19.09.2025, 11:37 ✶
Już od progu, od samego wejścia, od pierwszych kroków i pierwszych gestów, Lorraine zatrzęsła w posadach światem nieszczęsnej Josephine. Była jak biały motyl, którego trzepot skrzydeł, ruch drobnych palców przy piersi, wywoływał chaos i tornado. Owe meteorologiczne kataklizmy jednak nie miały miejsca hen, na drugim końcu świata, a tuż obok. Ciało przy ciele dwóch kobiet, które łączyła wspólna historia, choć dzieliło pokolenie.
Broszka Mirandy była jak rozmazany olej na czole. Ciążyła na ubraniu bardziej nawet niż poczucie winy po Spalonej Nocy. W urodzie, we wrażliwości, w talencie, Lorraine przypominała jej Raphaelę, choć absolutnie oba dziewczęcia nie były podobne, ulepione z różnej gliny a już ze wszechmiar wypalone w odmiennych piecach. Czemuż więc oba obrazy mirażem spajały się ze sobą? Drgały przed wiecznie zaczerwienionymi oczyma, wyrzutem sumienia, potrzebą odkupienia.
Co było słuszną więc drogą, skoro to brosza srogiej matki zawieszona została na jej piersi, jak niema prośba by być tą matką teraz. A przecież Josephine nie była jak Miranda, nie miała w sobie tego dystansu, wyrachowania, tej pieczołowitości by ogniem wypalać dumę i siłę charakteru na duszy delikatnego dziecka. A jednak oba obrazy mirażem spajały się ze sobą. Drgały w dziwacznej wibracji, niespójnych ze sobą oczekiwań i potrzeb.
Widziała piękną twarz Lorraine, nieco zbyt szczupłą choć wciąż przecież otoczoną aureolą pięknych śnieżnych włosów komplementujących żarliwość oczu Armanda. Słyszała jej słowa, żadne z nich nie zostało strzepnięte z lekceważeniem, gdy ujęła dłonie swojej podopiecznej każdym gestem, skinieniem głowy, śledzącymi ją oczyma pokazując jak ważne jest wszystko to z czym do niej przyszła. Czy tego właśnie szukała Raphaela? Czy chciała zwrócić na siebie uwagę, a gdy jej nie otrzymała, zwróciła na siebie uwagę tych, którzy nie wahali się zadać cios?
Czy grzech Lorraine również ściągnie na siebie gniew ludzi w maskach?
Winien? Nie powinien. Być może. Nie była pewna. Nic już nie było pewne, gdy głupota młodości krwi czystej jak łza przecież, została tak srogo ukarana.
– Kochana moja... – drżąca ręka pogładziła włosy, a ich śmierdzące spalone strzępki nie przylepiły się do skóry. Wspomnienie uderzyło ją zbyt mocno, by nie znaleźć odbicia w woskowej twarzy. Pospiesznie przyciągnęła Lorraine do siebie, ułożyła głowę na barku, tuląc ją i gładząc, ukazując cały strach gestem, który miał go przecież ukryć, całą żałość, wszystko to, czego nie powinna pokazywać, bo nie wypadało przecież. Nie można było głośno mówić o tym co się stało. Sromota dla rodziny, gniew Czarnego Pana. Jej wina. Jej odpowiedzialność.
– Budynki i rzeczy... to tylko materialny świat, który niczym jest wobec wspomnień, które w nas żyją. Wobec faktu, że Ty duszko moja żyjesz i masz się dobrze. To najważniejsze... to najważniejsze... – zaklinała rzeczywistość w ciężarze pokuty. Może powinna być jak Miranda, ta która zawsze taki problem miała w okazywaniu bliskości i uczuć. Może powinna być skałą, na której wesprze się młode dziewcze, ale nie mogła. Nie po tym co wydarzyło się wewnątrz jej własnej rodziny, nie po tym co spotkało Londyn w imię zasad i przekonań, które ona sama w cichości serca kwestionowała. Kto teraz był bezpieczny? Kto mógł się teraz uchować i gdzie?
Broszka Mirandy była jak rozmazany olej na czole. Ciążyła na ubraniu bardziej nawet niż poczucie winy po Spalonej Nocy. W urodzie, we wrażliwości, w talencie, Lorraine przypominała jej Raphaelę, choć absolutnie oba dziewczęcia nie były podobne, ulepione z różnej gliny a już ze wszechmiar wypalone w odmiennych piecach. Czemuż więc oba obrazy mirażem spajały się ze sobą? Drgały przed wiecznie zaczerwienionymi oczyma, wyrzutem sumienia, potrzebą odkupienia.
Co było słuszną więc drogą, skoro to brosza srogiej matki zawieszona została na jej piersi, jak niema prośba by być tą matką teraz. A przecież Josephine nie była jak Miranda, nie miała w sobie tego dystansu, wyrachowania, tej pieczołowitości by ogniem wypalać dumę i siłę charakteru na duszy delikatnego dziecka. A jednak oba obrazy mirażem spajały się ze sobą. Drgały w dziwacznej wibracji, niespójnych ze sobą oczekiwań i potrzeb.
Widziała piękną twarz Lorraine, nieco zbyt szczupłą choć wciąż przecież otoczoną aureolą pięknych śnieżnych włosów komplementujących żarliwość oczu Armanda. Słyszała jej słowa, żadne z nich nie zostało strzepnięte z lekceważeniem, gdy ujęła dłonie swojej podopiecznej każdym gestem, skinieniem głowy, śledzącymi ją oczyma pokazując jak ważne jest wszystko to z czym do niej przyszła. Czy tego właśnie szukała Raphaela? Czy chciała zwrócić na siebie uwagę, a gdy jej nie otrzymała, zwróciła na siebie uwagę tych, którzy nie wahali się zadać cios?
Czy grzech Lorraine również ściągnie na siebie gniew ludzi w maskach?
Winien? Nie powinien. Być może. Nie była pewna. Nic już nie było pewne, gdy głupota młodości krwi czystej jak łza przecież, została tak srogo ukarana.
– Kochana moja... – drżąca ręka pogładziła włosy, a ich śmierdzące spalone strzępki nie przylepiły się do skóry. Wspomnienie uderzyło ją zbyt mocno, by nie znaleźć odbicia w woskowej twarzy. Pospiesznie przyciągnęła Lorraine do siebie, ułożyła głowę na barku, tuląc ją i gładząc, ukazując cały strach gestem, który miał go przecież ukryć, całą żałość, wszystko to, czego nie powinna pokazywać, bo nie wypadało przecież. Nie można było głośno mówić o tym co się stało. Sromota dla rodziny, gniew Czarnego Pana. Jej wina. Jej odpowiedzialność.
– Budynki i rzeczy... to tylko materialny świat, który niczym jest wobec wspomnień, które w nas żyją. Wobec faktu, że Ty duszko moja żyjesz i masz się dobrze. To najważniejsze... to najważniejsze... – zaklinała rzeczywistość w ciężarze pokuty. Może powinna być jak Miranda, ta która zawsze taki problem miała w okazywaniu bliskości i uczuć. Może powinna być skałą, na której wesprze się młode dziewcze, ale nie mogła. Nie po tym co wydarzyło się wewnątrz jej własnej rodziny, nie po tym co spotkało Londyn w imię zasad i przekonań, które ona sama w cichości serca kwestionowała. Kto teraz był bezpieczny? Kto mógł się teraz uchować i gdzie?