21.09.2025, 20:58 ✶
Podwójne objęcie wypchnęło z piersi Anthony’ego gardłowe sapnięcie niosące cały ciężar kłębiących się w klatce piersiowej uczuć. Zaproszony, nie zamierzał unikać już pełni kontaktu, nie teraz, gdy odarty z resztek zdrowego rozsądku zapadł się w Jonathanie bez reszty. Naparł na niego biodrami, niepomny na dzielące ich warstwy materiału, upojony w pełni twardymi dowodami współdzielonego pragnienia. Pocałunki nie miały w sobie już ani planu, ani delikatności. Były jego głodem, jego szaleństwem, jego obsesją na punkcie rosłego gryfona, przed którym tak pieczołowicie skrywał swoje uczucia ba! uczucia, które musiał skutecznie zgniatać i ukrywać przed samym sobą, żeby te piekielne nici miały właściwy kolor!
Teraz jednak namiętność brała górę, gdy wargi błądziły po skórze, policzek czerwienił się ostrością tarcia ciemnego zarostu, a ciało szukało możliwości, by być możliwie blisko drugiego ciała bez względu na koszt, bez względu na konsekwencje…
– Powiedz, że jesteś mój… – wycharczał, właściwie rozkazał, podgryzając mu ucho i zsuwając się na napiętą szyję, gdy dłonie zawędrowały na jedwabną nocną koszulę, próbując znaleźć linię zapiętych guzików, mimo że zdrętwiałe palce nie byłyby w stanie raczej rozwiązać tego problemu pokojowo.
– Żadnych więcej sekretów… – domagał się, naprzemiennie całując i kąsając, żądał, błagał, wędrując drugą dłonią w dół, znacząc skórę czerwonymi śladami pozostawianych przez zagięte w haki palce, wprost do linii wyznaczanej pasem spodni.
W końcu warknął zirytowany. Nie mogąc mieć go przez całe swoje życie, teraz nagle gdy tama pękła, chciał wszystko, wszędzie i najlepiej w tym samym momencie. Dźwignął się więc ku górze, wyprostował na chwilę, dysząc ciężko, uznając, że zwyczajnie łatwiej byłoby mu zdjąć najpierw ubranie z siebie, nie żeby zamierzał ten zielony sweter oddać kiedykolwiek. Teraz jednak mógł paść gdzieś na łóżko, na podłogę, gdziekolwiek, jako niemy świadek dziejącego się szaleństwa, zakrzywienia rzeczywistości, a może właśnie jej powrotu na właściwe, jedyne tory ciążącego na nich obojgu przeznaczenia.
Teraz jednak namiętność brała górę, gdy wargi błądziły po skórze, policzek czerwienił się ostrością tarcia ciemnego zarostu, a ciało szukało możliwości, by być możliwie blisko drugiego ciała bez względu na koszt, bez względu na konsekwencje…
– Powiedz, że jesteś mój… – wycharczał, właściwie rozkazał, podgryzając mu ucho i zsuwając się na napiętą szyję, gdy dłonie zawędrowały na jedwabną nocną koszulę, próbując znaleźć linię zapiętych guzików, mimo że zdrętwiałe palce nie byłyby w stanie raczej rozwiązać tego problemu pokojowo.
– Żadnych więcej sekretów… – domagał się, naprzemiennie całując i kąsając, żądał, błagał, wędrując drugą dłonią w dół, znacząc skórę czerwonymi śladami pozostawianych przez zagięte w haki palce, wprost do linii wyznaczanej pasem spodni.
W końcu warknął zirytowany. Nie mogąc mieć go przez całe swoje życie, teraz nagle gdy tama pękła, chciał wszystko, wszędzie i najlepiej w tym samym momencie. Dźwignął się więc ku górze, wyprostował na chwilę, dysząc ciężko, uznając, że zwyczajnie łatwiej byłoby mu zdjąć najpierw ubranie z siebie, nie żeby zamierzał ten zielony sweter oddać kiedykolwiek. Teraz jednak mógł paść gdzieś na łóżko, na podłogę, gdziekolwiek, jako niemy świadek dziejącego się szaleństwa, zakrzywienia rzeczywistości, a może właśnie jej powrotu na właściwe, jedyne tory ciążącego na nich obojgu przeznaczenia.