17.09.2025, 14:39 ✶
Nie wiedział, ile jeszcze zamierzali korzystać z gościnności ciotki. Niby w teorii mogli przebywać tutaj tak długo jak chcieli. Zdążyli już nawet przelotnie poruszyć ten temat, dochodząc do wniosku, że po Mabon najlepiej byłoby im zmienić stałe miejsce zamieszkania, ale w najbliższych dniach mogli nie zaprzątać sobie głowy tematem powrotu do Londynu albo Whitby tudzież przeprowadzki do zupełnie nowego miejsca. Tego, które jeszcze musieli najpierw znaleźć, co w innych okolicznościach nie stanowiłoby raczej zupełnie żadnego problemu. Nie dla zamożnych ludzi. Jednakże obecnie mogło zająć im trochę czasu.
Nawet jeśli nikt ich stąd nie wyganiał, a życie w towarzystwie wielu innych ludzi miało swoje niezaprzeczalne zalety, żadne z nich nie było chyba jednak przystosowane do tego, aby robić to na dłuższą metę. Co prawda, nie pojawiły się jeszcze jakiekolwiek naprawdę poważne problemy w związku ze wspólnym mieszkaniem z innymi osobami, które raczej też przywykły do większej swobody i niezależności. Jednakże to raczej była kwestia czasu. Optymistycznie rzecz ujmując, może udawało im się szanować współlokatorów i wszystko miało grać jeszcze przez dłuższy czas. Realistycznie? Ambroise miał wrażenie, że dużą rolę w tym spełniał ich szacunek do gospodyni i to, że żadne z nich nie chciało nadużywać jej cierpliwości.
Nie byli już dziećmi. No właśnie. Nie byli już dziećmi. Każde z nich zdążyło zacząć korzystać z mieszkania na własną rękę, na swoich zasadach. Z możliwości stwarzanych przez bycie swoim własnym gospodarzem. Z decydowania o tym, gdzie postawi parę butów i kiedy posprząta naczynia po obiedzie. Tu może to ostatnie nie musiało ich kłopotać, bo byli wyręczani przez skrzaty domowe, ale...
...no właśnie. Ambroise nigdy nie pomyślałby, że przejdzie mu to przez myśl, jednak ostatnimi czasy naprawdę miał ochotę nabrudzić gdzieś ziemią z doniczek a później musieć to posprzątać. Za pół godziny, za godzinę, za piętnaście minut. Niekoniecznie od razu, bo w innym wypadku ktoś miał to bez pytania zrobić za niego. Jak najbardziej doceniał gościnność i wszystko to, co robiła dla nich ciotka. Nie mógł narzekać, ale jednocześnie stopniowo coraz bardziej zaczynał tęsknić za luksusem robienia zupełnie tego, co chciał.
Tak jak wtedy, gdy mieszkał na Horyzontalnej. Tak jak wtedy, gdy bywali w Whitby. Mieszkanie w Exmoor dało się porównać do zajmowania skrzydła domu w Dolinie Godryka, z tym, że tam mimo wszystko częściej bywał zupełnie sam. Szczególnie wtedy, gdy jego ojciec i macocha wyjeżdżali w kolejną podróż. Zwłaszcza wtedy, gdy mijał się z Roselyn, a Flora mimo wszystko znacznie lepiej znała jego przyzwyczajenia. Nie usiłowała wyręczać go we wszystkim, co robił.
Myśli o własnym domu, tym razem takim prawdopodobnie do końca życia, coraz częściej pojawiały się w jego głowie. Tym bardziej, że teraz na powrót nie był już sam. Z tego niezależnego, niewzruszonego kawalera, jakim był przez tyle lat, zanim nie poznał Geraldine. I tego, do którego próbował przekonać się przez ostatnie półtora roku. Obecnie był kimś, kogo stado nagle zmieniło się od jednego do sześciorga. Siedmiorga. To wciąż była dla niego bardzo świeża wieść, całkowita nowość, poniekąd abstrakcja, choć z każdym dniem coraz mniejsza i bardziej przyswajana.
Minęły ponad dwa tygodnie. Było już po połowie września. Sabat zbliżał się wielkimi krokami, jednak w tym roku nie były to jedyne wielkie przygotowania. Tegoroczne Mabon nabrało zupełnie innego znaczenia. Nadal było ważne, ale przyświecała mu zupełnie nowa idea. Ta, która w jego oczach była całkiem słuszna. Zrobili sobie całkiem niezłą zasłonę dymną z sabatu. I choć zaproszenia zostały dopiero co rozesłane, pierwsza fala odpowiedzi już do nich trafiła.
