15.09.2025, 14:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2025, 15:58 przez Lazarus Lovegood.)
Anthony jak gdyby nigdy nic wszedł do budynku i MÓWIŁEŚ, ŻE TU MOGĄ BYĆ KLĄTWY!!! Lazarus wciągnął ostro powietrze, a jego serce zamarło na chwilę. Nierozsądne! Niebezpieczne!
Odruchowo sięgnął po różdżkę.
I patrz drugi zginie-
Odepchnął nieproszoną myśl, jakby oddzielał ją od siebie ścianą i tylko serce ruszyło do panicznego galopu, reagując poniewczasie na wyrzut adrenaliny, wolniejsze, niż myśl, niż odruchy wyuczone w pracy klątwołamacza-archeologa, niż tempo, w jakim Lazarus splatał rozpro…
Nic się nie stało.
Anthony ruszył dalej, na szczęście powoli.
Lazarus, ignorując zarówno swoje przyspieszone tętno, jak i rozlewającą się po ciele ulgę, zrównał się z nim.
Klątwołamacz idzie przodem.
Shafiq mógł należeć do tych czarodziejów, którym ego nie pozwalało puścić przed sobą nikogo innego, przyjść z własnym klątwołamaczem, ufać swojemu nowemu asystentowi, albo nie, ale skoro istniało zagrożenie…
Rozejrzał się po pomieszczeniu.
Nic.
Nic?
Nie był pewien. Trudno było się skupić, kiedy gdzieś z tyłu jego głowy, za wzniesionym przez niego mentalnym murem, to on aktywował klątwę, a inny czarodziej wyszarpywał różdżkę z kieszeni. Huczała magia. Krzyczeli ludzie. Drżała podłoga.
Nie myśl o tym.
Mimo wszystko… chyba faktycznie nic.
Lazarus zorientował się, że został trochę w tyle, więc w kilku długich krokach dogonił Anthony’ego i Jaspera, będących już u stóp schodów.
Odkaszlnął.
- Skoro podejrzewamy tu obecność klątw… proponowałbym ostrożność. Wykrycie przez aktywację… nie jest najbardziej optymalną metodą.
Jego głos był cichy i prawie całkiem równy. Spojrzał na najmłodszego członka ich małej wyprawy.
- Wyczuwa pan coś? - zapytał pozornie spokojnie.
Podczas wspinaczki po schodach, zanotował konieczność wymiany futryn, sprawdzenia fontanny i renowacji ogrodu. Piętro prezentowało się nie lepiej, niż atrium. Lazarus rozejrzał się jeszcze raz w poszukiwaniu zagrożeń.
Nic. Tym razem na pewno.
Anthony oglądał figurkę, a Lazarus, spokojniejszy, zanotował orientacyjną liczbę okien.
Ktoś inny mógłby mieć refleksję na temat tego, że ludzie potracili w pożarach członków rodziny, a Shafiq wydawał się najbardziej martwić figurką.
Lovegood rzucił na nią okiem i tylko pokiwał głową ze zrozumieniem. Cenna rzecz.
Machnięciem różdżki postawił do pionu przewrócony postument, na którym prawdopodobnie pierwotnie stała smocza rzeźba, na wypadek, gdyby gospodarz chciał ją odłożyć na miejsce. Drugim machnięciem podniósł z podłogi odłupany fragment smoczego ogona i troskliwie odłożył na postumencie. Odczekał cierpliwie, aż Anthony... opłacze stratę? Podejmie decyzję? I zapytał:
- Co robimy z... tym? - wskazał szerokim gestem zarówno na nieszczęsnego smoka, jak i na korytarz zasłany mniej lub bardziej zniszczonymi eksponatami.
Odruchowo sięgnął po różdżkę.
I patrz drugi zginie-
Odepchnął nieproszoną myśl, jakby oddzielał ją od siebie ścianą i tylko serce ruszyło do panicznego galopu, reagując poniewczasie na wyrzut adrenaliny, wolniejsze, niż myśl, niż odruchy wyuczone w pracy klątwołamacza-archeologa, niż tempo, w jakim Lazarus splatał rozpro…
Nic się nie stało.
Anthony ruszył dalej, na szczęście powoli.
Lazarus, ignorując zarówno swoje przyspieszone tętno, jak i rozlewającą się po ciele ulgę, zrównał się z nim.
Klątwołamacz idzie przodem.
Shafiq mógł należeć do tych czarodziejów, którym ego nie pozwalało puścić przed sobą nikogo innego, przyjść z własnym klątwołamaczem, ufać swojemu nowemu asystentowi, albo nie, ale skoro istniało zagrożenie…
Rozejrzał się po pomieszczeniu.
Percepcja - rozglądam się za klątwami
Rzut Z 1d100 - 71
Sukces!
Sukces!
Nic.
Nic?
Nie był pewien. Trudno było się skupić, kiedy gdzieś z tyłu jego głowy, za wzniesionym przez niego mentalnym murem, to on aktywował klątwę, a inny czarodziej wyszarpywał różdżkę z kieszeni. Huczała magia. Krzyczeli ludzie. Drżała podłoga.
Nie myśl o tym.
Mimo wszystko… chyba faktycznie nic.
Lazarus zorientował się, że został trochę w tyle, więc w kilku długich krokach dogonił Anthony’ego i Jaspera, będących już u stóp schodów.
Odkaszlnął.
- Skoro podejrzewamy tu obecność klątw… proponowałbym ostrożność. Wykrycie przez aktywację… nie jest najbardziej optymalną metodą.
Jego głos był cichy i prawie całkiem równy. Spojrzał na najmłodszego członka ich małej wyprawy.
- Wyczuwa pan coś? - zapytał pozornie spokojnie.
Podczas wspinaczki po schodach, zanotował konieczność wymiany futryn, sprawdzenia fontanny i renowacji ogrodu. Piętro prezentowało się nie lepiej, niż atrium. Lazarus rozejrzał się jeszcze raz w poszukiwaniu zagrożeń.
Nic. Tym razem na pewno.
Anthony oglądał figurkę, a Lazarus, spokojniejszy, zanotował orientacyjną liczbę okien.
Ktoś inny mógłby mieć refleksję na temat tego, że ludzie potracili w pożarach członków rodziny, a Shafiq wydawał się najbardziej martwić figurką.
Lovegood rzucił na nią okiem i tylko pokiwał głową ze zrozumieniem. Cenna rzecz.
Machnięciem różdżki postawił do pionu przewrócony postument, na którym prawdopodobnie pierwotnie stała smocza rzeźba, na wypadek, gdyby gospodarz chciał ją odłożyć na miejsce. Drugim machnięciem podniósł z podłogi odłupany fragment smoczego ogona i troskliwie odłożył na postumencie. Odczekał cierpliwie, aż Anthony... opłacze stratę? Podejmie decyzję? I zapytał:
- Co robimy z... tym? - wskazał szerokim gestem zarówno na nieszczęsnego smoka, jak i na korytarz zasłany mniej lub bardziej zniszczonymi eksponatami.