09.09.2025, 22:43 ✶
Chłopiec przeżyje lub umrze. Nawet jeśli nie było mu pisane umierać w chacie na kurzej stopie, i tak umrze, ale gdzie indziej, kiedy indziej — to było coś, co należało zaakceptować. Nie oznaczało to jednakże, że był sens przedwcześnie przecinać tak piękną nić, która mogła wciąż snuć się po świecie.
Był piękny, gdy się przeistaczał na jej oczach: zwierzę-człowiek-roślina. Przekrój Natury zamnięty w jednej istocie — Książę Kniei. Pełnia.
Helloise była zachwycona. Nie cofała się, mimo że niedźwiedzie pazury pozostawiły na jej meblach dowód, że są ostre i mocne. Nie odstręczał jej ostry zapach jego krwi ani błoto, które rozchlapywał dookoła. Próbowała pokierować chłopaka na łóżko, położyć go tam, aby zająć się rannym.
W blasku świec rozpoznała tę twarz.
To spienione, wartkie źródło wybiło ze skał twardych i zdradliwie śliskich. Spływając przez las wśród kojącego szumu drzew, strumień łagodniał, lecz samo to źródło szumiało krystalicznie czystym, niepohamowanym gniewem wodospadu.
— Hela. — Zakrzywiony pazur pomarszczonej starczej dłoni zastukał w blat przed skupioną na kleceniu wianków dziewczyną. — Helloise.
Nastolatka zmarszczyła brwi. Warknęła, jak dzikie zwierzę próbujące ogonić się od natręta. Ostatecznie spojrzała na zgarbioną babuszkę.
— Zaraz wrócę. Popilnuj stoiska.
Babci Teofili odpowiedział tylko naburmuszony pomruk, po którym Helloise wróciła do swojego zajęcia. Stara mimo to odeszła w głąb magicznego bazaru, na którym wszelkiej maści wyrobnicy wpychali przechodniom do gardeł swoją jarmarczną tandetę, która miała wprowadzić ich w odpowiedni nastrój i przygotować na świętowanie sabatu Beltane roku 1957.
Tyle że Helloise Rowle nie była żadną pierdoloną jarmarczną przekupą. O odruch wymiotny przyprawiały ją te uśmiechnięte lale za ladami i chłopy-naganiacze, którzy w ciasnych alejkach wychylali się ze swoich straganów i wyciągali do przechodniów ręce. Wszystko, żeby trudniej było się od nich opędzić. Siedzenie za ladą przy jednym z tych kiczowatych stoisk było poniżej godności Helloise — bo godność miała, wbrew temu, o co oskarżali ją po ucieczce z domu… prawie wszyscy. Płaszczenie się przed byle kim, byleby wziął od ciebie nikomu niepotrzebnego śmiecia — na tym dopiero można było stracić godność. Spuszczała więc nisko głowę nad plecionym wianuszkiem i próbowała ukryć się za włosami, żeby nie rozpoznał jej przypadkiem ani nikt ze szkoły, ani żaden znajomy rodziców.
Babuszka Teofila trudniła się wszystkim i niczym — na jej stoisku obok słojów z przetworami i suszonymi ziołami oraz grzybami wisiały amulety, wieńce, kadzidła, kryształy. Z największym umiłowaniem jednak rzeźbiła w drewnie zabawki. Wymizerowana i blada jak upiór Helloise siedziała więc wśród wystawy pełnej drewnianych kukieł i pajacyków, pociągów ze skrzypiącymi kółkami, magicznych klocków, stosów figurek o wizerunkach rozmaitych zwierzątek leśnych i innego tego typu badziewia dla gówniarzy. Na twarz Rowle przybrała tak odpychający grymas, na jaki tylko było ją stać (a w strojeniu min miała nie byle jakie doświadczenie), lecz mimo to znalazła się w tłumie dziesięcioletnia dziewczynka, której nie zniechęciła zmanierowana osiemnastolatka za ladą.
