08.09.2025, 13:40 ✶
Organizacja ceremonii w tym miejscu z pewnością nie należała do pomysłów, które mógłby odrzucić, choćby nawet niekoniecznie pałał entuzjazmem do okolicznych lasów, jeszcze kilka dni wcześniej nie mając nawet najmniejszego zamiaru wracać tam przynajmniej przez kilka następnych miesięcy, jeśli nie lat. W dalszym ciągu zdarzało mu się bardzo źle sypiać, szczególnie podczas ostatnich nocnych dyżurów, gdy co prawda mógł przymknąć oko na godzinę albo dwie, ale nie zrobił tego ze względu na dręczące go koszmary. W domu było zdecydowanie łatwiej, przy Geraldine zawsze czuł się znacznie bardziej spokojny, jednak nie mógł ukryć przed sobą faktu, że wszystkie obrazy przywoływane nocami przez pamięć dosyć mocno go męczyły.
Nie mieli jeszcze okazji poruszyć tego tematu, zresztą w dalszym ciągu niekoniecznie palił się do rozmawiania o własnych słabościach, a okoliczności zewnętrzne raczej nie sprzyjały tym rozmowom. Mieli znacznie więcej innych, bardziej naglących spraw na głowie od tego, z czym sam powinien nauczyć się sobie radzić. Z czym tylko samemu mógł zawalczyć, co poniekąd robił nawet właśnie w tej chwili, w tym momencie i co niechybnie miał robić przez najbliższe dni prowadzące do ślubu w plenerze. Tu. W Snowdonii. W miejscu, w którym nie zamierzał być, a jednak nie tylko przebywał już przez wiele godzin, lecz także z którym łączyła go i miała go łączyć głębsza historia niż zaledwie pół koszmarnego dnia.
Przebywając samemu w bibliotece i wpatrując się w góry w oddali na horyzoncie, nie czuł już tego napięcia, które towarzyszyło mu na początku poranka. Wręcz przeciwnie. Rozluźnił ramiona i barki, przestał nazbyt mocno prostować plecy. Czuł się lekko, może odrobinę ulegając tej specyficznej jesiennej nostalgii, ale wyłącznie w pozytywnym sensie, inaczej niż przed paroma tygodniami. Szczególnie w tym konkretnym miejscu, które nieodmiennie kojarzyło mu się z bardzo konkretnymi upojnymi chwilami, nie do końca pasującymi do funkcji, jaką pełniło pomieszczenie. Ale tym lepiej, czyż nie? Lubił ten rodzaj oryginalności.
I niechybnie nie miałby zupełnie nic przeciwko niewielkiemu ulegnięciu tej chwili nostalgii, gdy już przestał być sam, zbliżając się do jego dziewczyny...
...narzeczonej. Jego narzeczonej. Gdyby tylko mieli taką możliwość, nie musząc wybierać pomiędzy powrotem do Exmoor (lepsza opcja) a pozostaniem w Snowdonii (niezgorsza możliwość, ale pierwsza zdecydowanie bardziej im pasowała, przynajmniej w tej chwili). Geraldine wróciła z rozmowy, więc mogli niedługo powoli kierować się w stronę drzwi, dając jej rodzinie czas na przetworzenie nowości.
I to jeszcze nie wszystkich. Musieli dawkować przepływ informacji, czyż nie? W tej chwili ślub był najnaturalniejszą z wiadomości. I zdecydowanie został bardzo ochoczo przyjęty.
- Mówisz, że powinienem przenegocjować temat posagu? - Odparł bez mrugnięcia okiem, nawet jeśli ton jego głosu otwarcie wskazywał na to, że nijak nie interesowały go kwestie dopłaty za możliwość spędzenia reszty życia z kobietą, w której był po prostu kurewsko zakochany.
Ot co. Nie potrzebował nic więcej. Nie zwracał na to jakiejkolwiek uwagi. Od samego początku, przez te wszystkie minione lata i doświadczenia, w żadnym momencie nie chodziło mu o żadne korzyści materialne mogące płynąć z ich unii. To nie było w jego stylu i, całe szczęście, nie było także w guście jego rodziny. Nie podchodzono do tego jak do transakcji, co było niestety niechlubną normą w ich kręgach. Mieli tyle szczęścia, że mogli zaliczyć to do nieistotnych detali.
