02.09.2025, 10:38 ✶
- Domyślają - odparł, powtarzając sam siebie, ale tym razem jeszcze bardziej zdecydowanym tonem, nawet jeśli nadal bardziej szeptał niż mówił pełnym głosem. - Jen nigdy nie robi nic przypadkowo - dopowiedział zupełnie tak, jakby Rina nie znała własnej matki.
No cóż, a przecież oboje mieli raczej szerokie doświadczenie związane z odczuwaniem skutków krótko i długofalowych planów Jennifer Yaxley née Borgin. Nie o wszystkich musieli mówić na głos, aby wykształcić w sobie wspólne opinie. Niektóre były po prostu na tyle ostentacyjnie zaplanowane, by trzeba było być zupełnie ślepym, żeby ich nie dostrzec.
Przynajmniej mieli na tyle szczęścia w życiu, że Starej Yaxleyowej od samego początku wyjątkowo pasowała ta narracja, którą oni oboje przyjęli nieco później niż Jen. Przez co najmniej kilka lat słyszał przecież o córce w Londynie. Nie musiał rozmawiać o tym z Geraldine, aby wiedzieć, że o nim też pewnie jej napomykano, zanim mieli okazję zbliżyć się do siebie z własnej woli.
Nie potrzebował jednak wiedzieć szczegółów na temat tego, jak usiłowała sprzedać go teściowa. Obecnie całkiem skutecznie przyszła, co z pewnością miało ją zadowolić. Nie czuł również ochoty powtarzania tego, co sam słyszał. Nie byli zwierzętami na targu, czystokrwistymi końmi czy towarem wyjątkowej klasy, aby potrzebowano ich reklamować. Mimo to, przez wiele lat nasłuchał się dostatecznie dużo. Akurat ta część magicznego dziedzictwa zawsze wyjątkowo go irytowała.
Bez wątpienia cenił sobie tradycję i konserwatywne podejście do życia, ale aranżowane związki małżeńskie nigdy nie były czymś, do czego mógłby podchodzić chociażby z cieniem entuzjazmu. Abstrahując od tego, że przez ponad połowę dotychczasowego życia nie wierzył w prawdziwą miłość czy szczęśliwe zakończenia. Po prostu nie wyobrażał sobie nagłego, wymuszonego związania się z obcą osobą o dostatecznie dobrej genealogii i dużym posagu.
Całe szczęście, jego rodzina nie była pod tym względem zbyt natrętna. Nie miał przewidzianej partnerki, o której wiedziałby jeszcze na długo przed ukończeniem Hogwartu. Później natomiast usiłowano przedstawiać mu kolejne czystokrwiste panny podczas wydarzeń towarzyskich, sabatów czy balów, wciskano mu kolejne osoby towarzyszące, ale niczego na nim nie wymuszano. Miał zresztą wrażenie, że w pewnym momencie robiono to już wyłącznie z czystego obowiązku, nie z tym konkretnym celem, by kogoś sobie znalazł.
Zawsze byli wyłącznie we dwoje. Zawsze mieli być tylko we dwoje. Nie istniał nikt przed Geraldine, kto wzbudziłby w nim chociaż mglisty cień tego chłopięcego entuzjazmu, jaki czuł przy niej od samego początku ich burzliwej znajomości. Nikt nie potrafił wzbudzić w nim tej całej amplitudy emocji. Nie istniała żadna inna osoba, która jednocześnie potrafiłaby go tak uspokoić i wkurwić. Do nikogo innego nie żywił takich uczuć.
I nie miał. Pogodził się z tym przez ten szmat czasu, nawet jeśli w pewnym momencie nie niosło to ze sobą zbyt pozytywnych konkluzji. Nie zamierzał żenić się z nikim innym, więc gdy się rozstali, planował zostać prawdziwym starym kawalerem. Zresztą, nie dało się ukryć, że przekroczył tę magiczną granicę, jeszcze gdy byli parą.
