16.09.2025, 12:00 ✶
Wystarczyło przywołanie jego imienia, wystarczyłoby zupełnie. Anthony’emu zdawało się, że to nie burza szumi, a krew płynąca zdecydowanie zbyt szybko. Boleść w klatce piersiowej tylko zwiększyła się, zacisnął wargi jeszcze mocniej, gryząc sobie policzki, by zachować resztki pozorów, by próbować udawać, że wszystko jest w porządku.
Przecież ze sobą rozmawiali…
A potem padło to pytanie, tak surrealistyczne, tak nieadekwatne, a jednak zadane w punkt.
A więc widział, cóż Anthony domyślał się, że po tyle latach spędzonych w swoim towarzystwie, Jonathan będzie wyczuwał, że coś jest nie w porządku nie tylko gdy zbiegiem okoliczności zostaną zamknięci na jakimś poddaszu na zapomnianym przez Matkę i ludzi odludziu. Minął miesiąc, a czas leczył rany. Wszyscy najbliżsi przekonywali, że wspólna historia znaczy więcej niż kilka słów wypowiedzianych w nieporozumieniu.
Ale to nie był tylko ten jeden wieczór.
To było zrozumienie dla lat w kłamstwie, gdy zaczęli ukrywać przed sobą rzeczy, gdy wcale nie ufali sobie na tyle, by słowa mogły swobodnie między nimi przepływać. Gdy cała relacja zbudowana była na kłamstwie. Oparta na tym, że Anthony nigdy się nie przyznał dlaczego tak szybko nauczył się oklumencji.
Nie słyszał burzy, słyszał tylko swoje walące serce, gdy rozpaczliwie wewnątrz swojego spetryfikowanego emocjami ciała próbował pozbierać myśli i ubrać je w odpowiednie słowa. W panice, w przerażeniu, w bezradności i zagubieniu, w gąszczu własnych emocji, które zbutowane, zamknięte szczelnie w piwnicy teraz zgniłe nie dawały o sobie zapomnieć.
– Nie wiem – odpowiedział w końcu, czy właściwie wypchnął z siebie resztki powietrza w płucach po trwającej wieczność ciszy. Leżał w sumie na samuśkim końcu, na drewnianej ramie wbijającej się boleśnie w ciało, choć to nie znękane plecy domagały się posłuchu, wobec struchlałej, zwiniętej w kłębek duszy. – Chciałbym – dodał jeszcze ciszej, czując jak zdradzieckie łzy zbierają się w oczach, jak smutek jest zbyt wielki, żałoba zbyt dojmująca, by można było ją utrzymać na wodzy, –... ale to wciąż boli. Wciąż… tak bardzo… boli.
Przecież ze sobą rozmawiali…
A potem padło to pytanie, tak surrealistyczne, tak nieadekwatne, a jednak zadane w punkt.
A więc widział, cóż Anthony domyślał się, że po tyle latach spędzonych w swoim towarzystwie, Jonathan będzie wyczuwał, że coś jest nie w porządku nie tylko gdy zbiegiem okoliczności zostaną zamknięci na jakimś poddaszu na zapomnianym przez Matkę i ludzi odludziu. Minął miesiąc, a czas leczył rany. Wszyscy najbliżsi przekonywali, że wspólna historia znaczy więcej niż kilka słów wypowiedzianych w nieporozumieniu.
Ale to nie był tylko ten jeden wieczór.
To było zrozumienie dla lat w kłamstwie, gdy zaczęli ukrywać przed sobą rzeczy, gdy wcale nie ufali sobie na tyle, by słowa mogły swobodnie między nimi przepływać. Gdy cała relacja zbudowana była na kłamstwie. Oparta na tym, że Anthony nigdy się nie przyznał dlaczego tak szybko nauczył się oklumencji.
Nie słyszał burzy, słyszał tylko swoje walące serce, gdy rozpaczliwie wewnątrz swojego spetryfikowanego emocjami ciała próbował pozbierać myśli i ubrać je w odpowiednie słowa. W panice, w przerażeniu, w bezradności i zagubieniu, w gąszczu własnych emocji, które zbutowane, zamknięte szczelnie w piwnicy teraz zgniłe nie dawały o sobie zapomnieć.
– Nie wiem – odpowiedział w końcu, czy właściwie wypchnął z siebie resztki powietrza w płucach po trwającej wieczność ciszy. Leżał w sumie na samuśkim końcu, na drewnianej ramie wbijającej się boleśnie w ciało, choć to nie znękane plecy domagały się posłuchu, wobec struchlałej, zwiniętej w kłębek duszy. – Chciałbym – dodał jeszcze ciszej, czując jak zdradzieckie łzy zbierają się w oczach, jak smutek jest zbyt wielki, żałoba zbyt dojmująca, by można było ją utrzymać na wodzy, –... ale to wciąż boli. Wciąż… tak bardzo… boli.