21.09.2025, 23:29 ✶
Oczywiście Jonathan nie byłby sobą, gdyby nie pogderał w sobie właściwej manierze i nawet język wepchnięty bezceremonialnie w usta w połowie zdania nie stanowił dla niego przeszkody, by je dokończyć chwilę później. Nie, żeby to Anthony’emu przeszkadzało aż tak, w końcu nie znał mężczyzny od wczoraj, aby być jakkolwiek zaskoczonym jego gwiazdorską butą.
Była to jedna z cech, którą uwielbiał w Selwynie, może nie najwyżej punktowana, ale wciąż znajdująca się w pierwszej dziesiątce.
Spojrzenie w oczy, zmuszenie do skupienia uwagi, ujarzmienie żywiołu powodzi było nader trudne, i Jonathan mógł odnieść wrażenie, że owa deklaracja będzie musiała i tak zostać powtórzona w nieco bardziej… stonowanych warunkach. Pozbycie się bowiem góry piżamy rozświetliło jeszcze bardziej już i tak iskrzącą gorączką stal, a próby rozbierania Anthony’ego utrudnione były znacząco przez to jak sam zainteresowany przyklejał się do Jonathana, wijąc się i umykając palcom łapiącym guziki, ramionom rozsuwającym ich od siebie.
Nic dziwnego, że w połowie koszuli trzeba było sobie zrobić przerwę, skoro stateczny krukon szaleńczo zacałowywał jego tors, szepcząc nieregularnie słodkie komentarze, do słów Jonathana - co dowodziło, że może jednak cokolwiek słyszał i rozumiał z tego co było do niego mówione.
– Nie wspaniali zastępcy… jeden… tylko jeden… najwspanialszy… cudowny… niezastąpiony… jedyny w swoim rodzaju… – Dłonie pewnie oparł na odsłoniętych barkach, to opadając, to wznosząc się, łasząc się, pieszcząc i domagając się pieszczoty. Nie było mowy o nudzie. Całkiem prawdopodobne, że mężczyzna nie zauważył nawet, że jego koszula była ledwie w połowie rozpięta. I kiedy tylko Jonathan sięgnął po niego, z pełnią entuzjazmu opadł znów na niego, znów wczepił się w wargi, choć to miał być mały całus, ale w miłości i na wojnie ponoć nie brało się jeńców.
Również… niestety… ich legowisko nie brało jeńców. Ostrzegało, stękało, a teraz pod wpływem nowej entuzjastycznej fali poddało się. Gruchnięcie było głośne i jednoznaczne, klepki wypadły z kołków, a obaj mężczyźni wraz z umęczonym materacem opadli kilkanaście cali w dół. Tylne wezgłowie przewaliło się z łoskotem a cisza, która po tym zapadła i bezruch mroziły krew w żyłach bardziej niż przynaglające pukanie do drzwi sprzed kilkunastu minut.
Anthony wczepiony w Jonathana uniósł głowę i rozejrzał się półprzytomnie, dysząc wciąż ciężko duchotą nowego doświadczenia. Zaraz potem przeniósł pytający wzrok na Jonathana i widać było cały proces myślowy, bardzo prędki, prowadzący do konieczności podjęcia natychmiastowych działań. Tym razem jednak zapewne pod wpływem adrenaliny, ale i naprodukowanych zawczasu endorfin, zamiast strachu, Anthony zaśmiał się. Z całą serdecznością, z rozbawieniem, którego próżno było u niego szukać nie tylko w ostatnich dniach, ale właściwie od kilku miesięcy, od śmierci brata. Cmoknął raz jeszcze swojego zastępcę w czubek nosa i gibko podniósł się z miejsca zbrodni.
– Idę zarządzić tym kryzysem na dole – poinformował Jonathana, a potem odwrócił się na poszukiwanie porzucanego swetra, zapinając przy tym pospiesznie swoją koszulę, zarumieniony i wciąż uśmiechnięty, zdecydowanie szerzej niż przewidywała etykieta i dobry smak magicznej angielskiej socjety. – Mówiłeś o wiązaniu krawatów przyjacielu… nie wiem, czy nie rozczarowałem Cię odwrotną aktywnością? – zapytał jeszcze, nader rozbawiony tą myślą, przerzucając sweter przez głowę w pół drogi do wyjścia.
