05.09.2025, 16:08 ✶
Mógł przewidzieć, że ich szczenięcy wybryk nie pozostanie niezauważony. Śmiało założył jednak, że skoro ciotki nie było w domu, nie przyjdzie im zmierzyć się z niczyim gniewem, prócz swojego nawzajem. Tego, który mieli wyładować podczas towarzyskiego sparingu, może lekkiej popisówki, ale raczej nie czegoś, co skończy się przelaniem krwi i niezbyt przyjemnymi obrażeniami.
Z drugiej strony? Od wielu lat powtarzał wszystkim dookoła, co sądzi o zaklęciach pokroju Episkey i próbach zaleczania się uniwersalnymi eliksirami. Być może uszkodził przystojną facjatę kumpla, nie było tu nawet cienia wątpliwości, ale jednocześnie to nie on doprawił te obrażenia do takiego stopnia, jak wyglądało to w momencie, gdy stanęli przed drzwiami gościnnej sypialni. Nie on sprawił, że Fenwick przypominał ofiarę poważnego wypadku, kraksy miotlarskiej zakończonej upadkiem z wysokości.
Gdyby tylko mógł odpowiednio wcześnie zareagować na intencje Benjy'ego, najpewniej nie byłoby aż tak źle jak w tej chwili. Być może nie od razu nastawiłby nos przyjacielowi, wolałby najpierw zejść z nim z ogrodu w jakieś bardziej sterylne, odpowiedniejsze miejsce, ale nie musiałby prowadzić Fenwicka w taki sposób, jakby mieli po sto trzydzieści trzy lata i obaj cierpieliby na zaawansowany reumatyzm.
Przynajmniej nie musiał znosić jęków bólu. Pod tym kątem, jego były przeciwnik naprawdę zachowywał się zupełnie tak, jakby nic mu nie było. Może trochę kuśtykał, zdecydowanie mocno się krzywił, niespecjalnie uważał pod nogi (co było zrozumiałe przy zakrwawionej twarzy), ale nie jęczał, nie zawodził, nie wył ani nie podzwaniał łańcuchami.
Jeszcze nimi nie dzwonił. Nie było żadnej gwarancji, że Prudence nie miała przyczepić Benjy'ego do grzejnika, by ten nie zrobił sobie dalszej krzywdy. W innym wypadku uraz nosa niekoniecznie musiał być ostatnim doznanym przez niego przed ślubem. Ambroise co nieco już wiedział o tym typie podejścia do własnego zdrowia, miał w tym wieloletnie praktyczne doświadczenie, nie? Co prawda, Roise jednocześnie nie miał koleżanki za przesadnie kontrolującą, nazbyt zaaferowaną cudzym życiem osobę, ale...
...no właśnie. Ostatnio zachowywała się zgoła inaczej niż zazwyczaj. Trudno byłoby tego nie zauważyć, a Greengrass przecież zdecydowanie nie był ślepy. Przez ten cały czas, jaki miał okazję obserwować Bletchleyównę, jeszcze nigdy nie widział jej w podobnym nastroju. Być może wczorajszego wieczoru zaliczyła jedną tych nagłych, ponurych chwil, ale w całokształcie wydawała się zdecydowanie szczęśliwsza. I dobrze. Może dzięki temu nie miała zbyt ekspresywnie okazywać niezadowolenia z powodu konieczności udzielania swojemu facetowi pomocy medycznej.
Parsknął pod nosem, słysząc podwójną kurwę, jaka padła z ust wspomnianego kawalera, zanim jeszcze weszli do pomieszczenia.
- Jasne. Sam się tłumacz, ja postoję i popatrzę - odparł bez zająknięcia, nawet jeśli tak naprawdę wcale nie planował spędzać w sypialni gościnnej dłużej niż to było konieczne.