— Dzień dobry — wyszczebiotała mała zza uśmiechu, który obnażył brak dwóch czy trzech najdalszych mleczaków.
Helloise nie podniosła nawet głowy znad wianka, w który wplatała pieczołowicie cienkie gałązki kwiatów jabłoni. Dziewczynka rozejrzała się po stosach zabawek, wśród których wypatrzyła drewnianą replikę Hogwarts Express. Uniosła ją zachwycona, po czym przejechała nią po na ladzie tuż przed nosem Heli. Magiczny mechanizm zabawki uruchomił się, a z komina lokomotywy popłynął czarny dym.
— Wooow. Mamo! — Odwróciła się do stojącej kilka stoisk dalej czarownicy. — Mamo, chcę pociąg!
Zajęta wybieraniem jakiegoś domowego badziewia mama pomachała dzieciakowi ręką, aby poczekał chwilę. Dziewczynka wróciła więc do eksplorowania asortymentu Teofili.
— Chcę też wianek — tym razem mała spróbowała ponownie odezwać się do Helloise, która to wciąż ignorowała ją w najlepsze.
Dziewczynka przeszła do wystawionych na stojakach wianków. Gdy Hela schyliła się pod ladę do kosza z kwiatami, małe rączki odnalazły jej wianek. Ledwie czarownica wyprostowała się z garścią świeżego zielska, dostrzegła to i wypuściła gniewnie powietrze nosem.
— Zostaw. To moje — wycedziła, chwytając z bolesną siłą drobną dziecięcą rączkę.
Wianek nie był najpiękniejszy. W tej kompozycji nic do siebie nie pasowało, Helloise włożyła w niego wszystko, co znalazła: bławatki, forsycje, folksy, drobne stokrotki i gęste kiście lilaków. Wyglądał koszmarnie, ale był jej.
— Tylko obejrzę — pisnęła dziewczynka, zaciskając paluszki mocniej na wianku.
Opór jedynie rozsierdził Rowle.
— Ty mała dziwko — syknęła jadowicie. Wyrzuciła wybrane chwilę wcześniej kwiaty i pociągnęła rozkapryszonego dzieciaka za włosy.
Dziewczynka straciła równowagę i z krzykiem poleciała na ladę, upuszczając wianek, który natychmiast przejęła jego właścicielka. Mała zapłakana buźka podniosła się, a jej szloch zaalarmował matkę, zwrócił uwagę kręcących się najbliżej czarodziejów, spomiędzy stoisk wygramoliła się również niedołężna babuszka Teofila. Wokół straganu rozpętał się chaos, a Helloise stała wśród niego nieruchoma, dysząc wściekle. Słuchała, jak jej opiekunka próbuje załagodzić sytuację. Dziecko, zaatakowała dziecko, nie, to nie jest tylko wybryk, mąż zaraz pójdzie po brygadę, ostrzegam, to nie obędzie się bez konsekwencji.
Ktoś szarpnął ją za ramię. Matka jebanego dzieciaka szarpnęła ją za ramię.
Helloise nie potrafiła odnaleźć w pamięci, jaką dokładnie wulgarną pyskówką odwinęła się tej babie. Może nie dosłyszała samej siebie w hałasie bazarowej burdy. Pamiętała, jak wyrwała się i uciekła w tłum. Jak szła gniewnie przez to zbiorowisko przekup i tępych wieśniaków. Każdy krok ślicznych beżowych balerinek dudnił jej w uszach głuchym tąpnięciem, ręką przytrzymywała wianek na odchylonej do tyłu głowie. W grawitacji szukała wsparcia, aby łzy nie popłynęły jej po policzkach.
Miała przejebane. Raz za razem. Znów i znów. Całe życie słuchała połajanek. Zawsze ktoś był na nią zły. A ona chciała tylko spokoju.