A jednak los ewidentnie chciał inaczej. Miał dla nich zupełnie inne plany. Oto stali więc przed rezydencją, trzymając się za rękę i mając do przekazania nie jedną a dwie informacje. Całe szczęście, obie mające raczej uszczęśliwić gospodarzy, nawet jeśli przynajmniej jedną można było uznać za naprawdę zaskakującą. Mieli tempo, o tak, on sam też nie mógł nie być nieco zaskoczony prędkością, w jakiej zaczęli nadrabiać te wszystkie etapy, przez które nie przeszli przez ostatnie siedem lat. Teraz to była kwestia tygodni, jeśli nie dni. Wszystko samo się układało.
Choć czy aby na pewno?
Dostrzegł ten konkretny uśmieszek. Zresztą, Geraldine nawet go nie ukrywała. Oczywiście, że potrafił rozpoznać u niej ten jawny rodzaj zadowolenia z własnych pomysłów. Sam lekko wywrócił na to oczami, pobłażliwie wzdychając.
- Jak bardzo mam być miły dla teściów? - Spytał, choć i tak nie planował emanować niczym, tylko zwyczajną sympatią, jaką odczuwał wobec obojga.
Chciał jednak wiedzieć, co dokładnie przeskrobała Rina. Co im przekazała i na co powinien się szykować. Jak dużym entuzjazmem mieli emanować na widok ich obojga.
- Niedługo będzie mieć ich całkiem dużo - mruknął, znacząco unosząc przy tym brwi, bo choć to w dalszym ciągu była nowość również dla niego, nie dało się ukryć, że słowa Yaxleyówny zabrzmiały całkiem zabawnie w tym konkretnym kontekście, w jakim również należało brać je pod uwagę.
Gerard na pewno miał mieć wkrótce całkiem sporo okazji, aby wykazać się cierpliwością i zrozumieniem wobec zachcianek córki. Tych zaś na pewno miało być więcej niż jeszcze przed paroma miesiącami. Co prawda, Ambroise szczerze nie wierzył w to, aby miała zacząć bezczelnie grać posiadaną kartą, ale niektóre kwestie pojawiały się same z siebie. Tak było i miało być. Miał tę świadomość, nawet jeśli to było dla nich zupełnie nowe.
Trochę mocniej splótł palce z palcami dziewczyny, darując sobie jednak przyciąganie jej w tej chwili. Powinni mieć to wszystko z głowy. Zbliżała się godzina spotkania, na które wypadało się nie spóźnić, nawet jeśli już byli na miejscu, tuż za drzwiami. Nachylił się jednak lekko, żeby zagarnąć wargi narzeczonej w przelotnym pocałunku, nim jeszcze usłyszał jej kolejne zapewnienie.
Nie, nie sądził, aby miało im pójść aż tak lekko. Rzecz jasna, nie obawiał się odrzucenia ze strony jej rodziców. Co innego wisiało mu z tyłu głowy. Nie sądził, aby mieli stąd wyjść jeszcze przed kolacją. To nie miało być tak szybkie i proste. Zwłaszcza nie przy tych wszystkich informacjach, jakie mieli mieć do przekazania. Każda z nich wręcz prowokowała do świętowania a tutaj świętowało się bardzo...
...srogo.
- A mogliśmy uciec do jakiegoś kowenu zagranicą - mruknął w odpowiedzi, przenosząc wzrok na dłoń Geraldine z pierścionkiem, a potem prostując się, gdy wreszcie pchnęła drzwi do jadalni.
To nie była nawet taka zła wizja. Po prawdzie mówiąc, podobała mu się i to nawet bardzo. Gdyby nie ciążące na nich obowiązki, zdecydowanie mogliby załatwić to w ten sposób. Tylko oni, garstka najbliższych przyjaciół. Planowane wesele również nie miało należeć do największych ani najbardziej z pompą, ale nie dało się ukryć, że organizacja go pochłaniała cholernie dużo czasu, nawet z pomocą ze strony Ursuli. Teraz mieli w to włączyć jeszcze dodatkowe pary rąk.
Tych, na które spojrzał, witając się z rodziną Riny i usiłując nie parsknąć z rozbawieniem na widok, jaki zastał ich w jadalni. Musiał zachować powagę, nawet jeśli gigantyczny, zdecydowanie zbyt duży świniak miał w pysku wyjątkowo czerwone pieczone jabłko i prezentował się zgoła karykaturalnie, jak na liczbę ludzi mających zasiąść do stołu. Domyślali się, a jakże. Widział to w ich spojrzeniach. Pytanie pozostawało, czego. To było najistotniejsze.