Nie było przytłaczająco. W gruncie rzeczy, było nawet całkiem dobrze. Część gości pogratulowała im dobrych wieści, ale niestety była zmuszona nie skorzystać z zaproszenia. Pozostawało liczyć, że nie znajdą się na zbyt wielu językach i statystyka pozostanie korzystna. W końcu nie chcieli dużej ceremonii.
Zaś przygotowania? I tak wydawały mu się dosyć poważne, jeśli nie niemal ekscesywne. Całe szczęście, on tylko wykonywał to, o co go proszono. W drodze wyjątku załatwiając jeszcze tort, ale korzystając przy tym z dobrej woli przyjaciółki, która go przy tym nie zawiodła. To nie do końca była jego własna zasługa.
Kończąc wreszcie kolejny punkt z listy, ostrzepał dłonie, prostując się i patrząc na efekty swojej pracy. Było dobrze, naprawdę dobrze, nawet jeśli trochę pobrudził sobie przy tym ubrania. Mógł jednak uznać zadanie za zakończone, przeznaczając na nie znacznie mniej czasu niż przewidywał, bowiem podczas tych ostatnich minut przyświecała mu już tylko wizja jak najszybszego zakończenia i powrotu na ganek.
Zgarniając termos z herbatą, skierował swoje kroki w stronę wejścia do domu, zamierzając jeszcze ochlapać dłonie pod szlaufem. Niby nie planował podkradać się ukradkiem ani tym bardziej podsłuchiwać, inaczej pewnie nie byłby tak otwarty w sposobie, w jaki podchodził do kranu z boku budynku, ale...
...nie zdążył nawet odkręcić wody. Stanął w miejscu z kubkiem w jednej ręce, drugą kładąc na krawędzi biodra i unosząc wzrok przez drewniane barierki u podstawy konstrukcji ganku. Niby niewiele stamtąd widział, ale nie przeszkodziło mu to w uniesieniu brwi i odchrząknięciu.
- Więcej niż jednego dzieciaka? - Powtórzył, zastanawiając się, czy naprawdę usłyszał to, co usłyszał.
No cóż. Podchodząc niemal idealnie na koniec słowa wypluć, nie mógł raczej wyciągnąć innego wniosku niż ten, który pojawił się w tonie jego głosu. A było to głębokie, naprawdę głębokie niedowierzanie. I może lekka podskórna panika? Cholera.
Nawet jeśli nikt ich stąd nie wyganiał, a życie w towarzystwie wielu innych ludzi miało swoje niezaprzeczalne zalety, żadne z nich nie było chyba jednak przystosowane do tego, aby robić to na dłuższą metę. Co prawda, nie pojawiły się jeszcze jakiekolwiek naprawdę poważne problemy w związku ze wspólnym mieszkaniem z innymi osobami, które raczej też przywykły do większej swobody i niezależności. Jednakże to raczej była kwestia czasu. Optymistycznie rzecz ujmując, może udawało im się szanować współlokatorów i wszystko miało grać jeszcze przez dłuższy czas. Realistycznie? Ambroise miał wrażenie, że dużą rolę w tym spełniał ich szacunek do gospodyni i to, że żadne z nich nie chciało nadużywać jej cierpliwości.
Nie byli już dziećmi. No właśnie. Nie byli już dziećmi. Każde z nich zdążyło zacząć korzystać z mieszkania na własną rękę, na swoich zasadach. Z możliwości stwarzanych przez bycie swoim własnym gospodarzem. Z decydowania o tym, gdzie postawi parę butów i kiedy posprząta naczynia po obiedzie. Tu może to ostatnie nie musiało ich kłopotać, bo byli wyręczani przez skrzaty domowe, ale...
...no właśnie. Ambroise nigdy nie pomyślałby, że przejdzie mu to przez myśl, jednak ostatnimi czasy naprawdę miał ochotę nabrudzić gdzieś ziemią z doniczek a później musieć to posprzątać. Za pół godziny, za godzinę, za piętnaście minut. Niekoniecznie od razu, bo w innym wypadku ktoś miał to bez pytania zrobić za niego. Jak najbardziej doceniał gościnność i wszystko to, co robiła dla nich ciotka. Nie mógł narzekać, ale jednocześnie stopniowo coraz bardziej zaczynał tęsknić za luksusem robienia zupełnie tego, co chciał.