Mimo to nie mógł darować sobie tej okazji. Skoro już Geraldine postanowiła wspomnieć mu o podejściu matki, które jak na jego ucho brzmiało naprawdę prawdopodobnie, bo już przed laty Jennifer rzeczywiście wzięła sobie za nieoficjalny cel ohajtanie córki (stąd tamta kreacja, czyż nie? stąd komentarze o pannie w Londynie) nie mógł, po prostu nie mógł nie podjąć tematu.
- Dwa tysiące akrów ziemi z domem brzmi dobrze. Konie może sobie darować - nieczęsto mówił o swojej antypatii do zwierząt kopytnych, ale w tym wypadku raczej winien umieścić to w klauzuli. - Posadzę tam czereśnie albo śliwki. Może wykopię staw z rybami. Mam doświadczenie w tworzeniu bajor - dodał, tym razem nieco autoironicznie, bo o ile jego zbiornik wodny rzeczywiście był czymś, czym mógł się wtedy pochwalić, cały tamten wieczór był już zdecydowanie mniej udany.
Ale oto byli tu i teraz, czyż nie? Mimo wszystko. Nawet mierząc się z wszelkimi możliwymi przeciwnościami losu, wciąż stali w bibliotece w Snowdonii, tuż obok siebie, choć wciąż jeszcze nie tak blisko jak mogli to robić. Niechybnie musiał zadbać o to, by to także uległo zmianie. Gest, jaki mu przyszedł był wyjątkowo niewymuszony, cholernie naturalny.
Oparł się tyłem o parapet, czując chłód drewna pod plecami. Ramiona miał opuszczone nisko, dłonie spoczywały na talii narzeczonej, ale nie zatrzymały się tam długo. Przesunęły się wolno, bez zawahania, niżej, coraz niżej, aż w końcu wylądowały otwarcie na jej pośladkach. A potem padło pytanie.
Oczywiście, że spodziewał się tej odpowiedzi. Nie mogłoby być inaczej. On także odczuwał dokładnie to samo zadowolenie. On również nie czuł, aby robili cokolwiek wbrew sobie, nawet jeśli bez wątpienia już teraz było trochę inaczej niż kiedykolwiek. Nie do końca tak jak mogli to sobie zaplanować bądź też wyobrazić. Ale to wcale nie znaczyło gorzej, prawda?
W istocie, może niezbyt wiele o tym mówił. Być może z jego ust nie padało zbyt wiele pięknych słów i jeszcze piękniejszych zapewnień, ale przecież nigdy nie był takim człowiekiem, czyż nie? Zdecydowanie wolał pokazywać swoje podejście poprzez czyny. Robić, nie mówić. Angażować się fizycznie, nie poprzez czcze gadanie, choć jednocześnie...
...starał się. Naprawdę starał się zmienić coś w tej części własnej natury. Prowadzić więcej błogich rozmów. To był jednak niewątpliwie wyjątkowo długi i skomplikowany proces. Trudno było mu bowiem mówić o uczuciach, miewał problemy z tym, aby w ogóle móc je jasno określić. W tym momencie był szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy. Nawet jeśli przekornie wzruszył ramionami, odchrząkując i nie odpowiadając nic na pytanie.
W istocie jednak przeciągał tę sekundę, by jeszcze chwilę napawać się kolorem jej oczu. Biblioteka, rozległa i cicha, należała wyłącznie do nich. Uniósł nieco brew i pochylił się bliżej, tak że ciepło jego oddechu dotknęło skóry przy uchu dziewczyny. Palce zacisnęły się mocniej na jej biodrach. Kiedy nie zaprotestowała, przeciągnął spojrzeniem po jej ustach, tylko na sekundę, by znów wrócić do oczu, w których mógłby utonąć, gdyby tylko sobie na to pozwolił. Pokusa była obezwładniająca, cholernie silna, tak silna, że każdy ruch dłoni i każde słowo wypowiedziane na granicy szeptu prowadziło go głębiej w to, z czego nie chciał się wycofywać.
W tym tkwił problem. Niby mieli wracać niedługo na wieś, niby czas ich naglił, a on obiecał sobie, że wizyta nie przeciągnie się ani o chwilę. Ale im dłużej patrzył w błękitne oczy dziewczyny, im bardziej czuł ciepło jej ciała pod dłońmi, tym bardziej każda myśl o powrocie rozpadała się w proch i pył.
Mogli zostać na noc, prawda? To wszystko zależało od ich wspólnych decyzji. Jak zawsze. Odzyskiwali kontrolę nad własnym życiem, nawet jeśli w inny sposób niż kiedykolwiek wcześniej.