No cóż, a przecież oboje mieli raczej szerokie doświadczenie związane z odczuwaniem skutków krótko i długofalowych planów Jennifer Yaxley née Borgin. Nie o wszystkich musieli mówić na głos, aby wykształcić w sobie wspólne opinie. Niektóre były po prostu na tyle ostentacyjnie zaplanowane, by trzeba było być zupełnie ślepym, żeby ich nie dostrzec.
Przynajmniej mieli na tyle szczęścia w życiu, że Starej Yaxleyowej od samego początku wyjątkowo pasowała ta narracja, którą oni oboje przyjęli nieco później niż Jen. Przez co najmniej kilka lat słyszał przecież o córce w Londynie. Nie musiał rozmawiać o tym z Geraldine, aby wiedzieć, że o nim też pewnie jej napomykano, zanim mieli okazję zbliżyć się do siebie z własnej woli.
Nie potrzebował jednak wiedzieć szczegółów na temat tego, jak usiłowała sprzedać go teściowa. Obecnie całkiem skutecznie przyszła, co z pewnością miało ją zadowolić. Nie czuł również ochoty powtarzania tego, co sam słyszał. Nie byli zwierzętami na targu, czystokrwistymi końmi czy towarem wyjątkowej klasy, aby potrzebowano ich reklamować. Mimo to, przez wiele lat nasłuchał się dostatecznie dużo. Akurat ta część magicznego dziedzictwa zawsze wyjątkowo go irytowała.
Bez wątpienia cenił sobie tradycję i konserwatywne podejście do życia, ale aranżowane związki małżeńskie nigdy nie były czymś, do czego mógłby podchodzić chociażby z cieniem entuzjazmu. Abstrahując od tego, że przez ponad połowę dotychczasowego życia nie wierzył w prawdziwą miłość czy szczęśliwe zakończenia. Po prostu nie wyobrażał sobie nagłego, wymuszonego związania się z obcą osobą o dostatecznie dobrej genealogii i dużym posagu.
Całe szczęście, jego rodzina nie była pod tym względem zbyt natrętna. Nie miał przewidzianej partnerki, o której wiedziałby jeszcze na długo przed ukończeniem Hogwartu. Później natomiast usiłowano przedstawiać mu kolejne czystokrwiste panny podczas wydarzeń towarzyskich, sabatów czy balów, wciskano mu kolejne osoby towarzyszące, ale niczego na nim nie wymuszano. Miał zresztą wrażenie, że w pewnym momencie robiono to już wyłącznie z czystego obowiązku, nie z tym konkretnym celem, by kogoś sobie znalazł.
Zawsze byli wyłącznie we dwoje. Zawsze mieli być tylko we dwoje. Nie istniał nikt przed Geraldine, kto wzbudziłby w nim chociaż mglisty cień tego chłopięcego entuzjazmu, jaki czuł przy niej od samego początku ich burzliwej znajomości. Nikt nie potrafił wzbudzić w nim tej całej amplitudy emocji. Nie istniała żadna inna osoba, która jednocześnie potrafiłaby go tak uspokoić i wkurwić. Do nikogo innego nie żywił takich uczuć.
I nie miał. Pogodził się z tym przez ten szmat czasu, nawet jeśli w pewnym momencie nie niosło to ze sobą zbyt pozytywnych konkluzji. Nie zamierzał żenić się z nikim innym, więc gdy się rozstali, planował zostać prawdziwym starym kawalerem. Zresztą, nie dało się ukryć, że przekroczył tę magiczną granicę, jeszcze gdy byli parą.
A jednak los ewidentnie chciał inaczej. Miał dla nich zupełnie inne plany. Oto stali więc przed rezydencją, trzymając się za rękę i mając do przekazania nie jedną a dwie informacje. Całe szczęście, obie mające raczej uszczęśliwić gospodarzy, nawet jeśli przynajmniej jedną można było uznać za naprawdę zaskakującą. Mieli tempo, o tak, on sam też nie mógł nie być nieco zaskoczony prędkością, w jakiej zaczęli nadrabiać te wszystkie etapy, przez które nie przeszli przez ostatnie siedem lat. Teraz to była kwestia tygodni, jeśli nie dni. Wszystko samo się układało.