Tak jak wtedy, gdy mieszkał na Horyzontalnej. Tak jak wtedy, gdy bywali w Whitby. Mieszkanie w Exmoor dało się porównać do zajmowania skrzydła domu w Dolinie Godryka, z tym, że tam mimo wszystko częściej bywał zupełnie sam. Szczególnie wtedy, gdy jego ojciec i macocha wyjeżdżali w kolejną podróż. Zwłaszcza wtedy, gdy mijał się z Roselyn, a Flora mimo wszystko znacznie lepiej znała jego przyzwyczajenia. Nie usiłowała wyręczać go we wszystkim, co robił.
Myśli o własnym domu, tym razem takim prawdopodobnie do końca życia, coraz częściej pojawiały się w jego głowie. Tym bardziej, że teraz na powrót nie był już sam. Z tego niezależnego, niewzruszonego kawalera, jakim był przez tyle lat, zanim nie poznał Geraldine. I tego, do którego próbował przekonać się przez ostatnie półtora roku. Obecnie był kimś, kogo stado nagle zmieniło się od jednego do sześciorga. Siedmiorga. To wciąż była dla niego bardzo świeża wieść, całkowita nowość, poniekąd abstrakcja, choć z każdym dniem coraz mniejsza i bardziej przyswajana.
Minęły ponad dwa tygodnie. Było już po połowie września. Sabat zbliżał się wielkimi krokami, jednak w tym roku nie były to jedyne wielkie przygotowania. Tegoroczne Mabon nabrało zupełnie innego znaczenia. Nadal było ważne, ale przyświecała mu zupełnie nowa idea. Ta, która w jego oczach była całkiem słuszna. Zrobili sobie całkiem niezłą zasłonę dymną z sabatu. I choć zaproszenia zostały dopiero co rozesłane, pierwsza fala odpowiedzi już do nich trafiła.
Nie było przytłaczająco. W gruncie rzeczy, było nawet całkiem dobrze. Część gości pogratulowała im dobrych wieści, ale niestety była zmuszona nie skorzystać z zaproszenia. Pozostawało liczyć, że nie znajdą się na zbyt wielu językach i statystyka pozostanie korzystna. W końcu nie chcieli dużej ceremonii.
Zaś przygotowania? I tak wydawały mu się dosyć poważne, jeśli nie niemal ekscesywne. Całe szczęście, on tylko wykonywał to, o co go proszono. W drodze wyjątku załatwiając jeszcze tort, ale korzystając przy tym z dobrej woli przyjaciółki, która go przy tym nie zawiodła. To nie do końca była jego własna zasługa.
Kończąc wreszcie kolejny punkt z listy, ostrzepał dłonie, prostując się i patrząc na efekty swojej pracy. Było dobrze, naprawdę dobrze, nawet jeśli trochę pobrudził sobie przy tym ubrania. Mógł jednak uznać zadanie za zakończone, przeznaczając na nie znacznie mniej czasu niż przewidywał, bowiem podczas tych ostatnich minut przyświecała mu już tylko wizja jak najszybszego zakończenia i powrotu na ganek.
Zgarniając termos z herbatą, skierował swoje kroki w stronę wejścia do domu, zamierzając jeszcze ochlapać dłonie pod szlaufem. Niby nie planował podkradać się ukradkiem ani tym bardziej podsłuchiwać, inaczej pewnie nie byłby tak otwarty w sposobie, w jaki podchodził do kranu z boku budynku, ale...
...nie zdążył nawet odkręcić wody. Stanął w miejscu z kubkiem w jednej ręce, drugą kładąc na krawędzi biodra i unosząc wzrok przez drewniane barierki u podstawy konstrukcji ganku. Niby niewiele stamtąd widział, ale nie przeszkodziło mu to w uniesieniu brwi i odchrząknięciu.
- Więcej niż jednego dzieciaka? - Powtórzył, zastanawiając się, czy naprawdę usłyszał to, co usłyszał.
No cóż. Podchodząc niemal idealnie na koniec słowa wypluć, nie mógł raczej wyciągnąć innego wniosku niż ten, który pojawił się w tonie jego głosu. A było to głębokie, naprawdę głębokie niedowierzanie. I może lekka podskórna panika? Cholera.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down