08.09.2025, 14:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.09.2025, 14:42 przez Benjy Fenwick.)
Parsknąłem głośno, kiedy Ambroise uznał za stosowne przypomnieć wszystkim, że zrobiłem z siebie inwalidę nieudanym Episkey. Jasne, że musiał, to był idealny moment, żeby wbić szpilę. Wywróciłbym oczami, ale parsknięcie wystarczyło, żeby przeszyć mi twarz bólem, więc darowałem sobie dodatkowe atrakcje. Zaciągnąłem się powietrzem, już prawie zbywając go ironią - machnąłbym ręką, bo jego docinki były dla mnie równie codzienne, jak poranna kawa, ale zanim zdążyłem to zrobić, usłyszałem komentarz ze strony Prudence, która postanowiła odezwać się w mojej obronie. Zamknąłem usta na chwilę, mierząc ją spojrzeniem.
- Plawda. - Odezwałem się, z pozoru spokojnie, nie patrząc na Greengrassa, tylko cały czas spoglądając na moją dziewczynę. Znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, skąd brał się ten ton i wzrok skierowany w stronę człowieka, który złamał mi nos - to była troska podszyta gniewem, wycelowana w Ambroise’a, jak precyzyjnie rzucony nóż - ale ja nie potrzebowałem obrońcy. Nie potrzebowałem, żeby ktoś tłumaczył za mnie, dlaczego stoję tu z zakrwawioną gębą, nie cierpiałem tego.
To było naturalne, że chciała stanąć po mojej stronie. Problem w tym, że nienawidziłem, gdy robiło się ze mnie ofiarę. Nie była to żadna wina
Roise’a, ani przypadek, że skończyłem tak, a nie inaczej. Miał rację, weszliśmy w to obaj, świadomie, na równych zasadach. Wyprostowałem się, ignorując pulsowanie bólu w kościach, które z każdą chwilą dawało o sobie znać coraz mocniej. Niby powinienem docenić, że Prue tak naturalnie stawała po mojej stronie, ale zamiast tego poczułem, jak krew zaczyna mi buzować szybciej. Nie chciałem, żeby przejmowała za mnie odpowiedzialność, nie potrzebowałem tarczy, za którą mógłbym się schować, jej spojrzenie, skierowane najpierw na Greengrassa, potem na mnie, wywoływało we mnie coś, co rozdrażniało mnie bardziej niż pulsujący ból w nosie - miałem wrażenie, jakby próbowała mnie chronić przed samym sobą. Chciałem, żeby widziała we mnie mężczyznę, który potrafi ponieść konsekwencje, a nie kogoś, kto musi być tłumaczony i usprawiedliwiany. Ściągnąłem brwi, wciągając głęboko powietrze, które od razu zapiekło w złamanym nosie. Przeniosłem wzrok na Ambroise’a, potem znów na nią. Chciała, żebym usiadł, a ja poczułem, jak mięśnie odruchowo się spinają. Grzeczne siadanie, pozwalanie na to, by mnie poskładała, jakbym sam nie wiedział, gdzie jest granica… Nie, nie teraz.
- Mhm. - Odpowiedziałem przyjacielowi, podczas gdy wycofywał się, najwyraźniej przeczuwając pismo nosem, usiłując być jak najbardziej dyskretny. Nie mogłem powiedzieć, bym był mu za to wdzięczny - może w innej chwili, ale nie teraz - teraz starałem się nie krzywić ani nie marszczyć brwi, oczekując na zamknięcie się za nim drzwi. Dopiero, gdy trzasnęły, ponownie zabrałem głos. - Plue, nie lób ze mnie biednego chłopca, któly nie wiedział, na co się pisał. Ano telas, ani nigdy. - Powiedziałem, ostrzej niż planowałem, mój głos zabrzmiał twardo, oschle, aż sam poczułem, że to nie brzmiało jak próba łagodzenia, tylko jak cięcie. - Sam się wpędziłem w taki stan, to moja splawa, ja tesz udeszałem i nie zamieszam zszucaś wszystkiego na innych. - Dodałem chłodno, nawet jeśli w środku wiedziałem, że ona ma inne zdanie. - Więc nie tłumacz mnie kosztem innych. - Nie zamierzałem wyglądać jak ktoś, komu trzeba współczuć. Zdecydowanie wolałem uchodzić za upartego idiotę niż za człowieka, któremu trzeba podawać krzesło i mówić, co ma zrobić. - Poladzę sobie. Mam od tego eliksily. - Uciąłem, stojąc twardo w miejscu, mimo że pulsująca głowa domagała się czegoś innego.
