13.09.2025, 15:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 15:55 przez Anthony Shafiq.)
Zapach był odurzający. Anthony, który zwykł jadać z najznamienitszych pater całego świata, w najznamienitszych restauracjach wspominianego, Anthony, który niewątpliwe był Światowcem przez duże Ś, teraz czuł głód, a prostota tej strawy nie przeszkadzała mu wcale. Wręcz przeciwnie, herbata jeszcze przed wypiciem rozluźniała ciało, a ciasto czekoladowe wyglądało tak obłędnie, że miał ochotę bardzo nieprzystojnie napchać sobie nim twarz zanim… zanim wyjdzie z niego bardziej ta słabość kłębiąca się w środku bezlitośnie.
Zaciśnięta. Gula. Własna. Nieporadność. Niemoc. Brak. Kontroli.
Jonathan poradził sobie ze wszystkim znakomicie. Oczywiście. Bariera językowa? Nie mogła się oprzeć urokowi osobistemu jego zastępcy, choć to przecież Anthony ze wszystkich ludzi na świecie powinien iść załatwiać dla nich wikt i opierunek, skoro to jego język i gardło bez trudu układają się w najrzadsze języki świata. Wystarczy, że żył jeden człowiek, który umiał się nim posługiwać… Wystarczył jeden.
Zatem czy był w stanie jeszcze rozmawiać z Jonathanem? Czy był w stanie rozmawiać z nim jego językiem, tak żeby w końcu się rozumieli jak kiedyś? W duchu przeklinał poltergeista który przed dwoma miesiącami odmłodzil Selwyna, wciągajac przy okazji i Anthony'ego do tej szalonej nostalgocznej podróży, do sytuacji w której zbyt często wracał myśla do przeszłości. Przeszłości w której siebie nienawidził za słabość właśnie, za miękkość, za niedopasowanie, wciąż przeszłość, w której wszystko wydawało się dużo prostsze.
Słowa raniły kiedyś mniej. Teraz jedno niewinne wspomnienie "ugryzienia" wywoływał u niego momentalne zaciśnięcie żołądka.
Minęło tyle lat, tyle doświadczeń, międzynarodowych kryzysów, które gasił sam, bez niczyjej pomocy, ale też i kryzysów, kryzysików, jego najbliższych, jego rodziny czy znajomych. Był ostoją, był ręką, której zawsze można było się złapać, za “kiedyś mi się odwdzięczysz”. Takie proste założenie budujące sieć.
Ale nie teraz. Teraz bowiem wcale nie był pająkiem. Czuł się raczej jak mucha pozbawiona skrzydeł. Przemarznięta mucha.
Był niepotrzebny.
Był ciężarem, który trzeba było za sobą wlec.
Nie potrafił nawet rozpalić ognia.
Skinął głową na znak, że się zgadza na plan Jonathana, po czym zabrał z tacy swoją herbatę i porcję czekoladowego ciasta i z braku lepszego pomysłu przeniósł się na łóżko. Nawet jeśli skrzypiało. Nawet jeśli było tylko jedno…
Przysiadł po lewej stronie, nie tej na której przed momentem Jonathan prezentował, jak to nie jest absolutnie opcja dla małżeństwa. Usiadł bardzo delikatnie, bardzo wolno, tak że skrzypnięcie było możliwie niewielkie i ekstremalnie rozciągnięte w czasie. Zsunął pantofle ze stóp i ułożył talerz obok siebie, wciąż nie naruszając terytorium swojego towarzysza. Nie był pewien czy chciał grać w Monopoly. Słyszał że ta gra rujnuje przyjaźnie.
Z drugiej strony… czy mogło być gorzej?
A przecież rozmawiali ze sobą.
Próbował chociaż podziękować.
Nie mógł.
Jakby stracił głos.
Cóż, złoży to na karb wychłodzenia. Bardzo, bardzo cicho przyłożył wargi do zrębu kubka, przyciągając do siebie ciasno kolana i podnosząc oczy w stronę Selwyna w ciekawości jak mu pójdzie, bo nie wątpił wcale w to, że mu pójdzie. Tak pięknie palił niedawno jeszcze różane ogrody u Blacków na weselu…
Zaciśnięta. Gula. Własna. Nieporadność. Niemoc. Brak. Kontroli.
Jonathan poradził sobie ze wszystkim znakomicie. Oczywiście. Bariera językowa? Nie mogła się oprzeć urokowi osobistemu jego zastępcy, choć to przecież Anthony ze wszystkich ludzi na świecie powinien iść załatwiać dla nich wikt i opierunek, skoro to jego język i gardło bez trudu układają się w najrzadsze języki świata. Wystarczy, że żył jeden człowiek, który umiał się nim posługiwać… Wystarczył jeden.
Zatem czy był w stanie jeszcze rozmawiać z Jonathanem? Czy był w stanie rozmawiać z nim jego językiem, tak żeby w końcu się rozumieli jak kiedyś? W duchu przeklinał poltergeista który przed dwoma miesiącami odmłodzil Selwyna, wciągajac przy okazji i Anthony'ego do tej szalonej nostalgocznej podróży, do sytuacji w której zbyt często wracał myśla do przeszłości. Przeszłości w której siebie nienawidził za słabość właśnie, za miękkość, za niedopasowanie, wciąż przeszłość, w której wszystko wydawało się dużo prostsze.
Słowa raniły kiedyś mniej. Teraz jedno niewinne wspomnienie "ugryzienia" wywoływał u niego momentalne zaciśnięcie żołądka.
Minęło tyle lat, tyle doświadczeń, międzynarodowych kryzysów, które gasił sam, bez niczyjej pomocy, ale też i kryzysów, kryzysików, jego najbliższych, jego rodziny czy znajomych. Był ostoją, był ręką, której zawsze można było się złapać, za “kiedyś mi się odwdzięczysz”. Takie proste założenie budujące sieć.
Ale nie teraz. Teraz bowiem wcale nie był pająkiem. Czuł się raczej jak mucha pozbawiona skrzydeł. Przemarznięta mucha.
Był niepotrzebny.
Był ciężarem, który trzeba było za sobą wlec.
Nie potrafił nawet rozpalić ognia.
Skinął głową na znak, że się zgadza na plan Jonathana, po czym zabrał z tacy swoją herbatę i porcję czekoladowego ciasta i z braku lepszego pomysłu przeniósł się na łóżko. Nawet jeśli skrzypiało. Nawet jeśli było tylko jedno…
Przysiadł po lewej stronie, nie tej na której przed momentem Jonathan prezentował, jak to nie jest absolutnie opcja dla małżeństwa. Usiadł bardzo delikatnie, bardzo wolno, tak że skrzypnięcie było możliwie niewielkie i ekstremalnie rozciągnięte w czasie. Zsunął pantofle ze stóp i ułożył talerz obok siebie, wciąż nie naruszając terytorium swojego towarzysza. Nie był pewien czy chciał grać w Monopoly. Słyszał że ta gra rujnuje przyjaźnie.
Z drugiej strony… czy mogło być gorzej?
A przecież rozmawiali ze sobą.
Próbował chociaż podziękować.
Nie mógł.
Jakby stracił głos.
Cóż, złoży to na karb wychłodzenia. Bardzo, bardzo cicho przyłożył wargi do zrębu kubka, przyciągając do siebie ciasno kolana i podnosząc oczy w stronę Selwyna w ciekawości jak mu pójdzie, bo nie wątpił wcale w to, że mu pójdzie. Tak pięknie palił niedawno jeszcze różane ogrody u Blacków na weselu…