16.09.2025, 16:05 ✶
– W sumie to nie, ale widzisz, jeśli kiedykolwiek wpadniecie w ciąg napierdalania o swoich trudnych przypadkach, nie będzie mi się nudzić, bo znam tylko Twoje. – Zawsze zwracaj twarz ku jasnym stronom. Miles, której plecy zdobił rozległy piorun potrafiła być rozpiżdżona w pełnym emocjonalnym spektrum. Jej dzisiejsze umiarkowanie mogło wynikać z wielu rzeczy. Mogła po prostu trafić na moment do oka cyklonu, a tam - jak wiadomo - jest najspokojniej.
Kiedy Basilius sam z nieprzymuszonej woli ją objął, zdziwiła się w pierwszej chwili i nie wiedziała jak zachować. Równie dobrze mógł ją pocałować, jak co niektórzy praktykowali ostatnio takie dramatyczne gesty. Może lepiej, gdyby ją pocałował, gdyby powiedział, że na nią leci, że chciałby ją zerżnąć tu zaraz natychmiast w schowku na narzędzia zobaczyć czy nie ma jakiegoś tam w środku bogina. Wtedy sprawa byłaby o wiele prostsza do rozwiązania, zamknęłaby się w zmianie koloru niebieskich jajek i tyle. Miles znała pożądanie, umiała sobie z nim radzić.
Ale chłopcy od wczorajszej nocy czy właściwie świtu czy właściwie ostatniego tygodnia, dwóch miesięcy, jakiś jebany urok unosił się w powietrzu… Chłopcy, jej przyjaciele, podchodzili do niej zupełnie inaczej, a ona czułą się bezbronna wobec takiej miękkiej, oślizgłej…
Czułości.
Zarażała się nią.
Jak inaczej można było zrozumieć fakt, że objęła go łagodnie ramieniem, że pogładziła po plecach, w opiekuńczym geście, który bynajmniej nie należał do standardowego zestawu jej zachowań. Że ułożyła głowę na jego głowie, oparła policzek o pachnące spalenizną wciąż i szpitalem włosy i ucałowała ją, jakby miało to zabrać z niego wszelkie zmęczenie. Wszelki smutek. Wszelkie wzbranianie się przed odpoczynkiem.
– Wiem. – Odpowiedziała mu w końcu, jakby przed momentem wyznał jej miłość, choć to przecież wcale nie miało miejsca. A potem otworzyła drzwi…
Kiedy Basilius sam z nieprzymuszonej woli ją objął, zdziwiła się w pierwszej chwili i nie wiedziała jak zachować. Równie dobrze mógł ją pocałować, jak co niektórzy praktykowali ostatnio takie dramatyczne gesty. Może lepiej, gdyby ją pocałował, gdyby powiedział, że na nią leci, że chciałby ją zerżnąć tu zaraz natychmiast w schowku na narzędzia zobaczyć czy nie ma jakiegoś tam w środku bogina. Wtedy sprawa byłaby o wiele prostsza do rozwiązania, zamknęłaby się w zmianie koloru niebieskich jajek i tyle. Miles znała pożądanie, umiała sobie z nim radzić.
Ale chłopcy od wczorajszej nocy czy właściwie świtu czy właściwie ostatniego tygodnia, dwóch miesięcy, jakiś jebany urok unosił się w powietrzu… Chłopcy, jej przyjaciele, podchodzili do niej zupełnie inaczej, a ona czułą się bezbronna wobec takiej miękkiej, oślizgłej…
Czułości.
Zarażała się nią.
Jak inaczej można było zrozumieć fakt, że objęła go łagodnie ramieniem, że pogładziła po plecach, w opiekuńczym geście, który bynajmniej nie należał do standardowego zestawu jej zachowań. Że ułożyła głowę na jego głowie, oparła policzek o pachnące spalenizną wciąż i szpitalem włosy i ucałowała ją, jakby miało to zabrać z niego wszelkie zmęczenie. Wszelki smutek. Wszelkie wzbranianie się przed odpoczynkiem.
– Wiem. – Odpowiedziała mu w końcu, jakby przed momentem wyznał jej miłość, choć to przecież wcale nie miało miejsca. A potem otworzyła drzwi…
Koniec sesji