- Jestem - zaczął wreszcie, zniżając głos - zadowolony brzmi, jakbym nie chciał już nic więcej - a przecież wiedzieli, że tak nie jest.
Chciał wszystkiego. Dla niej, dla siebie, dla nich.
- Kurewsko szczęśliwy - stwierdził więc, unosząc kącik ust.
Tak lepiej. Bez wątpienia.
Nie mieli jeszcze okazji poruszyć tego tematu, zresztą w dalszym ciągu niekoniecznie palił się do rozmawiania o własnych słabościach, a okoliczności zewnętrzne raczej nie sprzyjały tym rozmowom. Mieli znacznie więcej innych, bardziej naglących spraw na głowie od tego, z czym sam powinien nauczyć się sobie radzić. Z czym tylko samemu mógł zawalczyć, co poniekąd robił nawet właśnie w tej chwili, w tym momencie i co niechybnie miał robić przez najbliższe dni prowadzące do ślubu w plenerze. Tu. W Snowdonii. W miejscu, w którym nie zamierzał być, a jednak nie tylko przebywał już przez wiele godzin, lecz także z którym łączyła go i miała go łączyć głębsza historia niż zaledwie pół koszmarnego dnia.
Przebywając samemu w bibliotece i wpatrując się w góry w oddali na horyzoncie, nie czuł już tego napięcia, które towarzyszyło mu na początku poranka. Wręcz przeciwnie. Rozluźnił ramiona i barki, przestał nazbyt mocno prostować plecy. Czuł się lekko, może odrobinę ulegając tej specyficznej jesiennej nostalgii, ale wyłącznie w pozytywnym sensie, inaczej niż przed paroma tygodniami. Szczególnie w tym konkretnym miejscu, które nieodmiennie kojarzyło mu się z bardzo konkretnymi upojnymi chwilami, nie do końca pasującymi do funkcji, jaką pełniło pomieszczenie. Ale tym lepiej, czyż nie? Lubił ten rodzaj oryginalności.
I niechybnie nie miałby zupełnie nic przeciwko niewielkiemu ulegnięciu tej chwili nostalgii, gdy już przestał być sam, zbliżając się do jego dziewczyny...
...narzeczonej. Jego narzeczonej. Gdyby tylko mieli taką możliwość, nie musząc wybierać pomiędzy powrotem do Exmoor (lepsza opcja) a pozostaniem w Snowdonii (niezgorsza możliwość, ale pierwsza zdecydowanie bardziej im pasowała, przynajmniej w tej chwili). Geraldine wróciła z rozmowy, więc mogli niedługo powoli kierować się w stronę drzwi, dając jej rodzinie czas na przetworzenie nowości.
I to jeszcze nie wszystkich. Musieli dawkować przepływ informacji, czyż nie? W tej chwili ślub był najnaturalniejszą z wiadomości. I zdecydowanie został bardzo ochoczo przyjęty.
- Mówisz, że powinienem przenegocjować temat posagu? - Odparł bez mrugnięcia okiem, nawet jeśli ton jego głosu otwarcie wskazywał na to, że nijak nie interesowały go kwestie dopłaty za możliwość spędzenia reszty życia z kobietą, w której był po prostu kurewsko zakochany.
Ot co. Nie potrzebował nic więcej. Nie zwracał na to jakiejkolwiek uwagi. Od samego początku, przez te wszystkie minione lata i doświadczenia, w żadnym momencie nie chodziło mu o żadne korzyści materialne mogące płynąć z ich unii. To nie było w jego stylu i, całe szczęście, nie było także w guście jego rodziny. Nie podchodzono do tego jak do transakcji, co było niestety niechlubną normą w ich kręgach. Mieli tyle szczęścia, że mogli zaliczyć to do nieistotnych detali.
Mimo to nie mógł darować sobie tej okazji. Skoro już Geraldine postanowiła wspomnieć mu o podejściu matki, które jak na jego ucho brzmiało naprawdę prawdopodobnie, bo już przed laty Jennifer rzeczywiście wzięła sobie za nieoficjalny cel ohajtanie córki (stąd tamta kreacja, czyż nie? stąd komentarze o pannie w Londynie) nie mógł, po prostu nie mógł nie podjąć tematu.
