18.09.2025, 10:46 ✶
Ucisk na klatce piersiowej pozostał, ale nie był wewnętrznym więzieniem próbującym tłumić emocjonalne nadwyżki, tak niemile widziane w otaczającym świecie. Bariery, ochrony, dojmujący strach i poczucie zagrożenia wynikające z własnej odmienności, z tego że ów odmienność przekreśli całe jego dotychczasowe życie.
Jesteś powodem, dla którego nauczyłem się oklumencji…
I było w nim wtedy przed laty sporo strachu, że się nie uda, a jego sekret zostanie odsłonięty. I było w nim sporo akceptacji co do faktu, że jest taki jaki jest i będzie musiał z tym żyć, z trudną sztuką kompromisu, wyważenia bliskości, odmierzanych skrupulatnie dawek dotyku i niezbędnego dystansu, logicznych krat pilnujących by nie wydarzyło się to, co działo się z nim teraz.
Bo teraz ów uścisk, ciężar dłoni, lekko zagięte palce trzymające sweter pachnący przecież tak bardzo nim… to wszystko stanowiło ostateczną ochronę przed tym, by kotłująca się w Anthonym energia, by ten cały chaos, by gwałtowność wodnego żywiołu, którego był poddanym… by to wszystko nie zawładnęło nim bezmyślnością, nie teraz, nie w tak wrażliwym, tak kluczowym zdawało się momencie.
Czy teraz powinien coś powiedzieć? Tak. Zdecydowanie powinien.
Jak?
Nie miał słów już wcale, miał tylko czucie, miał dotyk od którego zawsze stronił, miał serce, które mówiło za niego.
Straszliwe skrzypnięcie rozdardło duszną ciszę między nimi, gdy Anthony dźwignął się w końcu ku zastygłemu w bezruchu mężczyźnie. Tak rzadko to robił, tak rzadko sam wychodził z inicjatywą fizycznego kontaktu, tak rzadko mógł pozwolić sobie być słabym, po prostu stęsknionym. Objął go ciasno, głowę skrywając w załamaniu szyi, otulając się wonią śliwki i korzennego rumu ich rwanych oddechów. Dopiero wtedy, dopiero gdy siedzieli razem w ciemności wczepieni w siebie, znalazł gest, którego otumaniony szukał wcześniej. Skinienie głowy, przyzwolenie na prośbę, która ze wszech miar była i jego prośbą.
Jesteś powodem, dla którego nauczyłem się oklumencji…
I było w nim wtedy przed laty sporo strachu, że się nie uda, a jego sekret zostanie odsłonięty. I było w nim sporo akceptacji co do faktu, że jest taki jaki jest i będzie musiał z tym żyć, z trudną sztuką kompromisu, wyważenia bliskości, odmierzanych skrupulatnie dawek dotyku i niezbędnego dystansu, logicznych krat pilnujących by nie wydarzyło się to, co działo się z nim teraz.
Bo teraz ów uścisk, ciężar dłoni, lekko zagięte palce trzymające sweter pachnący przecież tak bardzo nim… to wszystko stanowiło ostateczną ochronę przed tym, by kotłująca się w Anthonym energia, by ten cały chaos, by gwałtowność wodnego żywiołu, którego był poddanym… by to wszystko nie zawładnęło nim bezmyślnością, nie teraz, nie w tak wrażliwym, tak kluczowym zdawało się momencie.
Czy teraz powinien coś powiedzieć? Tak. Zdecydowanie powinien.
Jak?
Nie miał słów już wcale, miał tylko czucie, miał dotyk od którego zawsze stronił, miał serce, które mówiło za niego.
Straszliwe skrzypnięcie rozdardło duszną ciszę między nimi, gdy Anthony dźwignął się w końcu ku zastygłemu w bezruchu mężczyźnie. Tak rzadko to robił, tak rzadko sam wychodził z inicjatywą fizycznego kontaktu, tak rzadko mógł pozwolić sobie być słabym, po prostu stęsknionym. Objął go ciasno, głowę skrywając w załamaniu szyi, otulając się wonią śliwki i korzennego rumu ich rwanych oddechów. Dopiero wtedy, dopiero gdy siedzieli razem w ciemności wczepieni w siebie, znalazł gest, którego otumaniony szukał wcześniej. Skinienie głowy, przyzwolenie na prośbę, która ze wszech miar była i jego prośbą.