Wcisnęła się w szczelinę między straganami, aby oprzeć się plecami o tyły jednej z bud. Mrugała intensywnie, próbując rozpędzić łzy. Była zbyt dumna na płakanie.
Był piękny, gdy się przeistaczał na jej oczach: zwierzę-człowiek-roślina. Przekrój Natury zamnięty w jednej istocie — Książę Kniei. Pełnia.
Helloise była zachwycona. Nie cofała się, mimo że niedźwiedzie pazury pozostawiły na jej meblach dowód, że są ostre i mocne. Nie odstręczał jej ostry zapach jego krwi ani błoto, które rozchlapywał dookoła. Próbowała pokierować chłopaka na łóżko, położyć go tam, aby zająć się rannym.
W blasku świec rozpoznała tę twarz.
———
To spienione, wartkie źródło wybiło ze skał twardych i zdradliwie śliskich. Spływając przez las wśród kojącego szumu drzew, strumień łagodniał, lecz samo to źródło szumiało krystalicznie czystym, niepohamowanym gniewem wodospadu.
— Hela. — Zakrzywiony pazur pomarszczonej starczej dłoni zastukał w blat przed skupioną na kleceniu wianków dziewczyną. — Helloise.
Nastolatka zmarszczyła brwi. Warknęła, jak dzikie zwierzę próbujące ogonić się od natręta. Ostatecznie spojrzała na zgarbioną babuszkę.
— Zaraz wrócę. Popilnuj stoiska.
Babci Teofili odpowiedział tylko naburmuszony pomruk, po którym Helloise wróciła do swojego zajęcia. Stara mimo to odeszła w głąb magicznego bazaru, na którym wszelkiej maści wyrobnicy wpychali przechodniom do gardeł swoją jarmarczną tandetę, która miała wprowadzić ich w odpowiedni nastrój i przygotować na świętowanie sabatu Beltane roku 1957.
Tyle że Helloise Rowle nie była żadną pierdoloną jarmarczną przekupą. O odruch wymiotny przyprawiały ją te uśmiechnięte lale za ladami i chłopy-naganiacze, którzy w ciasnych alejkach wychylali się ze swoich straganów i wyciągali do przechodniów ręce. Wszystko, żeby trudniej było się od nich opędzić. Siedzenie za ladą przy jednym z tych kiczowatych stoisk było poniżej godności Helloise — bo godność miała, wbrew temu, o co oskarżali ją po ucieczce z domu… prawie wszyscy. Płaszczenie się przed byle kim, byleby wziął od ciebie nikomu niepotrzebnego śmiecia — na tym dopiero można było stracić godność. Spuszczała więc nisko głowę nad plecionym wianuszkiem i próbowała ukryć się za włosami, żeby nie rozpoznał jej przypadkiem ani nikt ze szkoły, ani żaden znajomy rodziców.
Babuszka Teofila trudniła się wszystkim i niczym — na jej stoisku obok słojów z przetworami i suszonymi ziołami oraz grzybami wisiały amulety, wieńce, kadzidła, kryształy. Z największym umiłowaniem jednak rzeźbiła w drewnie zabawki. Wymizerowana i blada jak upiór Helloise siedziała więc wśród wystawy pełnej drewnianych kukieł i pajacyków, pociągów ze skrzypiącymi kółkami, magicznych klocków, stosów figurek o wizerunkach rozmaitych zwierzątek leśnych i innego tego typu badziewia dla gówniarzy. Na twarz Rowle przybrała tak odpychający grymas, na jaki tylko było ją stać (a w strojeniu min miała nie byle jakie doświadczenie), lecz mimo to znalazła się w tłumie dziesięcioletnia dziewczynka, której nie zniechęciła zmanierowana osiemnastolatka za ladą.
— Dzień dobry — wyszczebiotała mała zza uśmiechu, który obnażył brak dwóch czy trzech najdalszych mleczaków.