Wzruszył ramionami, puszczając Fenwicka przodem i w przeciwieństwie do przyjaciela, niemal od razu łapiąc spojrzenie Prue. No cóż, raczej niezbyt zadowolone, czyż nie? Mogli się tego spodziewać. A wyjaśnienia? Miał się nie wtrącać, prawda? Nawet jeśli trochę przesadziliśmy brzmiało zgoła śmiesznie, jak naprawdę duże niedoszacowanie, chwilowo zamknął jadaczkę.
Z drugiej strony? Od wielu lat powtarzał wszystkim dookoła, co sądzi o zaklęciach pokroju Episkey i próbach zaleczania się uniwersalnymi eliksirami. Być może uszkodził przystojną facjatę kumpla, nie było tu nawet cienia wątpliwości, ale jednocześnie to nie on doprawił te obrażenia do takiego stopnia, jak wyglądało to w momencie, gdy stanęli przed drzwiami gościnnej sypialni. Nie on sprawił, że Fenwick przypominał ofiarę poważnego wypadku, kraksy miotlarskiej zakończonej upadkiem z wysokości.
Gdyby tylko mógł odpowiednio wcześnie zareagować na intencje Benjy'ego, najpewniej nie byłoby aż tak źle jak w tej chwili. Być może nie od razu nastawiłby nos przyjacielowi, wolałby najpierw zejść z nim z ogrodu w jakieś bardziej sterylne, odpowiedniejsze miejsce, ale nie musiałby prowadzić Fenwicka w taki sposób, jakby mieli po sto trzydzieści trzy lata i obaj cierpieliby na zaawansowany reumatyzm.
Przynajmniej nie musiał znosić jęków bólu. Pod tym kątem, jego były przeciwnik naprawdę zachowywał się zupełnie tak, jakby nic mu nie było. Może trochę kuśtykał, zdecydowanie mocno się krzywił, niespecjalnie uważał pod nogi (co było zrozumiałe przy zakrwawionej twarzy), ale nie jęczał, nie zawodził, nie wył ani nie podzwaniał łańcuchami.
Jeszcze nimi nie dzwonił. Nie było żadnej gwarancji, że Prudence nie miała przyczepić Benjy'ego do grzejnika, by ten nie zrobił sobie dalszej krzywdy. W innym wypadku uraz nosa niekoniecznie musiał być ostatnim doznanym przez niego przed ślubem. Ambroise co nieco już wiedział o tym typie podejścia do własnego zdrowia, miał w tym wieloletnie praktyczne doświadczenie, nie? Co prawda, Roise jednocześnie nie miał koleżanki za przesadnie kontrolującą, nazbyt zaaferowaną cudzym życiem osobę, ale...
...no właśnie. Ostatnio zachowywała się zgoła inaczej niż zazwyczaj. Trudno byłoby tego nie zauważyć, a Greengrass przecież zdecydowanie nie był ślepy. Przez ten cały czas, jaki miał okazję obserwować Bletchleyównę, jeszcze nigdy nie widział jej w podobnym nastroju. Być może wczorajszego wieczoru zaliczyła jedną tych nagłych, ponurych chwil, ale w całokształcie wydawała się zdecydowanie szczęśliwsza. I dobrze. Może dzięki temu nie miała zbyt ekspresywnie okazywać niezadowolenia z powodu konieczności udzielania swojemu facetowi pomocy medycznej.
Parsknął pod nosem, słysząc podwójną kurwę, jaka padła z ust wspomnianego kawalera, zanim jeszcze weszli do pomieszczenia.
- Jasne. Sam się tłumacz, ja postoję i popatrzę - odparł bez zająknięcia, nawet jeśli tak naprawdę wcale nie planował spędzać w sypialni gościnnej dłużej niż to było konieczne.
Wzruszył ramionami, puszczając Fenwicka przodem i w przeciwieństwie do przyjaciela, niemal od razu łapiąc spojrzenie Prue. No cóż, raczej niezbyt zadowolone, czyż nie? Mogli się tego spodziewać. A wyjaśnienia? Miał się nie wtrącać, prawda? Nawet jeśli trochę przesadziliśmy brzmiało zgoła śmiesznie, jak naprawdę duże niedoszacowanie, chwilowo zamknął jadaczkę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down