Była to jedna z cech, którą uwielbiał w Selwynie, może nie najwyżej punktowana, ale wciąż znajdująca się w pierwszej dziesiątce.
Spojrzenie w oczy, zmuszenie do skupienia uwagi, ujarzmienie żywiołu powodzi było nader trudne, i Jonathan mógł odnieść wrażenie, że owa deklaracja będzie musiała i tak zostać powtórzona w nieco bardziej… stonowanych warunkach. Pozbycie się bowiem góry piżamy rozświetliło jeszcze bardziej już i tak iskrzącą gorączką stal, a próby rozbierania Anthony’ego utrudnione były znacząco przez to jak sam zainteresowany przyklejał się do Jonathana, wijąc się i umykając palcom łapiącym guziki, ramionom rozsuwającym ich od siebie.
Nic dziwnego, że w połowie koszuli trzeba było sobie zrobić przerwę, skoro stateczny krukon szaleńczo zacałowywał jego tors, szepcząc nieregularnie słodkie komentarze, do słów Jonathana - co dowodziło, że może jednak cokolwiek słyszał i rozumiał z tego co było do niego mówione.
– Nie wspaniali zastępcy… jeden… tylko jeden… najwspanialszy… cudowny… niezastąpiony… jedyny w swoim rodzaju… – Dłonie pewnie oparł na odsłoniętych barkach, to opadając, to wznosząc się, łasząc się, pieszcząc i domagając się pieszczoty. Nie było mowy o nudzie. Całkiem prawdopodobne, że mężczyzna nie zauważył nawet, że jego koszula była ledwie w połowie rozpięta. I kiedy tylko Jonathan sięgnął po niego, z pełnią entuzjazmu opadł znów na niego, znów wczepił się w wargi, choć to miał być mały całus, ale w miłości i na wojnie ponoć nie brało się jeńców.
Również… niestety… ich legowisko nie brało jeńców. Ostrzegało, stękało, a teraz pod wpływem nowej entuzjastycznej fali poddało się. Gruchnięcie było głośne i jednoznaczne, klepki wypadły z kołków, a obaj mężczyźni wraz z umęczonym materacem opadli kilkanaście cali w dół. Tylne wezgłowie przewaliło się z łoskotem a cisza, która po tym zapadła i bezruch mroziły krew w żyłach bardziej niż przynaglające pukanie do drzwi sprzed kilkunastu minut.
Anthony wczepiony w Jonathana uniósł głowę i rozejrzał się półprzytomnie, dysząc wciąż ciężko duchotą nowego doświadczenia. Zaraz potem przeniósł pytający wzrok na Jonathana i widać było cały proces myślowy, bardzo prędki, prowadzący do konieczności podjęcia natychmiastowych działań. Tym razem jednak zapewne pod wpływem adrenaliny, ale i naprodukowanych zawczasu endorfin, zamiast strachu, Anthony zaśmiał się. Z całą serdecznością, z rozbawieniem, którego próżno było u niego szukać nie tylko w ostatnich dniach, ale właściwie od kilku miesięcy, od śmierci brata. Cmoknął raz jeszcze swojego zastępcę w czubek nosa i gibko podniósł się z miejsca zbrodni.
– Idę zarządzić tym kryzysem na dole – poinformował Jonathana, a potem odwrócił się na poszukiwanie porzucanego swetra, zapinając przy tym pospiesznie swoją koszulę, zarumieniony i wciąż uśmiechnięty, zdecydowanie szerzej niż przewidywała etykieta i dobry smak magicznej angielskiej socjety. – Mówiłeś o wiązaniu krawatów przyjacielu… nie wiem, czy nie rozczarowałem Cię odwrotną aktywnością? – zapytał jeszcze, nader rozbawiony tą myślą, przerzucając sweter przez głowę w pół drogi do wyjścia.