci z kroniki historycznej. Że ona sama była zaledwie obserwatorem, a nie uczestnikiem wydarzeń.
Jak więc zareagowałaby na informację, że stojący obok niej mężczyzna był podwładnym Czarnego Pana? Że jej matka zginęła w wyniku działań, za które nie czuł cienia skruchy?
Musiała przyznać, że w pewnym sensie Śmierciożercy ją fascynowali. W żadnym stopniu nie popierała ich postulatów ani środków jakie stosowali, lecz gotowość do popełnienia najgorszych czynów w ramach jakiejś idei wydawała się niezwykłym fenomenem. Lana była z natury bierna, wychowana w szacunku dla tradycji oraz panującego status quo. Mogła mieć swoje opinie na temat dziejących się obecnie wydarzeń, lecz nigdy nie przyszłoby jej do głowy by próbować siłą dokonać jakiejś zmiany. Osoby biorące udział w atakach terrorystycznych różniły się więc od niej tak jak ogień od lodu. Jak pasja różniła się od obojętności.
A przynajmniej tak było do tej pory, bo czy po doświadczeniach Spalonej Nocy ktokolwiek mógł jeszcze pozwolić sobie na obojętność? Może celem Lorda Voldemorta było pozbycie się wszystkich, którzy nie wyrażali aktywnego poparcia dla jego ideałów. Z drugiej strony, jej matka do końca pozostała wierna swoim magirasistowskim poglądom i właśnie to doprowadziło do jej zguby.
Drzwi do gabinetu uzdrowiciela w końcu się otworzyły i wyszła zza nich elegancko ubrana czarownica. Ewidentnie ją również było stać na ominięcie kolejki. Po chwili z gabinetu wychylił się starszy uzdrowiciel.
– Zapraszam panią... Państwo? – jego wzrok przemknął z Dolohovówny na Lestrange'a, starając się wybadać, czy przyszli razem czy osobno.
Lana chciała naprostować sytuację, lecz nagle poczuła przeszywający ból. Pech chciał, że właśnie w tym momencie dostała ostrego ataku kaszlu i nie mogła się wysłowić. Jedną ręką zasłoniła usta, a drugą oparła się o Louvain dla zachowania równowagi.
– Nie można wykluczyć takiej możliwości. Spotkałam się kiedyś z opisem zaświatów jako zamarzniętego jeziora, w którym cierpiały dusze zdrajców... – już miała zrobić Louvain wykład na temat wizji piekła Dantego Alighieri, ale zreflektowała się i przerwała. Z tego co pamiętała, w przeciwieństwie do niej Lestrange'a niezbyt interesowały podobne tematy (aż dziwne, że na ślubie Vakela udało im się tak długo ze sobą rozmawiać). Nie zauważyła jednak w zachowaniu mężczyzny nic podejrzanego, zrzucając jego zmieszanie na karb niezręcznych okoliczności spotkania. Lana nie mogła podejrzewać, że ktokolwiek poza "zimnymi" opisanymi w gazetach odwiedził granicę między życiem i śmiercią.
Jedyną reakcją Dolohovówny na wyrazy współczucia było skinienie głową. Nawet jeśli nie było to zachowanie w pełni zgodne z etykietą, nie miała w tym momencie siły na jakikolwiek inny gest. Każde słowa dotyczące śmierci matki przywoływały bolesne wspomnienia tamtej nocy, nawet jeśli były to deklaracje wsparcia.
– Cóż... Jest to ciekawa perspektywa. – gorzki sarkazm rzeczywiście pomógł Lanie trochę wrócić do życia. Choć w głowie dziewczyny pojawiła się natrętna myśl, że życie z poczuciem winy to kara za brak odpowiednich działań, szybko ją odgoniła. To nie był czas ani miejsce na zatracanie się w żalu; musiała przecież załatwić sprawę u lekarza. – Mam nadzieję, że twoja rodzina nie poniosła strat podczas pożarów. – Louvain sam zapewne jednak ucierpiał, wnioskując po jego obecności w klinice. – Wybacz, ja... Nie byłam ostatnio na bieżąco z wiadomościami z Londynu. – Dolohovówna miała tendencję do izolowania się od świata w trudnych sytuacjach. Czasami łatwiej było udawać, że tragedie nie przydarzają się jej, tylko jakiejś odległej postaci z kroniki historycznej. Że ona sama była zaledwie obserwatorem, a nie uczestnikiem wydarzeń.
Jak więc zareagowałaby na informację, że stojący obok niej mężczyzna był podwładnym Czarnego Pana? Że jej matka zginęła w wyniku działań, za które nie czuł cienia skruchy?
Musiała przyznać, że w pewnym sensie Śmierciożercy ją fascynowali. W żadnym stopniu nie popierała ich postulatów ani środków jakie stosowali, lecz gotowość do popełnienia najgorszych czynów w ramach jakiejś idei wydawała się niezwykłym fenomenem. Lana była z natury bierna, wychowana w szacunku dla tradycji oraz panującego status quo. Mogła mieć swoje opinie na temat dziejących się obecnie wydarzeń, lecz nigdy nie przyszłoby jej do głowy by próbować siłą dokonać jakiejś zmiany. Osoby biorące udział w atakach terrorystycznych różniły się więc od niej tak jak ogień od lodu. Jak pasja różniła się od obojętności.
A przynajmniej tak było do tej pory, bo czy po doświadczeniach Spalonej Nocy ktokolwiek mógł jeszcze pozwolić sobie na obojętność? Może celem Lorda Voldemorta było pozbycie się wszystkich, którzy nie wyrażali aktywnego poparcia dla jego ideałów. Z drugiej strony, jej matka do końca pozostała wierna swoim magirasistowskim poglądom i właśnie to doprowadziło do jej zguby.
Drzwi do gabinetu uzdrowiciela w końcu się otworzyły i wyszła zza nich elegancko ubrana czarownica. Ewidentnie ją również było stać na ominięcie kolejki. Po chwili z gabinetu wychylił się starszy uzdrowiciel.
– Zapraszam panią... Państwo? – jego wzrok przemknął z Dolohovówny na Lestrange'a, starając się wybadać, czy przyszli razem czy osobno.
Lana chciała naprostować sytuację, lecz nagle poczuła przeszywający ból. Pech chciał, że właśnie w tym momencie dostała ostrego ataku kaszlu i nie mogła się wysłowić. Jedną ręką zasłoniła usta, a drugą oparła się o Louvain dla zachowania równowagi.
She was like a star,
nothing but a beautiful echo of death.
nothing but a beautiful echo of death.