05.09.2025, 13:24 ✶
Lucy mogła nie mieć ochoty na kolację z Helloise, ale Helloise miała ochotę na kolację z Lucy. Chciała wciągnąć ją do swojego domu, zobaczyć, jaka będzie z nią i dla niej, nie przyczajona samotnie w obskurnym baraku. W kwestii zachcianek nad wyraz często wiedźma przypominała rozpuszczoną panienkę, która nie znała i nie akceptowała odmowy.
Miała dla wampirzycy informacje, nie kłamała, choć niezbyt ją one same w sobie interesowały. Para kochanków była jej obojętna i ściągnęła jej uwagę wyłącznie przez to, że ktoś inny się nimi intensywnie interesował.
Znając drogę przez zarośnięte podwórze na pamięć, szła ku chacie tyłem, jakby bała się, że gdy spuści oczy z Lucy, ta urwie się z jej haczyka i odejdzie. Po twarzy Helloise skakały iskierki łagodnego rozbawienia, gdy widziała tę sztywną niechęć i upór Rosewood.
— Rozluźnij się. Mamy miło spędzić czas. — Mimo rozbawienia, nie kpiła z niej tymi słowami. To była rada. To mogła stać się groźba, szczególnie że w tym uśmiechu i rozbawieniu było coś nieprzyjemnego (sekret tkwi w zawadzie Świr). — Imiona nie mają tutaj znaczenia. Ma znaczenie… czym jesteś? Może jako detektyw sama mogłabyś odnaleźć coś tak błahego jak moje imię? — prowokowała, czerpiąc z tego wyraźnie satysfakcję. — Hel-loise — zdradziła jednak tuż pod progiem, wyciągając z imienia pełnię zaszytej w nim melodyjności, po czym zniknęła w głębi chaty.
Świece zgasły jedna po drugiej, lecz zaraz ciemności kuchni w domku na kurzej stopie rozproszyły wylęgłe ze wszech kątów chmary malutkich, zaklętych kuleczek przypominających świetliki. Wnętrze wypełniał zapach i cienki dym z kadzidła z białej szałwii, a na ścianach spały ćmy podrywające się od czasu do czasu do lotu. Stół do kolacji zastawiono bogato, choć znaczną część przepychu stanowiły dekoracje: kwiatowe wiązanki oraz miękkie kępki mchów służące za puchate serwety pod półmiski. Poczęstunek przypominał raczej podwieczorek niż kolację: sezonowe owoce i jagody, ciasteczka miodowo-słonecznikowe, drożdżówki, a do tego gliniany imbryczek ziołowej herbaty. W centralnym miejscu stołu dumnie spoczywał zaś pucharek wypełniony z górką ulubionymi czekoladkami Lucy.
Ledwie wampirzyca przekroczyła próg, na podwórzu z tyłu zapiał kogut, a kolanko kurzej stopki wyprostowało się — domek oderwał się od ziemi i zawisł w górze. Ruch był na tyle płynny, aby frykasy wystawione na stole nie zsunęły się z niego. Nie zrobił również ów zryw wrażenia na Helloise. Kobieta zasiadła przy stole, wskazując swojemu gościowi miejsce naprzeciw.
— Nie lubię przypatrywać się ludziom, jeśli mam być szczera. Smucą mnie. Jesteś człowiekiem? — Nie słychać było jednakże tego rzekomego smutku przez nieporuszony uśmiech. — Czy jest na tym stole coś pożywnego?
Miała dla wampirzycy informacje, nie kłamała, choć niezbyt ją one same w sobie interesowały. Para kochanków była jej obojętna i ściągnęła jej uwagę wyłącznie przez to, że ktoś inny się nimi intensywnie interesował.
Znając drogę przez zarośnięte podwórze na pamięć, szła ku chacie tyłem, jakby bała się, że gdy spuści oczy z Lucy, ta urwie się z jej haczyka i odejdzie. Po twarzy Helloise skakały iskierki łagodnego rozbawienia, gdy widziała tę sztywną niechęć i upór Rosewood.
— Rozluźnij się. Mamy miło spędzić czas. — Mimo rozbawienia, nie kpiła z niej tymi słowami. To była rada. To mogła stać się groźba, szczególnie że w tym uśmiechu i rozbawieniu było coś nieprzyjemnego (sekret tkwi w zawadzie Świr). — Imiona nie mają tutaj znaczenia. Ma znaczenie… czym jesteś? Może jako detektyw sama mogłabyś odnaleźć coś tak błahego jak moje imię? — prowokowała, czerpiąc z tego wyraźnie satysfakcję. — Hel-loise — zdradziła jednak tuż pod progiem, wyciągając z imienia pełnię zaszytej w nim melodyjności, po czym zniknęła w głębi chaty.
Świece zgasły jedna po drugiej, lecz zaraz ciemności kuchni w domku na kurzej stopie rozproszyły wylęgłe ze wszech kątów chmary malutkich, zaklętych kuleczek przypominających świetliki. Wnętrze wypełniał zapach i cienki dym z kadzidła z białej szałwii, a na ścianach spały ćmy podrywające się od czasu do czasu do lotu. Stół do kolacji zastawiono bogato, choć znaczną część przepychu stanowiły dekoracje: kwiatowe wiązanki oraz miękkie kępki mchów służące za puchate serwety pod półmiski. Poczęstunek przypominał raczej podwieczorek niż kolację: sezonowe owoce i jagody, ciasteczka miodowo-słonecznikowe, drożdżówki, a do tego gliniany imbryczek ziołowej herbaty. W centralnym miejscu stołu dumnie spoczywał zaś pucharek wypełniony z górką ulubionymi czekoladkami Lucy.
Ledwie wampirzyca przekroczyła próg, na podwórzu z tyłu zapiał kogut, a kolanko kurzej stopki wyprostowało się — domek oderwał się od ziemi i zawisł w górze. Ruch był na tyle płynny, aby frykasy wystawione na stole nie zsunęły się z niego. Nie zrobił również ów zryw wrażenia na Helloise. Kobieta zasiadła przy stole, wskazując swojemu gościowi miejsce naprzeciw.
— Nie lubię przypatrywać się ludziom, jeśli mam być szczera. Smucą mnie. Jesteś człowiekiem? — Nie słychać było jednakże tego rzekomego smutku przez nieporuszony uśmiech. — Czy jest na tym stole coś pożywnego?
dotknij trawy