Choć czy aby na pewno?
Dostrzegł ten konkretny uśmieszek. Zresztą, Geraldine nawet go nie ukrywała. Oczywiście, że potrafił rozpoznać u niej ten jawny rodzaj zadowolenia z własnych pomysłów. Sam lekko wywrócił na to oczami, pobłażliwie wzdychając.
- Jak bardzo mam być miły dla teściów? - Spytał, choć i tak nie planował emanować niczym, tylko zwyczajną sympatią, jaką odczuwał wobec obojga.
Chciał jednak wiedzieć, co dokładnie przeskrobała Rina. Co im przekazała i na co powinien się szykować. Jak dużym entuzjazmem mieli emanować na widok ich obojga.
- Niedługo będzie mieć ich całkiem dużo - mruknął, znacząco unosząc przy tym brwi, bo choć to w dalszym ciągu była nowość również dla niego, nie dało się ukryć, że słowa Yaxleyówny zabrzmiały całkiem zabawnie w tym konkretnym kontekście, w jakim również należało brać je pod uwagę.
Gerard na pewno miał mieć wkrótce całkiem sporo okazji, aby wykazać się cierpliwością i zrozumieniem wobec zachcianek córki. Tych zaś na pewno miało być więcej niż jeszcze przed paroma miesiącami. Co prawda, Ambroise szczerze nie wierzył w to, aby miała zacząć bezczelnie grać posiadaną kartą, ale niektóre kwestie pojawiały się same z siebie. Tak było i miało być. Miał tę świadomość, nawet jeśli to było dla nich zupełnie nowe.
Trochę mocniej splótł palce z palcami dziewczyny, darując sobie jednak przyciąganie jej w tej chwili. Powinni mieć to wszystko z głowy. Zbliżała się godzina spotkania, na które wypadało się nie spóźnić, nawet jeśli już byli na miejscu, tuż za drzwiami. Nachylił się jednak lekko, żeby zagarnąć wargi narzeczonej w przelotnym pocałunku, nim jeszcze usłyszał jej kolejne zapewnienie.
Nie, nie sądził, aby miało im pójść aż tak lekko. Rzecz jasna, nie obawiał się odrzucenia ze strony jej rodziców. Co innego wisiało mu z tyłu głowy. Nie sądził, aby mieli stąd wyjść jeszcze przed kolacją. To nie miało być tak szybkie i proste. Zwłaszcza nie przy tych wszystkich informacjach, jakie mieli mieć do przekazania. Każda z nich wręcz prowokowała do świętowania a tutaj świętowało się bardzo...
...srogo.
- A mogliśmy uciec do jakiegoś kowenu zagranicą - mruknął w odpowiedzi, przenosząc wzrok na dłoń Geraldine z pierścionkiem, a potem prostując się, gdy wreszcie pchnęła drzwi do jadalni.
To nie była nawet taka zła wizja. Po prawdzie mówiąc, podobała mu się i to nawet bardzo. Gdyby nie ciążące na nich obowiązki, zdecydowanie mogliby załatwić to w ten sposób. Tylko oni, garstka najbliższych przyjaciół. Planowane wesele również nie miało należeć do największych ani najbardziej z pompą, ale nie dało się ukryć, że organizacja go pochłaniała cholernie dużo czasu, nawet z pomocą ze strony Ursuli. Teraz mieli w to włączyć jeszcze dodatkowe pary rąk.
Tych, na które spojrzał, witając się z rodziną Riny i usiłując nie parsknąć z rozbawieniem na widok, jaki zastał ich w jadalni. Musiał zachować powagę, nawet jeśli gigantyczny, zdecydowanie zbyt duży świniak miał w pysku wyjątkowo czerwone pieczone jabłko i prezentował się zgoła karykaturalnie, jak na liczbę ludzi mających zasiąść do stołu. Domyślali się, a jakże. Widział to w ich spojrzeniach. Pytanie pozostawało, czego. To było najistotniejsze.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down