- Dwa tysiące akrów ziemi z domem brzmi dobrze. Konie może sobie darować - nieczęsto mówił o swojej antypatii do zwierząt kopytnych, ale w tym wypadku raczej winien umieścić to w klauzuli. - Posadzę tam czereśnie albo śliwki. Może wykopię staw z rybami. Mam doświadczenie w tworzeniu bajor - dodał, tym razem nieco autoironicznie, bo o ile jego zbiornik wodny rzeczywiście był czymś, czym mógł się wtedy pochwalić, cały tamten wieczór był już zdecydowanie mniej udany.
Ale oto byli tu i teraz, czyż nie? Mimo wszystko. Nawet mierząc się z wszelkimi możliwymi przeciwnościami losu, wciąż stali w bibliotece w Snowdonii, tuż obok siebie, choć wciąż jeszcze nie tak blisko jak mogli to robić. Niechybnie musiał zadbać o to, by to także uległo zmianie. Gest, jaki mu przyszedł był wyjątkowo niewymuszony, cholernie naturalny.
Oparł się tyłem o parapet, czując chłód drewna pod plecami. Ramiona miał opuszczone nisko, dłonie spoczywały na talii narzeczonej, ale nie zatrzymały się tam długo. Przesunęły się wolno, bez zawahania, niżej, coraz niżej, aż w końcu wylądowały otwarcie na jej pośladkach. A potem padło pytanie.
Oczywiście, że spodziewał się tej odpowiedzi. Nie mogłoby być inaczej. On także odczuwał dokładnie to samo zadowolenie. On również nie czuł, aby robili cokolwiek wbrew sobie, nawet jeśli bez wątpienia już teraz było trochę inaczej niż kiedykolwiek. Nie do końca tak jak mogli to sobie zaplanować bądź też wyobrazić. Ale to wcale nie znaczyło gorzej, prawda?
W istocie, może niezbyt wiele o tym mówił. Być może z jego ust nie padało zbyt wiele pięknych słów i jeszcze piękniejszych zapewnień, ale przecież nigdy nie był takim człowiekiem, czyż nie? Zdecydowanie wolał pokazywać swoje podejście poprzez czyny. Robić, nie mówić. Angażować się fizycznie, nie poprzez czcze gadanie, choć jednocześnie...
...starał się. Naprawdę starał się zmienić coś w tej części własnej natury. Prowadzić więcej błogich rozmów. To był jednak niewątpliwie wyjątkowo długi i skomplikowany proces. Trudno było mu bowiem mówić o uczuciach, miewał problemy z tym, aby w ogóle móc je jasno określić. W tym momencie był szczęśliwy. Po prostu szczęśliwy. Nawet jeśli przekornie wzruszył ramionami, odchrząkując i nie odpowiadając nic na pytanie.
W istocie jednak przeciągał tę sekundę, by jeszcze chwilę napawać się kolorem jej oczu. Biblioteka, rozległa i cicha, należała wyłącznie do nich. Uniósł nieco brew i pochylił się bliżej, tak że ciepło jego oddechu dotknęło skóry przy uchu dziewczyny. Palce zacisnęły się mocniej na jej biodrach. Kiedy nie zaprotestowała, przeciągnął spojrzeniem po jej ustach, tylko na sekundę, by znów wrócić do oczu, w których mógłby utonąć, gdyby tylko sobie na to pozwolił. Pokusa była obezwładniająca, cholernie silna, tak silna, że każdy ruch dłoni i każde słowo wypowiedziane na granicy szeptu prowadziło go głębiej w to, z czego nie chciał się wycofywać.
W tym tkwił problem. Niby mieli wracać niedługo na wieś, niby czas ich naglił, a on obiecał sobie, że wizyta nie przeciągnie się ani o chwilę. Ale im dłużej patrzył w błękitne oczy dziewczyny, im bardziej czuł ciepło jej ciała pod dłońmi, tym bardziej każda myśl o powrocie rozpadała się w proch i pył.
Mogli zostać na noc, prawda? To wszystko zależało od ich wspólnych decyzji. Jak zawsze. Odzyskiwali kontrolę nad własnym życiem, nawet jeśli w inny sposób niż kiedykolwiek wcześniej.
- Jestem - zaczął wreszcie, zniżając głos - zadowolony brzmi, jakbym nie chciał już nic więcej - a przecież wiedzieli, że tak nie jest.
Chciał wszystkiego. Dla niej, dla siebie, dla nich.
- Kurewsko szczęśliwy - stwierdził więc, unosząc kącik ust.
Tak lepiej. Bez wątpienia.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down