19.09.2025, 23:59 ✶
Oczywista? Być może. Potrzebna? Niektórym obecnym najwyraźniej tak. Rada odnośnie klątw była bardziej przeznaczona dla Anthony’ego, niż dla Jessiego. Lazarus powstrzymał się od spojrzenia na przełożonego z wyrzutem i w ogóle bardzo starannie przyjął neutralny wyraz twarzy.
- Tak… - odpowiedział na pytanie o to, czy wszystko w porządku - Tak. - powtórzył zdecydowanie. Wyprostował lekko dotąd zgarbione plecy.
Tu i teraz. Nie w przeszłości. Nie we własnej głowie.
Skinął młodszemu klątwołamaczowi głową, zgadzając się z jego oceną sytuacji. Było czysto. Nie w sensie porządku, rzecz jasna - rezydencja była zdemolowana i Lazarus był pewien, że nawet z funduszami i kontaktami Anthony’ego Shafiqa nie uda się jej przywrócić do funkcjonowania tak szybko, jak prawdopodobnie jego szef by sobie tego życzył. Ale pod względem magicznym - żadnych niepożądanych efektów. Czarna magia zmiotła co prawda runy ochronne, ale spełniły swoją rolę - zniwelowały jej działanie
”Nowe zabezpieczenia runiczne” dołączyły do listy w jego notesie.
Powinien być zirytowany na starszego mężczyznę. Lekkoduszne, powiedział, jakby to nie było nic takiego, a przecież w głowie Lazarusa, tuż za jego mentalnymi plecami, ze ścian zaczynał sypać się kurz i…
To jest twój problem, a nie jego.
…nie był zirytowany. Kiedy już zepchnął wspomnienie pod powierzchnię świadomości, beztroskie zachowanie Shafiqa budziło… nostalgię. Trochę. Odrobinę.
Ruszył za gospodarzem i z ulgą powitał włoskie klimaty gabinetu. IIuzja okna - podobny zabieg, jak w gabinecie w OMSHM - przetrwała zawieruchę i pomieszczenie wciąż było ostoją idyllicznego spokoju. Lazarus z zainteresowaniem obrzucił wzrokiem równe grzbiety ksiąg na półkach.
Mimochodem wymiótł translokacją szkło z podłogi na korytarz - bałagan do bałaganu - i zapisał nazwę zakładu szklarskiego, wraz z adnotacją o stolarzu. I konieczność rozeznania się w rynku jubilerów i konserwatorów zabytków. Westchnął, zerkając na uszkodzoną smoczą rzeźbę.
- To, o ile się nie mylę, oryginał. Jadeit? Dobrze byłoby powierzyć ją komuś, kto zna się na historycznych chińskich technikach obróbki…
Wstępnie zastanowił się, czy ktoś z jego dawnych kolegów nie interesował się czasem Dalekim Wschodem albo konkretnie smoczą mitologią. Może udałoby się odnowić jakieś stare kontakty?
Ruszyli dalej zdemolowanym korytarzem. Lovegood, pochłonięty swymi zadaniami, nie zwracał nawet zbytniej uwagi na chrzęszczące pod butami szkło.
- Pozwoli pan, że od miejsca, gdzie kończy się bezpieczny teren, to my pójdziemy przodem - powiedział, mając oczywiście na myśli siebie i Jessiego. Decyzja przebrana za pytanie, pozwalająca zwierzchnikowi wyrazić zgodę, choć w myśl jego własnych słów, to nie Lazarus był tu w charakterze klątwołamacza. Dawne zwyczaje nie umierały jednak łatwo. Jasnozielone oczy Lazarusa spoczęły na Anthonym. Biurowe plotki niekiedy malowały go jako cierpiącego na manię kontroli i przerost ego, ale…
Wiesz, kim jestem. Wiesz, co przeżyłem.
- Proszę powiedzieć, kiedy powinniśmy wzmóc czujność.
- Tak… - odpowiedział na pytanie o to, czy wszystko w porządku - Tak. - powtórzył zdecydowanie. Wyprostował lekko dotąd zgarbione plecy.
Tu i teraz. Nie w przeszłości. Nie we własnej głowie.
Skinął młodszemu klątwołamaczowi głową, zgadzając się z jego oceną sytuacji. Było czysto. Nie w sensie porządku, rzecz jasna - rezydencja była zdemolowana i Lazarus był pewien, że nawet z funduszami i kontaktami Anthony’ego Shafiqa nie uda się jej przywrócić do funkcjonowania tak szybko, jak prawdopodobnie jego szef by sobie tego życzył. Ale pod względem magicznym - żadnych niepożądanych efektów. Czarna magia zmiotła co prawda runy ochronne, ale spełniły swoją rolę - zniwelowały jej działanie
”Nowe zabezpieczenia runiczne” dołączyły do listy w jego notesie.
Powinien być zirytowany na starszego mężczyznę. Lekkoduszne, powiedział, jakby to nie było nic takiego, a przecież w głowie Lazarusa, tuż za jego mentalnymi plecami, ze ścian zaczynał sypać się kurz i…
To jest twój problem, a nie jego.
…nie był zirytowany. Kiedy już zepchnął wspomnienie pod powierzchnię świadomości, beztroskie zachowanie Shafiqa budziło… nostalgię. Trochę. Odrobinę.
Ruszył za gospodarzem i z ulgą powitał włoskie klimaty gabinetu. IIuzja okna - podobny zabieg, jak w gabinecie w OMSHM - przetrwała zawieruchę i pomieszczenie wciąż było ostoją idyllicznego spokoju. Lazarus z zainteresowaniem obrzucił wzrokiem równe grzbiety ksiąg na półkach.
Mimochodem wymiótł translokacją szkło z podłogi na korytarz - bałagan do bałaganu - i zapisał nazwę zakładu szklarskiego, wraz z adnotacją o stolarzu. I konieczność rozeznania się w rynku jubilerów i konserwatorów zabytków. Westchnął, zerkając na uszkodzoną smoczą rzeźbę.
- To, o ile się nie mylę, oryginał. Jadeit? Dobrze byłoby powierzyć ją komuś, kto zna się na historycznych chińskich technikach obróbki…
Wstępnie zastanowił się, czy ktoś z jego dawnych kolegów nie interesował się czasem Dalekim Wschodem albo konkretnie smoczą mitologią. Może udałoby się odnowić jakieś stare kontakty?
Ruszyli dalej zdemolowanym korytarzem. Lovegood, pochłonięty swymi zadaniami, nie zwracał nawet zbytniej uwagi na chrzęszczące pod butami szkło.
- Pozwoli pan, że od miejsca, gdzie kończy się bezpieczny teren, to my pójdziemy przodem - powiedział, mając oczywiście na myśli siebie i Jessiego. Decyzja przebrana za pytanie, pozwalająca zwierzchnikowi wyrazić zgodę, choć w myśl jego własnych słów, to nie Lazarus był tu w charakterze klątwołamacza. Dawne zwyczaje nie umierały jednak łatwo. Jasnozielone oczy Lazarusa spoczęły na Anthonym. Biurowe plotki niekiedy malowały go jako cierpiącego na manię kontroli i przerost ego, ale…
Wiesz, kim jestem. Wiesz, co przeżyłem.
- Proszę powiedzieć, kiedy powinniśmy wzmóc czujność.