Helloise nie podniosła nawet głowy znad wianka, w który wplatała pieczołowicie cienkie gałązki kwiatów jabłoni. Dziewczynka rozejrzała się po stosach zabawek, wśród których wypatrzyła drewnianą replikę Hogwarts Express. Uniosła ją zachwycona, po czym przejechała nią po na ladzie tuż przed nosem Heli. Magiczny mechanizm zabawki uruchomił się, a z komina lokomotywy popłynął czarny dym.
— Wooow. Mamo! — Odwróciła się do stojącej kilka stoisk dalej czarownicy. — Mamo, chcę pociąg!
Zajęta wybieraniem jakiegoś domowego badziewia mama pomachała dzieciakowi ręką, aby poczekał chwilę. Dziewczynka wróciła więc do eksplorowania asortymentu Teofili.
— Chcę też wianek — tym razem mała spróbowała ponownie odezwać się do Helloise, która to wciąż ignorowała ją w najlepsze.
Dziewczynka przeszła do wystawionych na stojakach wianków. Gdy Hela schyliła się pod ladę do kosza z kwiatami, małe rączki odnalazły jej wianek. Ledwie czarownica wyprostowała się z garścią świeżego zielska, dostrzegła to i wypuściła gniewnie powietrze nosem.
— Zostaw. To moje — wycedziła, chwytając z bolesną siłą drobną dziecięcą rączkę.
Wianek nie był najpiękniejszy. W tej kompozycji nic do siebie nie pasowało, Helloise włożyła w niego wszystko, co znalazła: bławatki, forsycje, folksy, drobne stokrotki i gęste kiście lilaków. Wyglądał koszmarnie, ale był jej.
— Tylko obejrzę — pisnęła dziewczynka, zaciskając paluszki mocniej na wianku.
Opór jedynie rozsierdził Rowle.
— Ty mała dziwko — syknęła jadowicie. Wyrzuciła wybrane chwilę wcześniej kwiaty i pociągnęła rozkapryszonego dzieciaka za włosy.
Dziewczynka straciła równowagę i z krzykiem poleciała na ladę, upuszczając wianek, który natychmiast przejęła jego właścicielka. Mała zapłakana buźka podniosła się, a jej szloch zaalarmował matkę, zwrócił uwagę kręcących się najbliżej czarodziejów, spomiędzy stoisk wygramoliła się również niedołężna babuszka Teofila. Wokół straganu rozpętał się chaos, a Helloise stała wśród niego nieruchoma, dysząc wściekle. Słuchała, jak jej opiekunka próbuje załagodzić sytuację. Dziecko, zaatakowała dziecko, nie, to nie jest tylko wybryk, mąż zaraz pójdzie po brygadę, ostrzegam, to nie obędzie się bez konsekwencji.
Ktoś szarpnął ją za ramię. Matka jebanego dzieciaka szarpnęła ją za ramię.
Helloise nie potrafiła odnaleźć w pamięci, jaką dokładnie wulgarną pyskówką odwinęła się tej babie. Może nie dosłyszała samej siebie w hałasie bazarowej burdy. Pamiętała, jak wyrwała się i uciekła w tłum. Jak szła gniewnie przez to zbiorowisko przekup i tępych wieśniaków. Każdy krok ślicznych beżowych balerinek dudnił jej w uszach głuchym tąpnięciem, ręką przytrzymywała wianek na odchylonej do tyłu głowie. W grawitacji szukała wsparcia, aby łzy nie popłynęły jej po policzkach.
Miała przejebane. Raz za razem. Znów i znów. Całe życie słuchała połajanek. Zawsze ktoś był na nią zły. A ona chciała tylko spokoju.
Wcisnęła się w szczelinę między straganami, aby oprzeć się plecami o tyły jednej z bud. Mrugała intensywnie, próbując rozpędzić łzy. Była zbyt dumna na płakanie.
dotknij trawy