!Strach przed imieniem
- Plawda. - Odezwałem się, z pozoru spokojnie, nie patrząc na Greengrassa, tylko cały czas spoglądając na moją dziewczynę. Znałem ją na tyle dobrze, żeby wiedzieć, skąd brał się ten ton i wzrok skierowany w stronę człowieka, który złamał mi nos - to była troska podszyta gniewem, wycelowana w Ambroise’a, jak precyzyjnie rzucony nóż - ale ja nie potrzebowałem obrońcy. Nie potrzebowałem, żeby ktoś tłumaczył za mnie, dlaczego stoję tu z zakrwawioną gębą, nie cierpiałem tego.
To było naturalne, że chciała stanąć po mojej stronie. Problem w tym, że nienawidziłem, gdy robiło się ze mnie ofiarę. Nie była to żadna wina
Roise’a, ani przypadek, że skończyłem tak, a nie inaczej. Miał rację, weszliśmy w to obaj, świadomie, na równych zasadach. Wyprostowałem się, ignorując pulsowanie bólu w kościach, które z każdą chwilą dawało o sobie znać coraz mocniej. Niby powinienem docenić, że Prue tak naturalnie stawała po mojej stronie, ale zamiast tego poczułem, jak krew zaczyna mi buzować szybciej. Nie chciałem, żeby przejmowała za mnie odpowiedzialność, nie potrzebowałem tarczy, za którą mógłbym się schować, jej spojrzenie, skierowane najpierw na Greengrassa, potem na mnie, wywoływało we mnie coś, co rozdrażniało mnie bardziej niż pulsujący ból w nosie - miałem wrażenie, jakby próbowała mnie chronić przed samym sobą. Chciałem, żeby widziała we mnie mężczyznę, który potrafi ponieść konsekwencje, a nie kogoś, kto musi być tłumaczony i usprawiedliwiany. Ściągnąłem brwi, wciągając głęboko powietrze, które od razu zapiekło w złamanym nosie. Przeniosłem wzrok na Ambroise’a, potem znów na nią. Chciała, żebym usiadł, a ja poczułem, jak mięśnie odruchowo się spinają. Grzeczne siadanie, pozwalanie na to, by mnie poskładała, jakbym sam nie wiedział, gdzie jest granica… Nie, nie teraz.
- Mhm. - Odpowiedziałem przyjacielowi, podczas gdy wycofywał się, najwyraźniej przeczuwając pismo nosem, usiłując być jak najbardziej dyskretny. Nie mogłem powiedzieć, bym był mu za to wdzięczny - może w innej chwili, ale nie teraz - teraz starałem się nie krzywić ani nie marszczyć brwi, oczekując na zamknięcie się za nim drzwi. Dopiero, gdy trzasnęły, ponownie zabrałem głos. - Plue, nie lób ze mnie biednego chłopca, któly nie wiedział, na co się pisał. Ano telas, ani nigdy. - Powiedziałem, ostrzej niż planowałem, mój głos zabrzmiał twardo, oschle, aż sam poczułem, że to nie brzmiało jak próba łagodzenia, tylko jak cięcie. - Sam się wpędziłem w taki stan, to moja splawa, ja tesz udeszałem i nie zamieszam zszucaś wszystkiego na innych. - Dodałem chłodno, nawet jeśli w środku wiedziałem, że ona ma inne zdanie. - Więc nie tłumacz mnie kosztem innych. - Nie zamierzałem wyglądać jak ktoś, komu trzeba współczuć. Zdecydowanie wolałem uchodzić za upartego idiotę niż za człowieka, któremu trzeba podawać krzesło i mówić, co ma zrobić. - Poladzę sobie. Mam od tego eliksily. - Uciąłem, stojąc twardo w miejscu, mimo że pulsująca głowa domagała się czegoś innego.
!Strach przed imieniem
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)